30 kwietnia 2026

Od Apolonie cd. Ruby

– Jeśli teraz wyjedziesz, możesz już nie wracać i przy okazji powiedzieć ojcu, żeby następnym razem wysłał do szpiclowania kogoś bardziej kompetentnego – dziewczyna natychmiast się zatrzymała, do tej pory nie było potrzeby, aby jej zdradzać tej słodkiej tajemnicy, po raz pierwszy postawiłam sprawę jasno, dałam wprost znać, że wiem, kim jest i dlaczego tak wiernie, jak piesek, towarzyszy mi na każdym kroku. Ellie nie jest moim współpracownikiem i nigdy nim nie była, nic nie słyszy, nie powie ani nie zrobi. Nie zareaguje, nawet jeśli kogoś bym właśnie obdzierała na żywca ze skóry. Ma tylko jedno zadanie i słucha się tylko jednej osoby, mojego ojca. A on kazał zrobić jej dosłownie wszystko, żeby utrzymać się blisko mnie. Ma pilnować, abym nie narobiła głupstw, które odbija się na jego nazwisku lub – co gorsza – na jego interesach, obserwować i donosić, żeby zawczasu mógł zareagować. Toleruje ją, dopóki jest przydatna i wywiązuje się ze swoich obowiązków asystentki, sekretarki, można nazywać to, jak się chce, dla mnie jest zwykłym pasożytem, którego skoro już jest, należy wykorzystać, by jak najwięcej z jego obecności wynieść. 
– Od kiedy wiesz? – spytała, cały czas stojąc odwrócona w stronę drzwi. Powinnam czuć się urażona, że wątpiła w moje kompetencje. W końcu ona jako jedna z nielicznych była świadkiem tego, na co mnie naprawdę stać – Domyśliłam się po tygodniu – Najpierw chciał wprost wcisnąć mi kogoś, żeby miał na mnie oko. Gdy się nie zgodziłam, pojawiła się ona. Według papierów doskonale wykształcona, mimo to wielokrotnie dała się złapać na tym, że nie zna podstaw, które powinny być oczywiste dla kogoś z jej papierami. Ojciec powinien wiedzieć, że szybko się zorientuję i zdemaskuję tak nieudaną maskaradę.
– Gdybyś w rzeczywistości miała tak dobre wykształcenie, jak twierdzisz, nie robiłabyś za moją asystentkę. Poza tym wytrzymałaś więcej niż każda poprzednia na twoim miejscu i zdecydowanie dłużej niż każda przed tobą. Desperacko wykonując każde, nawet najidiotyczniejsze polecenie, próbowałaś utrzymać się przy mnie, albo mnie przy sobie. Dlatego pozwoliłam ci zostać, dopóki jesteś przydatna, będę cię trzymać. Dopóki sprawdzasz się na swoim stanowisku jako moja asystentka, nie interesuje mnie, o czym donosisz ojcu. Gdy będzie taka potrzeba, sama załatwię niedogodności, pozbywając się ciebie. Ale to nic osobistego, w końcu jesteś tylko marnym pionkiem w rozgrywce między mną a ojcem. Ale możemy nadal – urwałam na moment, by dobrać odpowiednie słowo - nadal współpracować. Obie doskonale wiemy, co się stanie, gdy odeślę cię do mojego ojca. Dlatego proponuję układ, trzymam cię przy sobie i wykonujesz każde moje polecenie, w zamian możesz tam śpiewać sobie, ile chcesz i o czym chcesz. 

Przede mną pojawiły się trzy osoby, zdecydowanie ostatnie, które miałam ochotę oglądać. Ruby Wade oraz dwóch braci, każdy z nich na swój sposób zalazł mi za skórę, młodszy z nich wyrwał się Christianowi i rzucił się wściekły w moją stronę, zatrzymując się dopiero na biurku. 
– Ty mała... Przegięłaś, stanowczo przegięłaś. Nie znasz się na żartach, czy masz tak wielkie wrzody, że nie możesz małego żarciku przetrawić? Naprawdę chciałaś mnie zabić, wariatko?! – Nie przejmując się niepotrzebnym jazgotem, otworzyłam szufladę biurka.
– Szczekające psy nie gryzą, więc nie gorączkuj się tak panie żartowniś – odezwałam się w chwili, gdy na moment urwał swoją tyradę, by zaczerpnąć powietrza – Gdybym to ja za tym stała, to nie miałbyś okazji mnie w ogóle poznać i od wielu lat gryzłbyś piach – wzięłam do ręki odpowiednie teczki i rzuciłam je na stół – Znajomy widok? Cała trójka to moi ludzie. Oczywiście nie będę rzucać w waszą stronę bezsensownymi oskarżeniami, bo nawet razem wzięci nie jesteście zbyt kompetentni, by dokonać i w ogóle wpaść na coś takiego. Ale za to mam mocne podstawy do tego, by lepiej przyjrzeć się licytacji mojego obrazu. Nie chciałbyś się do czegoś przyznać? – zwróciłam się do Mikołaja – Bo nie ukrywam, że przez tą małą sztuczkę jestem stratna, a średnio mi się to podoba – Ruby jako pierwsza ruszyła, aby przyjrzeć się dokumentom, a one zbyt wiele nie zawierały. Nie licząc dokładnych zdjęć trupów, były tam tylko podstawowe i zdecydowanie najprostsze informacje jak zginęli, dzielnie się z nimi innymi wiadomościami było zbędne, dokładne informacje o nich mogły zrodzić wiele niewygodnych pytań, których nie miałam zamiaru wysłuchiwać. 
– Rzeczywiście, widzę niektóre podobieństwa. Widać, że umarli na różne sposoby, ktoś pozostawił na nich swoje… właściwie nie mogę określić, co to jest, ale wygląda jak… herb? – przekazała papiery reszcie, żeby oni także mogli się przyjrzeć.  
– Każdy z nich jest inny, jednak można zaobserwować pewną powtarzalność, wymiary, kompozycja jest typowo centralna, brak dominanty – długo można wymieniać.
– Obraz jest pełen krwi, więc cięcia są zamazane – powiedział Mikołaj, kompletnie ignorując moje spostrzeżenie o obrazie, wciąż patrząc mi w oczy, odpuściłam, jednak w odpowiednim momencie z pewnością wrócę jeszcze do tematu – Musielibyśmy zobaczyć ten znak, tylko że oczyszczony. Poza tym – dodał – ja ci żmijo nie wierzę. Już nieraz pokazałaś swoje podłe oblicze. Dlaczego teraz miałabyś mówić prawdę? Kłamstwo wyssałaś z mlekiem matki – awans z myszki na żmiję nie robił na mnie większego wrażenia, jednak temat mojej matki powinien sobie darować.
– Twój braciszek się doskonale postarał, abyśmy oboje wiedzieli, kim jest moja matka – warknęłam niezbyt przyjaźnie – więc jeśli nie chcesz się dowiedzieć, co jeszcze wyssałam z jej mlekiem, to lepiej zamilcz. Lepiej nie odzywać się gdy nie ma się nic mądrego do powiedzenia. Bo przykrym zrządzeniem losu możesz znaleźć się w tym samym miejscu co twoje sportowe autko. 
– Mam głęboko gdzieś twoje groźby. Bez dotyku nie możesz mi nic zrobić. Ja zawsze będę o krok przed tobą albo nawet nie zauważysz, kiedy będę naprawdę blisko – natychmiast odbiłam piłeczkę. 
– Tak samo blisko jak przy niewygodnym rywalu, dajmy na to podczas licytacji? – spytałam kpiąco.
– Tak samo blisko, jak po licytacji, kiedy stałem przy tobie i mogłem widzieć jaką koronkę nosisz – odparł Mikołaj. Chrystian nie wytrzymał i odciągnął swojego brata z mojego zasięgu, musiał spodziewać się, co go czeka jeśli nie będzie wystarczająco daleko.  
– Nie mam zamiaru drugi raz ratować ci skóry – syknął, zasłaniając mu usta swoją dłonią. Na ramieniu ręki miał bandaż, wyglądał na dość świeży, a w połączeniu ze zwykłymi pomówieniami, którymi obrzucił mnie Mikołaj, miałam prawo sądzić, że jest to skutek ataku na kogoś z nich. Nim zdążyłam odpowiedzieć, ponownie wtrącił się brat bezczelnego gupika. 
– Możemy zobaczyć, nawet i teraz. 
– Możecie? – spytałam retorycznie – Koniec tego cyrku, nie potrzebuję tutaj błazenady na waszym poziomie, to jest moja sprawa, a pokazałam te zdjęcia tylko po to, żeby jeden z was się w końcu zamknął – zdecydowanie zbyt długo znajdowali się w moim biurze, nawet jeśli było to kilka minut, każdy z nich mnie irytował, a gdy cała trójka postanowiła sobie wpaść w odwiedziny, moje opanowanie już dawno powinno trafić szlag.
– Twoja?! Byłaby, gdyby tylko na ciebie ktoś polował… 
– Jezus Maria, Chris! Przymknij go, na serio! – Mikołaj próbował coś wtrącić, ale braciszek z łatwością zwalczył jego poryw odwagi – To nie jest tylko twoja sprawa. Po naszej stronie też padają trupy. I wygląda na to, że te morderstwa są powiązane – tacy jak oni są kompletnie niewyuczalni. Przeleciałam wzrokiem po każdym z nich, aż zatrzymałam go na Ruby.
– Naprawdę sądzisz, że ckliwa historyjka o trupach mnie ruszy? Dopóki nie wchodzicie mi w drogę, kompletnie mnie nie interesuje, co robicie i czy gdzieś czasem nie gnijecie. Nie widzę więc powodu, abym miała robić cokolwiek z wami wspólnie – dla nich najlepiej by było gdybyśmy rozeszli się w miarę w dobrych nastrojach.
– A więc nie przejmujesz się tym, że piątka ludzi, w tym troje twoich, zginęło, i że to może być tylko początek linii morderstw, która skończy się na tobie? I mi się nie wydaje, podpadłaś komuś i ten ktoś zapewne mści się również na nas. 
– Nie nazwałabym tego przejęciem się, zwykłą niedogodnością jak już coś – odparłam wprost, przenosząc wzrok, który tym razem zatrzymał się na Chrisie – Ale ze względu na nietypowe okoliczności jestem skłonna złożyć ponownie moją ofertę, jeśli ją przyjmiesz, wtedy pomogę z tą sprawą – pozostała dwójka z niezrozumieniem patrzyła się to na Chrystiana, to na mnie. 
– Chyba jestem pod wrażeniem. Nawet z nożem przy gardle potrafisz wyciągnąć stare przysięgi. Interesy ponad własne życie, takie twoje motto? – powiedział sucho. Uwolnił usta Mikołaja, lecz nie wypuścił go z objęć, przyciągnął do siebie także Ruby. W moją stronę natomiast wyciągnął wolną dłoń, chcąc ją uścisnąć, jakby to było podpisaniem kontraktu. Towarzystwo mojej przyszłej mróweczki jak jeden mąż obudziło się z odrętwienia. 
– Chrystian, o czym ona mówi? – nie odezwał się, ale przyciągnięcie do siebie pozostałej dwójki z pewnością nie było bez celu. Uśmiechnęłam się z wyższością zadowolona, że dopięłam swego. – Bezpośredni kontakt możemy sobie darować, nie lubię, gdy ktoś szpera mi po głowie – mimo to wstałam od biurka i podeszłam bliżej.
– Widziałem wystarczająco dużo, tam już nie mam czego szukać – jego dłoń wciąż była wysunięta.
– Właśnie dlatego, jeśli miałbyś odrobinę rozsądku, to powinieneś wiedzieć, że nie powinieneś godzić się na ten układ – podałam mu dłoń, aby zawrzeć umowę.
W momencie uścisku Christian przeniósł nas do kostnicy. 
– Rozsądek rozsądkiem – widziałam, jak dostał chwilowych drgawek od nagłego spadku temperatury – Ale gdy nie ma innego wyjścia, nawet zakonnica może zostać prostytutką, jak ją głód przyćmi – puściłam jego rękę i zaczęłam przeglądać szuflady w poszukiwaniu dokumentacji.  
– Widzę, że chociaż jednej osobie w rodzince zdarza się powiedzieć coś mądrego – zatrzymałam się na raporcie z sekcji i ostrożnie przewertowałam zawartość. 
– Widzę, że ironicznie do miejsca i sytuacji, dopisuje wam humor – Ruby wcisnęła się między nas.
– Trzymajmy się blisko, będzie nam cieplej. Nie bierzcie ciuchów z haków, nie wiadomo kto je nosił – Ignorując słowa Ruby przeszłam do pierwszego stołu i zdjęłam okrywę z połowy ciała chcąc się upewnić, że jest to nasz cel.
– Leżą już tu dość trochę, zapraszam na wycieczkę – mruknęłam do reszty niezbyt szczęśliwa, nie planowałam niszczyć sobie dziś koszuli. 
– Czujemy… mają mocny zapach. – Ruby szukała czegoś po półkach, co mogłoby pomóc z odorem – Ale nie sądzę, by był to tylko odór rozkładu. Spójrz na te blizny na klatce piersiowej. Wyglądają jak wypalone wzory. W dodatku ten kolor – w końcu znalazła niebieski pojemniczek z napisem vick – Przypomina mi coś podobnego do tatuażu, ale nie znam żadnej techniki tatuowania za pomocą gorących przedmiotów. Może ty? – wzięła z pudełeczka naparstek mazi, rozsmarowała pod nosem, po czym podała dalej. 
– Nie mam w zwyczaju piętnowania swojej siły roboczej, nieopłacalne jest tracić czas na takie błahostki – parsknęłam śmiechem i wzięłam od niej pudełeczko – Jeśli chcecie, to możecie zostać, ale ja planuję obejrzeć trupy w nieco lepszym stanie – te były w na tyle zaawansowanym stopniu rozkładu, że nie dało się rozszyfrować znaków. – Nie zdążyłam się dokładnie przyjrzeć zdjęciom – rzuciła wymowne spojrzenie w stronę Mikołaja, który cały czas nieufnie patrzył w moją stronę – Ale wydaje mi się, że na twoich trupach nie było tatuaży.... Same wypalenia. Dobra, kończmy tu i lećmy do twoich – wyciągnęłam dłoń przed siebie, wnętrzem do góry, zupełnie jakby chcąc pokazać, że mam dobre intencje i niczego nie ukrywam.
– Idziecie ze mną czy jednak mam sama zająć się tą sprawą, tak jak od początku planowałam? 
– Co to za pytanie? – Ruby, z resztą tak samo jak Christian, natychmiast mnie chwyciła, Mikołaj tylko stał nadal w sporej odległości. 
– I myślisz, że dam ci sterować całą akcją? – mimo to w końcu zdecydował się podejść do brata i chwycić go za ramię – Bawcie się dobrze – zaśmiałam się. 
Staliśmy dokładnie w tym samym miejscu, odeszłam na krok, czekając na atak kaszlu, który nie nadszedł, przynajmniej nie tak jak myślałam.
– Mogłem przewidzieć, że tak się stanie – ciekawa sytuacja, mnie kompletnie nic nie było, natomiast Christian dość mocno kaszlał krwią, a prawdziwy test był dopiero przed nami. Trzeba jeszcze wrócić do teraźniejszości, mogło się okazać, że wykorzystam Christiana inaczej, niż zakładałam. – Wiedziałem, że przez tę wiedźmę coś ci się stanie. Nie sądziłem, że tak szybko – syknął Mikołaj, co kompletnie zignorowałam, kątem oka widziałam tylko, jak odprowadzał brata i posadził go na krześle.
– Wiedziałaś, że tak się stanie? – Ruby wbiła we mnie świdrujące spojrzenie.
–  Nawet jeśli to co? – nie przypuszczałam, że może tak zareagować, do tej pory u każdego co najwyżej występował ból głowy.
–  To co? – oburzyła się – Trzeba było powiedzieć o tym. Mogłam poprosić ojca o jakieś leki na taki wypadek – szczerze wątpiłam, że jakiekolwiek leki, które posiadał jej ojczulek pomogłyby tu.
– On mógłby umrzeć z szoku. Albo może właśnie rozpieprzyło mu płuca – wtrącił się Mikołaj, który cały czas stał nad bratem. 
– Nie przeżywaj aż tak, mnie po tylu latach wielokrotnego kaszlu nic nie ma, to jemu teraz też nic nie będzie. Zamiast tego lepiej by było gdybyś łaskawie zaczął robić to, po co tu jesteśmy.

~Ru?

2030 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz