22 kwietnia 2026

Od Aliny cd. Waltera

Wszystko, co wydarzyło się po tańcu na podwyższeniu, było w jej pamięci wielką czarną dziurą. Obudziła się z paskudnym bólem głowy i zgadywała, że reszta tego dnia też będzie paskudna. Co więcej, była w szpitalu – czyli w miejscu, w którym absolutnie nie chciała się nigdy znaleźć. Nie w swoim stanie zombifikacji. Będzie potem musiała poprosić znajomego ordynatora o zafałszowanie dokumentacji, w której z pewnością figuruje opis zgniłej tkanki, ponieważ leżała na łóżku w szpitalnej koszuli (która nie pozostawiała wiele wyobraźni). To, że wiedziano o jej przypadłości (o ile tak to można nazwać) to pikuś, ale wolałaby nie być zmuszona do kolejnych badań, które wykażą pogarszanie się jej stanu oraz, nie daj bogowie, związaną z tym przeklętą moc.
Gdy Walter wyjaśnił jej co się stało, to już wiedziała, że to będzie NA PEWNO paskudny dzień. 
Do całego tego paskudnego dnia nie pasowała jedynie całkiem urodziwa twarz inspektora, która teraz świdrowała ją wyczekującym spojrzeniem. 
Uniosła nieco podbródek i chociaż czuła, że jej policzki płoną (co nie było jeszcze na szczęście widoczne, bo jej krew za wolno transportowała się po ciele), to głos przybrał akademicki ton. 
– To był wpływ silnego stężenia alkaloidów na płat czołowy, inspektorze Mercer. Zahamowania znikają, pojawia się zwierzęcy instynkt, a mózg szuka najprostszych bodźców. Znanym od zarania dziejów bodźcem jest podniecenie seksualne. Mogłam równie dobrze nazwać pana „kanarkiem” i zaprosić do tańczenia kankana. – rzuciła ukradkowe spojrzenie przyjaciółce, która wywróciła oczami, co było niemym wyrazem „ale z ciebie nudziara”. – To czysta chemia, nic osobistego.
– Mówi się, że narkotyki nie tworzą nowych myśli. One tylko wyważają te zamknięte na cztery spusty drzwi. – rzucił nonszalancko. – Jak pani, jako doktor, odniosłaby się do tego?
– Gdybym miała wybór? Nie odniosłabym się wcale.
Nieco zrzedła mu mina, nie poddał się jednak.
– A gdyby ktoś jednak nalegał i bardzo chciałby się dowiedzieć, jak to jest?
Alina miała podejrzenie, że to obecność Ruby sprawiła, że Walter musiał być bardziej subtelny. Wolała, gdy był bezpośredni i bez ogródek mówił fakty. Postanowiła go do tego sprowokować.
– To powiedziałabym, że z neurobiologicznego punktu widzenia to statystyczna przypadkowość. W momencie utraty bodźca nadrzędnego nastąpiło przerzucenie uwagi mózgu. Gdyby nie przerwano osobie odurzonej interakcji z innym mężczyzną, różne epitety i propozycje nigdy nie padłyby pod adresem kogokolwiek innego. Stał się pan po prostu substytutem.
W skrócie to właśnie mu powiedziała, że był w tamtym momencie tanią podróbką. Abibasem zamiast Adidasem. 
– Słyszała to pani? – zwrócił się do Ruby. – Jestem tylko zamiennikiem. To trochę jak z kawą bezkofeinową, która smakuje podobnie do tej z kofeiną, ale z kolei nie pobudza. Chociaż jestem pewien, że pani doktor wczoraj była bardzo pobudzona. 
– Chyba ten substytut ma jednak w sobie jakąś substancję czynną. – dorzuciła swoje trzy grosze czarnowłosa.
Alina spojrzała w jej kierunku z lekkim, ostrożnym uśmiechem na twarzy, który wyrażał więcej niż tysiąc słów. Ten uśmiech krzyczał „po czyjej jesteś stronie?!”.
– Dużo przeszłyście, nawet jeśli w stanie względnej NIEŚWIADOMOŚCI. – podkreślił nieco teatralnie ostatnie słowo. – Zostawię już was, życzę powrotu do zdrowia. – wstał z krzesła krzywiąc się nieco.
Gdy jego sylwetka zniknęła za drzwiami, w głowie Aliny utkwił fakt, że był ranny. Dał się zranić. Przez nią. 
– Girl, czemu nie wiem nic o tym gościu? – w głosie Ruby dało się słyszeć ten rodzaj zawodu, który pojawia się wraz z łatką „pominięte ploteczki z psiapsi”.
– Nie wiem, o co ci chodzi. To kolega z pracy.
– Daj spokój, on się aż ślini na twój widok. – uniosła brew. – Zresztą ty na jego też, więc nie wiem, przed czym się tak bronisz.
– Przed niezręczną sytuacją w miejscu pracy. – podsunęła jej patolog.
– Daj spokój, tacy jak on mają zaliczone już więcej niż połowę kobiet w swoim otoczeniu.
– Jeśli lubią być jedną z wielu, to droga wolna.
– Przyda ci się jakaś rozrywka, Alinka. Zdziczejesz mi wśród tych sztywnych korpusów. A ja wiem, że inspektor także ma coś sztywnego...
– Ruby! – rudowłosa zbeształa ją, a następnie poczęstowała ciosem poduszką, na co obie wybuchnęły po chwili śmiechem, bo ich zmęczone organizmy nie było stać na nic więcej.
– Nie rumieniłaś się tak od czasu...

***

Schylił się, by zawiązać buta. Tylko tyle wystarczyło, by niezamierzenie stać się świadkiem rozmowy, której jednocześnie nie chciał podsłuchać – ale z drugiej strony czuł się w obowiązku to zrobić w świetle podejrzeń wobec Starson. Rozmowa była o nim, co samo w sobie było interesujące, ale jego uwagę szczególnie przykuła jedna wypowiedź: 
– Nie rumieniłaś się tak od czasu Nathana. – To był głos czarnowłosej. Ruby, jak nazwała ją patolożka przed chwilą. – Lecisz na tego inspektora.
– Może. – usłyszał głos Aliny, który zamiast zaprzeczeniem zdawał się być nasiąknięty zadziornością.
Czyżby pani doktor umiała być niegrzeczna? Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo w rozmowie padło przecież coś na ten moment ważniejszego. Imię z kartki. 

***

Dni mijały, a miasto było spokojne. Ze szpitala wypisali ją dzień po wizycie inspektora, który nie pojawił się więcej w odwiedzinach. Oczywiście sprawa z jej dokumentacją została załatwiona od ręki dzięki bliskiej relacji (przyjacielskiej!) z ordynatorem oddziału. Jako, że jej serce nie pompowało krwi w normalny sposób, a wątroba nie filtrowała zbyt dobrze toksyn, to narkotyk wciąż krążył w jej żyłach po powrocie do domu... przez co dostała tygodniowe zwolnienie. Zastanowiła się, czy Mercer potrafiłby zmanipulować nerwy tak, by wypompować chemię z jej układu szybciej. I co jeszcze potrafiłby jej przyspieszyć. Nagle jej telefon rozświetlił mrok w salonie, w którym siedziała jedynie przy świetle jednej świeczki.
– O wilku mowa i wilk właśnie dzwoni. – odebrała połączenie. – Doktor Starson przy telefonie.
– Inspektor Mercer z drugiej strony. – niemal wyobraziła sobie na jego twarzy uśmieszek. – Można prosić z Aliną? Czy tylko PANI DOKTOR jest teraz dostępna?
– Alina ma dzisiaj bardzo dużo pracy. – westchnęła i zamieszała słomką w cytrynowej lemoniadzie, na której skupiła się niemal całkowicie przez ostatnią godzinę. – A Pani Doktor nie jest w nastroju na żarty. Zwłaszcza pańskie.
– Szkoda, bo ja, znaczy Walter a nie inspektor Mercer, mam wolne. I mógłbym wpaść popracować nad naszą sprawą.
Odwróciła się na kanapie i spojrzała w stronę świeżo wymienionego okna. Ostatnia wizyta Mercera nie zakończyła się zbyt dobrze ani dla wystroju jej wnętrz, ani dla niej samej. Narkotyk, który wciąż szczątkowo w niej się znajdował, podsuwał jej dziwne pomysły. Wystarczyła sama myśl, by poczuła fantomowe dłonie inspektora sunące się od bioder do tyłu, by połaskotać jej skórę tuż nad pośladkami i wsunąć palce pod gumkę pidżamowych spodni...
– Halo? Alino, jesteś tam? – jego głos zarówno wyrwał ją ze wspomnienia, jak i przypomniał o nim na nowo.
– Jasne, nie powinniśmy tracić czasu w świetle tego, że jest nowa ofiara. – zreflektowała się błyskawicznie. – Masz coś nowego?
– Tak jakby. Zaraz będę. – rozłączył się, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Narkotyki zdecydowanie nie są dla niej. Podsuwają jej najdurniejsze myśli na świecie. 
Chwilę zajęło jej umysłowi przemielenie faktu, że Mercer zaraz tu będzie. Szybko zrzuciła z siebie pidżamę i tym samym zamieniła różowe misie na zielone szerokie spodnie i kremową koszulkę z długim rękawem. Dzwonek do drzwi zastał ją na dorabianiu lemoniady w dzbanku. Gdy podchodziła do drzwi wejściowych zaobserwowała, że jej stopy poruszają się jakby za wolno. I że ma na sobie skarpetki w misie.
– Hej, mam nadzieję, że nie jest za wcześnie na to? – w drzwiach powitała ją od razu butelka wina w dłoni mężczyzny.
– Tam, skąd pochodzę, pije się wino jeszcze obiadem.
– A skąd pochodzisz? – zapytał ją, jakby wcale nie przeglądał jej papierów. Przeszli do kuchni.
– Stąd. – nie dodała, że ma świadomość, iż on nie jest stąd, ale ton wypowiedzi na to wskazywał.
– Aha. – skwitował, stawiając butelkę na marmurowy blat.
Alinie nie umknęło ciche syknięcie, które wydobyło się z jego ust. Pokonała jednym susem dzielącą ich odległość i bez pozwolenia odgarnęła poły luźnej, czarnej koszuli którą dziś założył. A tam przywitały ją wszystkie kolory tęczy. Bezceremonialnie rozpięła mu ubranie i ściągnęła materiał z lewego ramienia. Ręka była w temblaku, ale dobrze wiedziała, że całe ramię, od szyi aż po łokieć, było sine. Tak myślała, że ta koszula to nie dla niej.
– Wszystko w porządku. – powiedział szybko. – Noszę to tylko po to, aby budzić współczucie.
– Ktoś się na to nabiera? – odparła, nie przestając oglądać jego napiętej jak bęben skóry. Miała wrażenie, jakby wokół nich wytworzyło się silne pole elektromagnetyczne.
– Tylko szef, ukarał mnie wolnym.
– Mnie mój też. W moim organizmie wciąż krąży narkotyk. – Walter zmarszczył brwi w konsternacji. – Ten sam, który kazał mi nazywać cię "misiem". Jakieś potężna mieszanka, bo długo się trzyma.
– Czyli jesteś teraz na haju? Mam czuć się zagrożony? Chociaż dziś jesteś w liczbie pojedynczej...
– Ha ha ha. – zaśmiała się sztucznie i puściła jego ramię. Dłonie ją paliły. – Zdejmij temblak i przysuń się proszę bliżej blatu.
Wykonał jej polecenie, a ona wskoczyła zwinnie na blat i już po chwili miała inspektora między swoimi udami. W sensie stał tam. Tylko stał. I badawczo się w nią wpatrywał. Alina nic sobie z tego spojrzenia nie robiła i zaczęła nawet machać nogami – czynność, której nigdy by nie wykonała, będąc w pełni sobą. Wpatrywała się w bandaż na barku Waltera, a jej źrenice, wciąż nienaturalnie szerokie, utrudniały jej nieco prawidłowe widzenie.
– Jesteś bardzo ciepły, wiesz o tym? W tym całym zimnym caracie, przy tobie czuję się, jakbym stała obok pieca. – poczuła, jak Walter zesztywniał. Powiedziała coś nie tak?
Zapadła między nimi niezręczna cisza, zabrała się więc za jego bark. Delikatnie zdjęła bandaż i przez następne kilkanaście minut oglądała ranę wlotową, sączący się z niej płyn, poszarpaną tkankę – wszystko wyglądało w porządku. Zgodnie stwierdzili, że wino zostanie na inną okazję, ponieważ oboje nie byli w odpowiednim stanie fizycznym do spożywania trucizny, jaką jest alkohol. Wreszcie Mercer zapytał ją o to, co uwierało go od wejścia za próg, czyli o jej wizytę w Pandemonium. Wyjaśniła mu spokojnie, że chciała się rozerwać z przyjaciółką i znalazły się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Cieszyła się, że jej spowolnione tętno uniemożliwia mu wybadanie, czy kłamie bądź nie. Z resztą nawet nie próbował, bo nie czuła jego ingerencji w swój układ nerwowy. Każde z nich miało swoje sekrety.
Przejrzeli raz jeszcze papiery, wszystkie akta sprawy i nagrania z kamer. Nic, żadnej poszlaki. Inspektor także ani słowem nie wspomniał o tym, że grzebała w jego laptopie – cieszyła się, że puszczą to w niepamięć. Nie wspomniał także o sytuacji chwilę później, tej na kuchennym blacie. Może i lepiej.
Chwilę przed północą inspektor dostał telefon, więc gdy wrócił z ogrodu po rozmowie to pożegnał się i wyszedł. Jej dom wydał jej się po raz pierwszy w życiu nieznośnie pusty.

***

Następny tydzień był bardzo spokojny. Czas w pracy upłyną jej na porządkowaniu i uzupełnianiu preparatów oraz ocenianiu stanu technicznego sprzętów – dokumentacja i ogólna papierkowa robota jej się upiekła przez wzgląd na obecność dwóch nowych praktykantów, Clarissę i Zeda. Przez lata w prosektorium miała ich zaledwie kilku, a większość rezygnowała jeszcze przed połową odbytego stażu, bo nie każdy był w stanie znieść tego rodzaju pracę. Praca pod ziemią, przebywanie wśród specyficznego zapachu rozkładu i formaliny, często w towarzystwie jedynie technika i milczących pacjentów. Doktor Starson miała do tego niezwykłą smykałkę, wręcz dar – śmierć była jej bliższa, niż ktokolwiek by pomyślał.
Porządki w pracy miały zadośćuczynić temu, co postanowiono wobec niej na Komisji. Ponieważ Komisja, ze względu na jej bezpieczeństwo, chciała odsunąć ją od sprawy. Szybko połączyli kropki (a raczej obrażenia włamywacza, który dogorywał na łóżku szpitalnym), ale jej tłumaczenia były jeszcze szybsze i ostrzejsze, dzięki czemu sprawa oficjalnie została w jej rękach... i w rękach świeżynki w zespole, doktora Bena Greya. Nie wiedziała, co to jest za gość, ale nie podobało jej się, że będzie wsadzał nosa w jej sprawy. Młody, pewny siebie, pyskaty – tak opisała go jedna techniczka, która miała okazję z nim kiedyś pracować w jakimś szpitalu. 
Nagle rozległo się pukanie do drzwi, a że były szklane to od razu wiedziała, kto pragnie złożyć jej wizytę. Był to inspektor Walter Mercer. Przez ostatnie dni wymieniali sms'y, głównie związane ze sprawą (chociaż raz temat zszedł na ich wspólną fascynację starymi mapami) i byli umówieni na to spotkanie, więc powinna być przygotowana... ale widok Mercera z krwi i kości przed nią to już co innego. Przyłapała się na tym, że dwukrotnie zatknęła za uszami kosmyki włosów, chociaż już tam były. Pierwsze, co w mężczyźnie zauważyła, to brak temblaka.
– Heej... – przywitał się, gdy otworzyła mu kodem drzwi. – Dzień dobry. – skinął głową w stronę dwójki praktykantów, którzy chowali się w kącie ze stosem dokumentów na kolanach.
Zauważyła, że chowa za plecami jej ulubione wafelki z karmelem. Chyba spodziewał się, że będą sami. Zaprosiła go do dużego biurka po przeciwnej stronie pomieszczenia, od praktykantów dzieliło ich 10 metrów, ale niestety żadna ściana. Gdy postawiła przed inspektorem kubek parującej kawy, na co Mercer z wdzięcznością skinął jej głową, usiedli tyłem do widowni. Alina siedziała sztywno na taborecie, wpatrując się w akta, które wcześniej rozłożyła dla nich na blacie. Czytała w myślach swoje własne notatki: Czarna substancja na obu ciałach wykazuje cechy hydrofobowe...
Nagle drgnęła. Jego dłoń – ta „sprawna”, po prawej stronie – delikatnie i ledwo wyczuwalnie musnęła jej kolano. Czy on naprawdę to robi, czy to tylko wymysł jej wyobraźni? 
– Czy w Pani ocenie, doktor Starson, identyczna natura tych próbek pozwala nam założyć, że obaj mężczyźni zarazili się u tego samego źródła? – echo jego głosu poniosło się po sali, czym zwrócił uwagę Clarissy i Zeda.
– Wysuwa pan ciekawe wnioski jak na policjanta, inspektorze. Faktycznie możemy mieć do czynienia z epidemią. Albo bronią, na co wskazywałby ślad na miejscu zdarzenia sprzed miesiąca. Albo jednym i drugim, teorii jest wiele...
– Detektywem nie jestem, ale mogę pani pomóc w dochodzeniu. – powiedział to neutralnym tonem, ale zauważyła kątem oka, że przygląda się jej twarzy. Jakby czekał na jakąś reakcję.
Praktykanci nie zwrócili szczególnej uwagi na tę wypowiedź, chociaż na pewno dobrze ich słyszeli. Czy tylko ona miała zbereźne myśli? Na bogów, Starson, ogarnij się i skup na robocie.
– Bardzo dziękuję, inspektorze. – odpowiedziała, a jej głos zdawał się być o ton wyższy niż zwykle, co natychmiast ją poirytowało. – Ale obawiam się, że moje DOCHODZENIE wymaga narzędzi, które nie są w pańskim zasięgu.



[Walter? Hehe xd]

2279 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz