Tw.: Morderstwo ludzi oraz psa. Czytasz na własne ryzyko.
Jest taki miesiąc w roku, gdy ludzie dostają fioła na punkcie żywych choinek, kolorowych ozdób, lepią bałwany ze śniegu i ozdabiają je migoczącymi lampkami, wkładając im marchewkę jako nos oraz czarne węgielki imitujące oczy, oraz uśmiech. W sklepach jest totalny szał na punkcie zakupów, żeby przygotować dwanaście potraw czy znaleźć idealny prezent dla swoich bliskich. Ludzie na ulicach miasta witają się szerokimi uśmiechami, życząc sobie wesołych świąt, kompletnie zapominając o tym, że jeszcze miesiąc wcześniej chodzili z poważnymi minami, mijając się bez słowa. Dla Logana było to obce, nieznane, a nawet odrażające. Nienawidził patrzeć na tą sztuczną radość, na tą biel śniegu, która tylko kuła go w oczy, na te iskrzące się lampki, które go dekoncentrowały oraz na bałwany, obok których nie mógł przejść obojętnie - każde z nich rozwalał, wywołując płacz u nie jednego dzieciaka.
Na dworze było już ciemno, prószył delikatny śnieg, a za jego plecami przemieszczało się setki przechodniów, kompletnie ignorując jego osobę. Trzymając dłonie w kieszeni bluzy oraz mając założony kaptur na głowie, stał przed witryną sklepową, obserwując różnego rodzaju ciasta, kręcące się na piętrowych paterach.
Na dworze było już ciemno, prószył delikatny śnieg, a za jego plecami przemieszczało się setki przechodniów, kompletnie ignorując jego osobę. Trzymając dłonie w kieszeni bluzy oraz mając założony kaptur na głowie, stał przed witryną sklepową, obserwując różnego rodzaju ciasta, kręcące się na piętrowych paterach.
