7 kwietnia 2026

Od Eirika cd. Nivana

Zjedliśmy obiad przygotowany przez Nivana już ostatecznie pogodzeni po tej drobnej ,,kłótni". Chyba można śmiało powiedzieć, że w zaistniałej sytuacji byłem coś winny siostrze Nivana. Zdecydowanie znalazła się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Ostatecznie uciekanie było z mojej strony tchórzostwem, ale jeszcze chwilę temu nie myślałem jasno. Albo może wręcz przeciwnie, to teraz umysł zmąciły mi dobre intencje rodzeństwa... Co by nie było, postanowiłem zrobić, co w mojej mocy, żeby Nivan mimo wszystko nie żałował decyzji przyjęcia mnie pod swój dach.
Ponieważ Nivan gotował, ja posprzątałem naczynia, gdy już skończyliśmy posiłek. Gdy wróciłem do kuchni, zobaczyłem cienisty ogon wystający z garnka, gdzie została reszta sosu. Westchnąłem. Wrzuciłem talerze do zlewu i natychmiast wytargałem Saga z garnka za ten wystający ogon, przerywając rozchodzące się po kuchni odgłosy mlaskania.
— Czy ciebie pojebało? Co ty robisz? — patrzyłem na czarny, lisi pysk. Oblizał się. Miał niesamowicie zadowoloną z siebie minę.
— Głodzicie mnie, to sam się poczęstowałem — cienie, z których się składał, rozpłynęły się na moment, przez co wysmyknął się z mojego uchwytu. Gdy wylądował na podłodze, przybrał z powrotem kocią formę, w której ostatnimi czasy się lubował. Już się zasadzał, żeby użreć mnie w łydkę, ale nagle zamarł w połowie zbierania się do skoku. Usiadł, machnął ogonem i zaczął lizać sobie łapę, udając, że niczego nie próbował. Niv musiał się bezszelestnie pojawić za mną, skoro demon tak się zachował, nie musiałem się nawet odwracać, żeby sprawdzić.
— No to mieliśmy resztki na jutro — rzuciłem więc, nie patrząc na przyjaciela, po prostu zabierając się za ładowanie zmywarki.
— Trudno. Ogarnę nam coś, nie przejmuj się.
To było tak... nowe uczucie. Mieć w kimś oparcie. Nie musieć przejmować się tym, co odpierdala ten niewychowany demon, bo jego czyny nie były z automatu zwalane na mnie.
Tak łatwo było do tego przywyknąć.

***

Szczerze, byłem pewny, że Aiden nie da mi spokoju. Że będzie się pojawiał dzień w dzień w pizzerii, przeszkadzając mi w pracy w każdy możliwy sposób. Na całe szczęście najwidoczniej miał jednak w życiu inne zajęcia, niż uprzykrzanie mi życia, bo nie spotkałem go przez kolejny tydzień. Było to nieco zastanawiające, z drugiej jednak strony szybko uznałem, że nie ma co poświęcać temu zbyt wiele uwagi. Pojawi się, to się pojawi, a na razie mogłem korzystać z tego, że mam od niego względny spokój.
Mimo to, w lokalu nagle ni z tego ni z owego zrobił się regularnie strasznie duży ruch. Notorycznie wszystkie stoliki były zajęte, a przy drzwiach ustawiała się kolejka ludzi gotowych czekać, aż coś się zwolni, zamiast poszukać innego miejsca na zjedzenie posiłku. Cóż, w sumie się im nie dziwiłem, Roman był naprawdę pierwszorzędnym kucharzem, a jego dania, nie tylko pizze, smakowały nadzwyczaj dobrze. Widać wielu uważało, że warto było odczekać swoje, by tutaj zjeść.
Z jednej strony mnie to cieszyło, bo widziałem, jak Roman aż pęka z dumy, gdy kolejny zadowolony klient kazał przekazać gratulacje dla kucharza. Z drugiej... Mieliśmy z Sue zapierdol.
Pod koniec tygodnia byłem tak zmęczony, że pierwszy raz od baaaardzo dawna, ledwo opadłem po powrocie na kanapę, od razu zasnąłem. Spałem tak głęboko, że nawet nie usłyszałem, jak Nivan wrócił z pracy. Dopiero gdy pochylił się nade mną, wyczułem, że poza mną ktoś jeszcze jest w mieszkaniu. Otworzyłem gwałtownie oczy, a ponieważ spałem plecami do pomieszczenia, przekręciłem się na drugi bok, gotowy odeprzeć ewentualny nadchodzący atak. Koc, którym się przykryłem, zsunął się na podłogę. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nikt się nie włamał i nie próbuje nic mi zrobić. Owiał mnie znajomy zapach drzewa sandałowego i piżma, a jedwabisty kosmyk karmazynowych włosów opadł mi na twarz. Gwałtownie wciągnąłem powietrze nosem, zaskoczony taką bliskością mężczyzny.
Tylko to nie do mnie się nachylał, po prostu znalazłem się na jego drodze. Nie wiedziałem, czy czułem z tego powodu ulgę, czy raczej rozczarowanie.
— Kurwa, zostaw mnie! Już nawet spać w spokoju nie można?! — głos demona wśród ciszy nocy rozbrzmiał irytująco wręcz głośno. Zmarszczyłem brwi, przyciskając palce do skroni. Czułem narastające pulsowanie pod czaszką. Zdecydowanie byłem przemęczony, a gwałtowna pobudka nie pomagała w poradzeniu sobie z tym.
— Maksiu? — Nivan zmarszczył brwi, przyglądając się uważnie trzymanemu przez siebie demonowi, zgarniętemu właśnie z parapetu za kanapą. Pokryte opalizującymi łuskami cielsko wiło się bezładnie, próbując opleść przedramię czerwonowłosego. Ten jednak wyprostował się, żeby przytrzymać go drugą ręką i mu to uniemożliwić. Gdy tylko mężczyzna się ode mnie odsunął, ponownie odetchnąłem pełną piersią. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że wstrzymywałem oddech.
— A niby kto inny?!
— Myślałem, że jakiś gad nam się wprosił do domu i zasadza się na życie Eirika — udał, że się zamyśla, po czym zbliżył wężową głowę do swojej twarzy. — Chwila, w sumie wszystko się zgadza.
— Ty... — demon nie zdążył wyrzucić z siebie nic więcej, bo Nivan rzucił nim bez większego zastanowienia gdzieś w bok. Cieniste ciało nie wydało żadnego dźwięku, uderzając o podłogę. Pewnie od razu wtopił się w ciemność pokoju, żeby zamortyzować upadek. Zasłoniłem sobie oczy przedramieniem, błagając w myślach serce, żeby się uspokoiło. Czułem jego przyspieszone bicie już nawet w uszach, a przecież Nivan już dawno się odsunął. Kurwa.
— Hej, wszystko okej? — palce Nivana zacisnęły się wokół mojego nadgarstka i pociągnęły rękę do góry, żeby odsłonić moją twarz. — O kurde, jesteś cały czerwony. Masz gorączkę?
— Nie — zabrałem rękę z jego uścisku i usiadłem, odgarniając włosy, które opadły mi na oczy, do tyłu. — Wydaje ci się. Wszystko w porządku. Wystraszyłeś mnie po prostu. Nie słyszałem, jak wszedłeś.
Zmarszczył brwi, przyglądając mi się uważnie. Z całych sił starałem się zachować równy oddech. Był nagle tak blisko...
— Hm... okej — omiótł mnie jeszcze spojrzeniem, zatrzymując się na chwilę dłużej na mojej twarzy. Odwróciłem wzrok. — Coś się stało w pracy?
— Nie, serio. Jest okej — po prostu nie przypominam sobie, kiedy ostatnio spałem tak głęboko. Nic mi się nie śniło. Nie usłyszałem, jak współlokator otwiera drzwi i podchodzi do mnie.
Nie potrafiłem powiedzieć, dlaczego, ale wywoływało to we mnie niepokój. Chociaż może nie samo to... Może wpływał na to także fakt, jak moje ciało zareagowało na nagłą bliskość wyższego mężczyzny.
Nie było opcji, żebym zasnął z powrotem. Czułem krew pulsującą w żyłach, przyspieszone tętno nie chciało się uspokoić. Paranoja.
— Gdybyś chciał pogadać, to jestem...  —nie doczekawszy się odpowiedzi z mojej strony, westchnął tylko. Kurde, serio nic się nie stało. Miałem jednak wrażenie, że dalsze zaprzeczanie tylko zmniejszy prawdopodobieństwo, że przyjaciel mi uwierzy.
Myślałem, że po prostu pójdzie do siebie, ale... poklepał mnie po głowie. Spiąłem się natychmiast, zaskoczony niespodziewanym dotykiem. Jednak tak nagle, jak jego ręka znalazła się na mnie, tak szybko zniknęła.
— Idę spać. Ty też powinieneś — schylił się jeszcze, żeby podać mi koc, który wcześniej spadł na podłogę. Gdy przejąłem go od niego, uśmiechnął się lekko i odwrócił, kierując się w stronę łazienki. 
Westchnąłem, z powrotem się kładąc, znowu twarzą do oparcia kanapy, naciągając koc na głowę. Niestety, łatwo mu było mówić ,,idź spać"... Czułem się całkowicie rozbudzony. Sięgnąłem na parapet po zostawiony tam telefon, żeby sprawdzić godzinę. Czwarta... Powinienem korzystać z możliwości snu. Za kilka godzin musiałem znowu stawić się w pizzerii na mojej zmianie.

***

— Jadłeś coś? — Nivan wyłonił się zaspany z pokoju, jak już miałem wychodzić. Od jakiegoś czasu z jego pokoju słychać było niekończącą się serię budzików, domyślałem się więc, że niedługo wstanie, choć nie sądziłem, że zdążymy jeszcze na siebie wpaść. Ostatnio ciągle się mijaliśmy, ja wychodziłem do pracy, zanim on wstał, z kolei gdy wracałem do domu, jego już nie było. Miło było zobaczyć go rano. Swoją drogą, całkiem szybko wstał jak na siebie...
— Tak — zgarnąłem klucze z szafki przy wejściu. Już miałem naciskać klamkę, gdy Nivan złapał mnie za bluzę, zatrzymując w miejscu. Obejrzałem się na niego przez ramię. — Co...?
— Kawa się nie liczy. To nie jedzenie — zrobił groźną minę. Zaśmiałem się nerwowo.
— Nie...?
— Nie — puścił mnie, tylko po to, żeby od razu złapać mnie za kołnierz i zaciągnąć z powrotem w głąb mieszkania i do kuchni. — Masz coś zjeść. Wziąłeś swój lunch z lodówki?
— Aaaaaaaa szlag... Zapomniałem.
Już się nawet nie opierałem byciu przez niego dokarmianym. Z Nivanem nie miało to sensu. Spojrzałem na zegarek. Pewnie miałem jeszcze z piętnaście minut, żeby coś zjeść na szybko, zawsze mogłem też dokończyć w drodze. Dałem się więc grzecznie zaciągnąć za mężczyzną do kuchni.

***

Gdy wróciłem, Nivana wyszedł już do pracy. Odłożyłem torbę z zakupami, które ogarnąłem według sporządzonej przez przyjaciela listy, na blat w kuchni. Zapytałem Saga, czy zechce je rozpakować, pamiętając, jak grzecznie to zrobił, gdy czerwonowłosy mu kazał kilka dni temu. Mnie jednak zupełnie olał. Nawet nie wylazł z cieni, udając, iż zupełnie nie słyszy, że się do niego zwracam.
Potem znowu nie mogłem spać. Widać jeden dzień komfortowego snu, i tak przerwanego, to za dużo. Kręciłem się dobrą godzinę, ale nic z tego nie wyszło. Do tego czułem się mentalnie zmęczony próbowaniem. Było koło północy, Nivan znowu miał zmianę do czwartej, a ja wolne następnego dnia. Potarłem oczy, próbując odzyskać ostrość widzenia, gdy sięgnąłem po telefon, żeby zobaczyć, czy coś pisał. Nic. Ani jednej wiadomości.
No dobra. Ale co mi szkodzi?
Przebrałem się w coś bardziej wyjściowego. Luźne, czarne spodnie materiałowe, koszulkę bez rękawów, a na to jeansową katanę. Wyszedłem z mieszkania, zgarniając jeszcze tylko trochę pieniędzy z portfela i upychając je w kieszeni katany.
— Gdzie idziemy? — Sag w końcu wyłonił się z cieni u moich stóp. Od kilku dni zrezygnował z udawania słodkiego kociaka i znowu paradował w wężowej formie. Zacząłem się obawiać, czy to nie jakiś zwiastun nadchodzących problemów. Miałem wrażenie, że gdy chodzi jako kotek, to się robi jakiś milszy dla otoczenia.
— Do Nivana — w sumie mogłem mu nie odpowiadać. Zignorować go, tak jak on olał mnie, gdy poprosiłem o pomoc z zakupami. Ale pomimo problemów z zaśnięciem miałem nawet dobry humor.
— Co, stęskniłeś się za nim? — zdaje się miał to być przytyk, ale uznałem, że mam to w dupie.
— Może. Jest zdecydowanie lepszym towarzyszem, niż ty.
W barze był spory ruch. Z trudem przecisnąłem się między klientami, żeby dotrzeć do mojego zwyczajowego miejsca przy barze. Spotkało się to z paroma niezadowolonymi okrzykami, że jakim prawem się tak przepycham, przecież kolejka jest. Uśmiechałem się tylko w odpowiedzi, kontynuując swój przemarsz.
— NIVCIUUUUU — ryknąłem, podskakując lekko i machając nad głowami klientów okupujących bar, którzy blokowali mi ostatnią prostą do przyjaciela. Zobaczyłem, jak podnosi zaskoczony wzrok znad przygotowywanego drinka, przez co alkohol przelał mu się poza szklankę. Parsknąłem, rozbawiony.
— Czekaj, co on... — Vanessa patrzyła to na mnie, to na Nivana, który szybko pozbierał szczękę z podłogi, wymienił szklankę i dokończył drinka. Podał go jakiemuś facetowi, a gdy tylko tamten odszedł od baru, wcisnąłem się na jego miejsce. — Jak go zawołałeś?
— Niv... — zacząłem, ale przerwało mi mordercze spojrzenie czerwonowłosego. Zaśmiałem się, kręcąc głową. Nogą przyciągnąłem sobie stołek. — Nieważne. Co tu tyle ludzi?
— Mnie nie pytaj — westchnęła kobieta, wydając trzy identyczne drinki z palemkami dziewczynie po drugiej stronie lady. — Normalnie jakby pół miasta nagle uznało, że dzisiaj jest dobry dzień na picie.
— Może jest jakaś pijacka koniunkcja gwiazd do księżyca... — rzuciłem, przewieszając się przez blat i sięgając po jedną ze stojących tam szklanek. — Hyuk, rzuć wodę!
Kitsune, kucający nad skrzynką z alkoholem między przygotowującą drinki dwójką, zgarnął butelkę z wodą z jednej z dolnych półek przed sobą i podał mi ją, nie wstając. Dla osób przy barze wyglądało to więc, jakby ręka ze szklaną butelką wyłoniła się znikąd.
Odebrałem ją od mężczyzny i nalałem sobie do szklanki, resztę odstawiając obok, ale nie puszczając butelki, żeby któreś ze śmigających wokoło rąk i łokci jej nie strąciło. Ludzie pchali się, jakby od dostania kolejnej szklanki alkoholu zależało ich życie. Parę razy dostałem od różnych ludzi dość boleśnie z łokcia pod żebra albo w bok głowy. Widząc to, w którymś momencie Nivan musnął lekko moje zaciśnięte na szklance palce, żeby zwrócić moją uwagę.
— Chodź za bar, bo cię zaraz staranują — powiedział, nie patrząc na mnie, bo zajęty był komponowaniem kolejnego napoju.
Posłuchałem i już chwilę później, wciąż z butelką w jednej, a szklanką w drugiej ręce, zanurkowałem pod ruchomą częścią blatu, służącą do tego, żeby móc poruszać się między salą a barem. Przysiadłem na podłodze, opierając się plecami o lodówkę z alkoholami, obok Hyuka nadal walczącego z dostawą.
— Chyba zły dzień trafiłem na odwiedziny, co? — zapytałem, trącając stopą stopę Nivana. Spojrzał w dół na mnie i uśmiechnął się ciepło, zanim wrócił do pracy.
— Jest okej. Nie przeszkadzasz.
Żeby jakoś pomóc znajomym, zostałem strażnikiem lodówki, przy której siedziałem. Gdy czegoś potrzebowali, podawałem im to, trochę, żeby nie musieli chodzić, a trochę, ponieważ siedziałem im na drodze i gdyby jeszcze sami musieli po to sięgać, to bym przeszkadzał im jeszcze bardziej. Z sali nie było mnie pewnie widać, także nikt nie powinien się przyczepić, że klient znalazł się nie po tej stronie lady, co trzeba.
Luźniej zrobiło się dopiero koło drugiej. Cała trójka pracowników lokalu była już do tego czasu wywalona z butów. Hyuk, gdy tylko wybiła godzina końca jego zmiany, zawinął się do domu, życząc reszcie powodzenia, w razie gdyby nadeszła kolejna fala spragnionych alkoholu klientów.
Na szczęście ludzi zaczynało już systematycznie ubywać, a pojedyncze nowe osoby nie były za bardzo kłopotliwe. Mimo to dalej siedziałem na podłodze za barem. Vanessa mówiła, żebym wstał usiąść już jak człowiek, ale byłem na tyle zmęczony, że jakoś podłoga wydawała się wygodniejszą opcją, niż wysokie siedzisko barowe. Z pociągniętymi pod brodę kolanami klikałem w sudoku na telefonie, podczas gdy Nivan z Vanessą ogarniali bałagan, który niechybnie powstał podczas wcześniejszego rozgardiaszu.
— Hej, Niv? — rzuciłem w którymś momencie, gdy Vanessa zniknęła na zapleczu. Przyjaciel oderwał się na chwilę od wycierania szklanek.
— Co tam?
— Idziemy gdzieś jutro? — obydwoje mieliśmy wolne. Co prawda nie znaczyło to, że musimy spędzać ten wolny czas razem... Ale w zasadzie dlaczego nie? Zaproponować zawsze można, najwyżej odmówi.
— Myślisz o czymś konkretnym? — stanął nade mną, opierając się łokciem o półkę nad moją głową.
— W zasadzie to nie, możesz rzucić propozycją — podniosłem głowę, żeby na niego spojrzeć, jednocześnie blokując telefon, żeby nie naliczał mi się czas w grze. Na jego usta wypłynął leniwy uśmieszek. — No co?
— Jak się kogoś gdzieś zaprasza, to chyba znając destynację? — spytał zaczepnie. Prychnąłem na jego rozbawiony ton.
— Możemy iść coś obejrzeć do kina. Ostatnio wyszedł nowy film, co prawda dramat, ale ma bardzo dobre opinie. Chyba, że wolisz jakiś inny, mi wszystko jedno — wypiłem ostatniego łyka wody z butelki, nie odrywając przy tym od niego wzroku, czekając na odpowiedź.
Ciekawe, czy zauważył, jak grzecznie spełniałem jego prośbę niefaszerowania się syfem tylko po to, żeby uciszyć duchy. Z resztą... ostatnio Sag całkiem nieźle się spisywał w roli ich odganiacza, więc wsparcie w zasadzie nie było potrzebne. Niemniej...

Nivan?
2388 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz