Gdy analizowali razem akta jeszcze przed obiadem, pomyślała, że Walter zaskakująco dużo wiedział o pracy policji i patologów w Dalmorii. A przynajmniej tak twierdził. Może to tylko zboczenie zawodowe, a może był inny powód? Jego odpowiedzi na wskazywane przez nią nieprawidłowości były zbyt szybkie, zbyt trafne, zbyt... przemyślane wcześniej. Musiała pomyśleć, jak go podejść albo jak zdobyć kolejne chwile sam na sam z jego laptopem. Absolutnie nie chwile sam na sam z Mercerem.
Obiad, swoją drogą, był przepyszny. Bywało, że od zwykłego jedzenia ją mdliło (a potem wszystko zwracała w toalecie), ale nie tym razem – przypraw było w sam raz, sos nie był wodnisty, ziemniaczki dogotowane i jej brzuch przyjął to ze spokojem. Już wcześniej zdążyła wejść po jego kąpieli (żeby oczywiście posprzątać) do łazienki i spostrzegła, że nie ma tam nic do roboty. Wierzyła, że tak samo idealnie posprzątałby po obiedzie, ale wyznawała sprawiedliwość i równy podział obowiązków. W którymś momencie Mercer zabrał się za zrobienie im kawy, gdy ona w dalszym ciągu przeglądała dokumentację. Stał tyłem do niej, wyciągając mleko z lodówki, i wtedy Starson jakby od niechcenia wyciągnęła coś z kieszeni i posypała tym klawiaturę. Proszek fluorescencyjny, który przylgnie do świeżego potu i tłuszczu z opuszków. Używali głównie myszki, więc powinno się udać.
Pomysł z zostaniem na noc nie był szczytem geniuszu, ale wydawał się działać na inspektora. Miał silne poczucie zapewnienia bezpieczeństwa, zwłaszcza kobietom w swoim otoczeniu – jak niemal każdy facet. Zdziwiłaby się, gdyby odmówił. Wytrzymanie do 1 w nocy nie było problemem, jak tylko usłyszała z pokoju gościnnego miarowy oddech mężczyzny, ruszyła na dół szperać w laptopie. Podświetliła klawiaturę mini lampą UV, proszek najwyraźniejsze ślady zostawił na literze T. Potem J. Potem U. L. I. E. T. E. Tjuliete? Wysiliła wszystkie swoje szare komórki i doszła do wniosku, że T jest najwyraźniejsze, bo zostaje zawsze użyte dwukrotnie. Hasło brzmiało: Juliette. Serce zabiło jej odrobinę szybciej na myśl, że w życiu inspektora jest kobieta, która stanowi hasło do wszystkich jego danych policyjnych. Zaraz zganiła się w myślach i przypomniała samej sobie, że nie powinno ją to obchodzić.
Musiała otworzyć sobie ponownie akta Logana Barreta, ponieważ Mercer wcześniej je zamknął, uznając za już niepotrzebne. Im dłużej kopała, tym bardziej miała wrażenie, że coś tu nie gra. Po prawie 40 minutach nadal przyglądała się zdjęciu denata po egzekucji, gdy jej uwagę zwróciła... aż za dobra jakość zdjęcia. Ono było symulowane na starsze! Nie była jakimś hakerem, ale znała się odrobinę na logach komputerowych raz ktoś jej pokazał i... zdjęcie do akt wstawiono niemal 25 lat po egzekucji Barreta, gdy wszedł centralny rejestr akt. Ktoś musiał je chytrze uzupełnić na potrzeby formalności, a wcześniej musiało go brakować lub było tam inne zdjęcie. Chciała natychmiast obudzić Mercera i pokazać mu swoje znalezisko, ale z oczywistych względów nie mogła. Kopała więc dalej.
Po chwili spostrzegła, że buszuje po prywatnej chmurze, ale jego komputer miał też dostęp do policyjnego dysku. Bez ceregieli wpisała Walter Mercer do rubryczki.
– 147 lat, dyplom z kryminalistyki i... medycyny. Nie pochwaliłeś się, inspektorze. – mruknęła sama do siebie pod nosem. – Miejsce pochodzenia: Dalmoria. – Po przeczytaniu tej informacji zaczęła scrollować szybciej, chcąc wyszukać cokolwiek więcej na ten temat. Zjechała chyba jednak za daleko. – Juliette...
I nie zdążyła przeczytać nic więcej, bo w tym momencie została przyłapana.
Sama nie wiedziała, jak doszło do tego, że ręce Mercera znalazły się pod jej koszulką. Jej własne już szły w górę, by odpowiedzieć na ten dotyk, gdy przerwał im hałas wybijanej szyby. Wcześniej zmyślała odnośnie tego, że ktoś kręci się wokół jej domu, to teraz ma za swoje. Gdy już przeciwnik został obezwładniony, a inspektor wrócił z patrolu wokół domu, z żalem spostrzegła, że zamiast bokserek miał na sobie ubranie. Szkoda.
Szybko zorientowali się, że włamywacz miał ten sam rodzaj substancji na sobie, bo jego tkanka rozkładała się w podobny sposób – z tą różnicą, że żył. Chociaż Mercer nieźle mu przywalił.
– Nie dotykaj go. – poinstruowała inspektora.
Szybko wyciągnęła z szuflady rękawiczki i założyła je, po czym odgięła palce napastnika, by uwolnić tkwiącą wewnątrz karteczkę. Rozwinęła papier. Wpatrywała się w litery bez emocji na twarzy, ale Mercer coś musiał w niej wyczuć bądź zauważyć, bo od razu z delikatnością (i wydawało jej się, że i z czułością) zabrał jej arkusz z dłoni i położył jej otwartą dłoń na plecach.
– Nathan. – przeczytał. – Rozumiem, że to ktoś, kogo znasz?
– Znałam. O ile mowa w ogóle o tej samej osobie. – poprawiła go szybko, nie pozwalając cisnącym się do oczu łzom płynąć. – Nieistotne. Wydaje mi się natomiast, że ktoś mi grozi. – ostatnie słowa były ostre jak brzytwa, a barwa jej głosu napełniła się gniewem.
Nikt nie będzie jej zastraszał ani z nią pogrywał, nie wykorzystując jej zmarłego ukochanego.
***
Nad ranem napastnik siedział już w celi na komisariacie, a inspektor Walter Mercer z oczywistych powodów także się tam udał. Jej kazano odpocząć i wziąć sobie parę dni wolnego, lecz oczywiście nie zamierzała się do tego zastosować. Chciała odpowiedzi i to już. Niemal cały dzień siedziała jak na szpilkach, chodząc z kąta w kąt i czekając na zmierzch. Wreszcie się doczekała.
Pandemonium miało (nie)chlubną nazwę i była ona bardzo trafna. To, co działo się w tym klubie, zawsze w jego murach pozostawało. Dlatego było to siedlisko wszelkiego rodzaju wyjętych spod prawa osobników, na których władze nie miały dostatecznego haka. Jeśli samego Huntera tam nie znajdzie, na pewno natknie się na jego ludzi.
Podjechała taksówką, chcąc oszczędzić sobie późniejszego dylematu związanego z piciem napojów wysokoprocentowych oraz wykładu na temat bezpieczeństwa od kierowcy, który był w jej rodzie od lat i obecnie pracował u niej. Zdecydowanie zamierzała się upić. Tuż pod wejściem spostrzegła niską czarnowłosą dziewczynę, którą zwykła od lat nazywać przyjaciółką. Ruby Wade, zwana wśród bliższych kręgów Rubinką. Nie mogły się bardziej różnić, były jak ogień i woda – Ruby była niska, miała krótkie włosy i nienawidziła lekarzy. Jedynie ubiór na co dzień miały podobny – szczelny niczym pancerz, a każda z nich miała swoje powody do noszenia go. Alina postawiła jednak dziś na większą ekstrawagancję niż zwykle, bo jej outfit był iście klubowy – sukienka o barwie butelkowej zieleni zakrywała wszystko, co nosicielka chciała ukryć (martwicę na prawym udzie oraz lewej łopatce), ale odsłaniała głęboki dekolt i pozbawione rajstop nogi. Czuła się w tym jak przebrana, ale przecież o to chodziło. Dziś była tu w celu innym niż towarzyski, o czym ze względów bezpieczeństwa nie powiedziała przyjaciółce. I też ze względów bezpieczeństwa założyły na twarze delikatne maski, co w tym klubie nie było niczym niezwykłym. Stały jedynie chwilę obok kolejki przy bramce, bo szybko spostrzegł je ochroniarz, który miał w ich przypadku na czym zawiesić oko. Zawołał je gestem do siebie.
– Wy na taniec? – rzucił, gdy mijały go zadowolone.
– Chwila, jaki tan... – nie dokończyła Ruby, bo zostały przepchnięte dalej.
Szybko się zorientowały, że nie zostały przepuszczone w kolejce przez wzgląd na swoje walory fizyczne, a zwyczajnie je pomylono z kimś innym. Z jakimiś tancerkami.
– Tylko dzięki temu udało nam się wejść. Grajmy w ich grę. – uśmiechnęła się Starson do przyjaciółki. – Będzie zabawnie.
Trafiły do pokoju z wieloma toaletkami i siedzącymi przy nich dziewczynami. Podano im po dwa shoty, które wypiły niemal za jednym zamachem. Darmowy alkohol to uczciwa cena. Jakaś grubsza, postawna kobieta przyjrzała im się krytycznie i ledwo zauważalnie skinęła głową, co poskutkowało przeniesieniem dalej – na właściwą klubową salę.
Mocne basy i śpiew z mikrofonu zagłuszał jej własne myśli, ale pokrzepiający uścisk dłoni Ruby sprowadził ją na ziemię. Powietrze wypełniał zapach papierosów, potu i... jeszcze czegoś seksu i biznesu. Razem z kilkoma kobietami zostały zagonione jak stado, by weszły po schodkach na podwyższenie mieszczące się na środku sali, tuż obok baru o kulistej konstrukcji. Znajdowało się tam już kilka dziewczyn, które swój taniec wspomagały rurami do pole dance. Niektóre nie miały na sobie częściowo bielizny.
– Czy to klub ze striptizem? – usłyszała tuż przy uchu głos Ruby.
Alina Starson tego nie sprawdziła i w tym momencie bardzo tego żałowała. Nie było jednak już odwrotu, wyjście blokowali tamta postawna kobieta oraz kolejny ochroniarz. I nie wyglądali przyjaźnie. Wybrały razem jedną rurę – Starson bez wahania zrobiła jeden, leniwy obrót wokół niej, trzymając się tylko jedną ręką, a potem miękko osiadła na biodrach, pozwalając, by siła odśrodkowa sama sprowadziła jej ciało do pozycji wejściowej. Tak się składa, że chodziła kiedyś na zajęcia z pole dance. Po tym ruchu Ruby złapała obiema dłońmi metal i odchyliła się do tyłu. Rudowłosa, naśladując ją lekko, oparła plecy o chłodny metal, czując idealny owal drążka na kręgosłupie. Jej dłonie powędrowały wysoko nad głowę, zaciskając się na rurze tak mocno, że pobielały jej kłykcie. I wtedy zaczęła się odchylać. Jej ciało wygięło się w łuk, odsuwając się od rury centymetr po centymetrze, aż jej klatka piersiowa wypchnęła się do przodu, a głowa opadła kontrolowanie w tył. Obie wyginały się wokół metalu, a w świetle czerwonych burdelowych neonów wyglądały jak jakaś dziwna rzeźba z ciała i stali.
Zaczęły się całkiem nieźle bawić i swobodnie czuć, jednak czar prysł, gdy ogon jakiegoś gościa z publiczności zawędrował pod sukienkę Aliny. Gdy poczuła na swoim pośladku oślizgłą, gadzią skórę, krzyknęła głośno – co w tym chaosie było niemal niesłyszalne. Ogon zostawił przy styku jej pośladków banknot, a cofając się, niby przypadkiem rozdarł materiał bliżej lewego uda, ukazując połowę jej pośladka wszystkim zgromadzonym. Wiedziała, że zrobił to celowo. Zniesmaczona odrzuciła pieniądze z powrotem w tłum, puściła rurę i obie z Ruby ruszyły do zejścia z podwyższenia. Gdy na drodze stanęła im burdelmama i ochroniarz o posturze goryla, wskazała im rozcięcie na sukience i postąpiła krok naprzód, oni jednak nie ustąpili.
– Teraz jesteś więcej warta. Wracaj tam. – syknęła jej do ucha kobieta.
Rzuciły sobie z Ruby zrozpaczone spojrzenia, które dobrze w sobie nawzajem rozpoznały mimo masek na twarzy. Co ona sobie myślała, przychodząc tutaj? W dodatku zaczynało kręcić jej się dość zabawnie w głowie. Pomyślała nawet, że zabawnie byłoby porozmawiać z inspektorem w takim stanie.
Nie wiedziała, że shoty zawierały narkotyk. I nie wiedziała, że Mercer kazał ją obserwować i dobrze wiedział, gdzie teraz się znajduje. I że on też już tu jest. I że zaraz zrobi tu istne pandemonium.
[Walter? Co w tym czasie porabiałeś i kogo będziemy bić? C;]
1652 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz