Sahib zaczaił się na Alka jak snajper, schował za ścianą, zamaskował doniczką z kwiatkiem, cierpliwie siedział w absolutnym bezruchu. Starał się oddychać jak najciszej, prawie wtopić w ścianę. Bezgłośnie zgonił z siebie Jogho, która przycupnęła mu na ramieniu, rozkazująco wyciągniętym palcem nakazał Atlasowi iść precz (pudel chciał polizać go po twarzy, chyba nie rozumiał, że prawie popsuł Sahibowi zasadzkę).
Gdy Alek pojawił się w polu widzenia, Sahib zamknął jedno oko, odmierzył cel z zegarmistrzowską precyzją, poczekał, aż czarnoksiężnik zbliży się dostatecznie. Gdy Alek znalazł się kilka kroków od niego, Sahib nacisnął spust, trafił go z pistoletu na wodę prosto w twarz.
— PHAHAHAHA, MAM CIĘ, ŚMIGUS DYNGUS.
106 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz