13 kwietnia 2026

Od Ardala — Nie ufaj komornikowi

Ardal, po paru drinkach na hotelowym patio, miał humor śpiewająco dobry. Krawat, jeden ze swoich nieodłącznych atrybutów, dawno zdjął i schował do marynarki (Luca potem mu go ukradł i zawiązał sobie, żeby trochę się z nim podroczyć i go poprzedrzeźniać), koszulę rozpiął pod szyją nonszalancko, wywinął rękawy. Świetnie bawił się z Lucą i nowo poznanymi dziewczynami, które zaczepiły ich, żeby pożyczyć papierosa, a które okazały się parą sympatycznych, i całkiem zabawnych, lesbijek.
— Kochanie — śpiewnie przeciągnął zgłoski — możesz tu podejść?
— Kochanie? — Luca zdumiał się uprzejmie, ale podszedł. — Aż tak mocne te drinki?
Ardal puścił przytyk mimo uszu.
— Daj mi swój telefon.
Luca poruszył brwiami, uśmiechnął się cwaniacko.
— Chcesz go przetrzepać i sprawdzić, z kim piszę?
— Chcę nam zrobić zdjęcie?
Luca parsknął.
— Najgłupszy pretekst, jaki słyszałem.
— Co w tym głupiego?
— Możesz zrobić swoim.
— Masz lepszy aparat — przypomniał Ardal. — Moim w tym świetle nic nie wyjdzie.
Luca podał mu telefon, ale podroczył się, zabrał go w ostatniej chwili. Ardal rzucił mu takie spojrzenie, że Luca uniósł rękę w akcie kapitulacji, grzecznie oddał mu urządzenie.
Ardal złapał Lucę za swój krawat, bezceremonialnie przyciągnął go do zdjęcia. Luca, niemniej śmiało, złapał go przez plecy, odwdzięczył się tak, że wpadli na siebie i lekko zderzyli biodrami. Ardal zrobił im zdjęcie na tle hotelu i księżyca. A potem, korzystając z rozkojarzenia Luci, wepchnął go do basenu.
— Spóźniony lany poniedziałek — usprawiedliwił się z niewinnym uśmieszkiem, wyjątkowo zadowolony z pretekstu, który wymyślił, żeby w porę zabrać mu telefon i uchronić go przed zalaniem. — Sam rozumiesz, jakoś tak nie mogłem się powstrzymać.

252 słowa 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz