Powietrze pachniało solą i rozkładającymi się glonami, z nutą mokrego piasku.
Trwał sztorm.
Widok na wzburzone morze co chwilę przysłaniały mi targane wiatrem włosy. Gdy wychodziłam, zaplotłam je dość ciasno w dobieranego warkocza, jednak moje kilkunastominutowe starania bardzo szybko przegrały walkę z żywiołem. Już jakiś czas temu przestałam próbować odgarniać je sobie z twarzy.
Plaża świeciła pustkami. Cóż się dziwić, raczej niewielu miałoby ochotę na spacery przy urywającej głowy wichurze i zacinającym, mokrym śniegu, nieprzerwanie produkowanym przez ciemne chmury, które już drugi dzień wisiały nad niewielką miejscowością, gdzie wciąż większość mieszkańców parała się rybołówstwem. Było przeraźliwie wręcz zimno, warunki pogodowe nie pozwalały do końca otworzyć powiek, jeśli chciało się choć trochę ochronić przed tym, co mogło wpaść wraz z tą zawieją do oczu. Wyłamałam sobie palce w zamyśleniu.
Łatwo było kochać morze latem, przy ładnej pogodzie. Jednak to właśnie w takich momentach pokazywało ono swoje prawdziwe oblicze. Niszczycielską siłę zdolną zabrać z tego świata niezliczone istnienia.
Tylko prawdziwie zakochanych w morzu to jego wydanie nie odrzucało.
Czułam wyraźnie wszystkie krople wody, które mnie otaczały. Wściekle kotłująca się, spieniona słona woda, jak i ta słodka, na wpół zamarznięta, opuszczająca przestworza, by wrócić na powierzchnię ziemi, gdzie ponownie rozpocznie swoją nieskończoną wędrówkę. Ogromny szum narastał w uszach, blokując wszystkie pozostałe, otaczające mnie dźwięki. To wszystko dawało wrażenie jednocześnie przytłaczające i w pewien sposób kojące. Pozwalało odciąć się od pozostałych bodźców dochodzących z otoczenia. Tworzył wspaniałe tło do porannej medytacji.
Niemal umknęło mi pojawienie się u mojego boku znajomego ptaka. Zerknęłam na niego kątem oka, gdy wylądował na pobliskim paliku cumowniczym. Granatowoczarne pióra utraciły chwilowo swój blask, poddając się zawiei. Widziałam, jak drobne, krucze ciało delikatnie drży, pokrzywiony dziób przybliżył na moment do klatki piersiowej, starając się zmniejszyć jak najbardziej powierzchnię, którą stykał się z lodowatym powietrzem. Zazwyczaj niezwykle gładka warstwa piór dziś była nastroszona, w dodatku raz po raz mierzwiona przez gwałtowne podmuchy.
Odwróciłam od niego wzrok. Nie powinien był wylatywać w taką pogodę, mógł zrobić sobie krzywdę. Znowu.
— Wszyscy cię szukają — odezwał się w końcu, przekrzykując wiatr. O ile byłabym niezwykle zaskoczona, usłyszawszy głos dobywający się z gardła każdego innego krukowatego, tak ten, lekko schrypnięty, pełen buty ton znałam doskonale. Ptak, którego dawno temu uratowali moi rodzice, gdy w podobną pogodę poniosły go prądy powietrza i popisowo wyrżnął w okno naszego domu, haratając sobie dziób i łamiąc skrzydło. Poskładali go z dobroci serca. Dopiero potem, gdy wybudził się po wszystkich zabiegach i zaczął złorzeczyć na wszystkich dookoła za to, że został zamknięty w klatce, zdali sobie sprawę, że to nie taki zwykły ptak.
Miał zostać u nas tylko na czas swojej rehabilitacji, ale jak to bywa z magicznymi istotami żyjącymi dłużej, niż przewidziała natura, on miał własny pomysł na życie. Trwał więc u boku moich rodziców do teraz, może nie zawsze obecny, wszak często bez słowa znikał na długie tygodnie, zawsze jednak wracał. Po powrocie opowiadał niestworzone historie o swoich licznych przygodach, które zrodzić się mogły tylko w głowie wyjątkowo kreatywnej istotki, którą ten ptak zdecydowanie był.
Oparłam głowę na podciągniętych pod brodę kolanach, odwracając ją od niego. Wbiłam wzrok w niespokojną wodę.
— Bob, życie ci niemiłe? — wiatr nieco zniósł gwałtowny skrzek oburzenia, który wydostał się z gardła ptaka. Uśmiechnęłam się smutno. Nienawidził, jak go tak nazywałam. Było to z resztą nieco wredne z mojej strony, przyznaję. Długo nie chciał wyjawić swojego imienia, a że odpowiadałam wtedy za jego rehabilitację, odmówiłam wołania na niego "ej ty" czy "ptaku". Wymyśliłam więc imię na poczekaniu. Nie spodobało mu się ono do tego stopnia, że raptem dzień później w końcu, wśród skrzeków oburzenia, powiedział, jak mam się do niego zwracać. Zwykle jednak tę prośbę ignorowałam. Aleander. Serio, Bob brzmi zdecydowanie lepiej. — Nie powinieneś wylatywać w sztorm.
— I kto to mówi — sarknął, ostrożnie zeskakując z palika i, gibiąc się nieporadnie na boki, z każdym krokiem walcząc z wichurą, przeczłapał bliżej mnie. Przymykał oczy, chroniąc je przed sypiącym śniegiem. Wyglądał tak biednie w zawiei, że wyprostowałam się, składając nogi po turecku, rozpięłam kurtkę i szybkim ruchem, żeby nie zdążył zaprotestować, wpakowałam go sobie za pazuchę. Skrzeknął parę razy, ale raczej dla zasady, niż z realnej niechęci, bo gdy tylko zapięłam z powrotem zamek, umościł się wygodnie i przymknął oczy. Czułam, jak topiący się na nim śnieg wsiąka w moją koszulkę. Mimowolnie sięgnęłam ku wodzie, zbierając ją i wyrzucając obok, żeby dołączyła do reszty w drodze w głąb ziemi.
— Mnie ten wiatr nie porwie.
— Jesteś taka chuda, że wcale nie byłbym tego taki pewien! — spojrzał na mnie jednym okiem, a ja zaśmiałam się cicho. — No co! Tu nie ma się z czego śmiać. Jesz ty coś w ogóle?!
Nie za wiele. Nie więcej, niż potrzebowałam. Nie byłam jak moja kuzynka, która odnajdywała szczególną przyjemność w jedzeniu. Było to raczej coś, co robiłam, jak mi się przypomniało, że powinnam. Z resztą, drakonidy w moim wieku nie potrzebowały już jeść codziennie. Pogłaskałam Aleandra po głowie, za co dziobnął mnie w dłoń. Wywróciłam oczami.
— Zaraz bym przecież wróciła — rzuciłam zamiast odpowiedzi na jego pytanie. Podparłam brodę na dłoni, łokieć na kolanie.
— Tak tak, znam już to twoje "zaraz". Jak się zapomnisz, to mogłabyś tu siedzieć do jutra. A jeszcze jest sztorm!
— No właśnie, zimno jest — może i było, ale nie mi. Dzięki wszechobecnej wodzie nie czułam chłodu. Otulała mnie miękko, izolując od odczuwania dyskomfortu związanego z temperaturą. Lubiłam tkwić na plaży czy w porcie godzinami podczas takich zawiei. Blisko wody, z dala od ludzi. — Przecież bym tu tyle nie wysiedziała — zaskakujące, jak gładko to kłamstwo wyszło z moich ust.
Posłał mi przeciągłe spojrzenie mówiące wyraźnie, że nie wierzy. Znowu sięgnęłam ręką, żeby go pogłaskać, znowu zostałam za to podziobana. Zrobiłam zbolałą minę, ale nie miał zamiaru się ugiąć.
— Wracaj do nich — powiedział po chwili ciszy, poruszając się lekko, żeby zmienić nieco pozycję i lepiej się ulokować. — Dzisiaj są święta.
No właśnie, Zimowa Noc. Właśnie dlatego nie chciałam tam z nimi w tej chwili być. Dlatego potrzebowałam chwili dla siebie, zanim będę mogła wrócić do udawania, że wszystko jest w najlepszym porządku i bawię się tak dobrze, jak oni.
— Nie możesz wiecznie tego przeżywać, wiesz? — podjął ptak, nie dając się zwieść uśmiechowi, który przykleiłam na usta. — To było dawno. Nie wrócisz mu życia, a jak go znam, na pewno nie chciałby, żebyś się tak umartwiała.
Oczywiście, że by nie chciał. Co jednak miałam zrobić, skoro nie potrafiłam tak po prostu pójść naprzód? Skoro za każdym razem, gdy zamykałam oczy, widziałam przed sobą jego uśmiechniętą twarz, pełną zachwytu i nieskończonego uczucia... Jak mogłam cieszyć się tak po prostu życiem, kiedy nie mogłam już stać u jego boku?
— Naprawdę zaraz wrócę — poprawiłam w końcu lecące na oczy włosy. — Przecież nie zepsuję im świąt swoją nieobecnością. Pewnie ledwo wstali. Jak wychodziłam, to jeszcze wszyscy chrapali w najlepsze.
— Violet zaraz spali twoim rodzicom dom, jak się nie pojawisz. Dlatego przyleciałem.
— Na szczęście tak pada, że nic się w tych warunkach nie podpali. Poza tym cegła kiepsko płonie.
— Kąśliwa jak zawsze.
— To specjalnie dla ciebie — wstałam jednak, przyciskając Aleandra do piersi, żeby nie wypadł dołem kurtki. Powinien teoretycznie się trzymać, ale wolałam nie ryzykować. — Ale patrz, proszę, wracam. Tak jak chciałeś!
Kraknął, w jego tonie dało się wyczuć zadowolenie. Umościł się raz jeszcze, chowając głowę głębiej pod moją kurtkę, żeby całkiem schować się przed wiatrem.
***
— Co myślisz? — łyżka z pokrojonymi w słupki warzywami w passacie pomidorowej znalazła się nagle tuż przed moją twarzą. Posłusznie spróbowałam tego, co Vi mi podsunęła.
— Jest okej — powiedziałam, gdy już przeżułam. Kuzynka wróciła do mieszania w garnku, zadowolona z mojej odpowiedzi.
Kończyliśmy przygotowania do kolacji. Warzywami zaraz miała zostać przykryta ryba, którą Liam wyciągał właśnie z piekarnika. Vi jak zawsze przygotowała sporo jedzenia, każde danie z osobna było prawdziwą feerią barw, zapachów i, przede wszystkim, smaków, które w naszej rodzinie tylko Vi potrafiła tak dobrze wydobyć z potrawy. My z Liamem raptem pomagaliśmy, coś tam pokroiliśmy, wymieszaliśmy, utarliśmy, dając się wyżyć kulinarnie dziewczynie.
Generalnie od kilku lat, dokładniej — od roku śmierci wujostwa — nasze święta Zimowej Nocy wyglądają bardzo podobnie. Nie w komplecie, ale już, zdaje się, wszyscy do tego przywykli. Każdy z nas stracił kogoś bliskiego, kto już nigdy nie usiądzie z nami przy wspólnym stole, nie wymieni życzeniami na nadchodzący rok, nie przytuli. Każdy radził sobie z tym na swój sposób — ja uciekając choć na chwilę, by posiedzieć w samotności, Violet zamykając się w kuchni, dając się porwać wirowi przygotowań, moja matka zawsze w ten dzień pracuje w przychodni, ojciec z kolei stara się być obecny po trosze dla każdego. Zwykle rano pomaga w przychodni, potem przywozi Violet ostatnie, zapomniane zakupy, wieczór po kolacji z kolei spędza ze mną w milczeniu przy rozpalonym kominku. Wśród dźwięku trzeszczących polan i zapachu dymu, po prostu siedzimy, każde pogrążone we wspomnieniach.
Liam... On od lat radzi sobie najgorzej.
Odkąd wyłonił się dzisiaj z pokoju, krótko po moim powrocie z Aleandrem z portu, uśmiech nie schodził mu z twarzy. Energicznie pomagał siostrze w kuchni, uprzednio, zdaje się celowo, przyjmując na klatę dosłownie demonstrację wściekłości Vi, która to cisnęła w niego paczką mrożonek, ledwo się pojawił bo "Ileż można spać, nierobie jeden". Skąd wiem, że było to wykalkulowane zagranie z jego strony? Słyszałam, że nie spał, gdy wychodziłam, to raz. Dwa, doskonale znał swoją siostrę. Wiedział, że będzie potrzebowała na kogoś skierować swoją irytację, więc się podłożył.
Dobry z niego chłopak, choć ciągle próbował udawać, że jest zgoła inaczej.
Teraz natomiast robił wszystko, by jak najlepiej pomóc w przygotowaniach. Każdy krok metodycznie odhaczał na sporządzonej parę dni temu liście, upewniając się, że o niczym nie zapomnimy. Niemal non stop sypał żartami, starając się rozbujać atmosferę, żeby na pewno wszyscy dobrze się dziś bawili. By mogli zapomnieć o życiowych problemach, w ten niezwykle trudny czas w końcu znaleźć w sobie siłę, by cieszyć się chwilą.
Po całym dniu trzymania fasonu zapewne znowu, jak to było od lat, gdy wszyscy pójdą już spać, wymknie się niepostrzeżenie z domu, w pobliskim lesie zrzuci okrywającą go iluzję i wzbije się do lotu. Wróci następnego dnia rano, na tyle wcześnie, by na pewno nikt nie zdążył się jeszcze obudzić. Wślizgnie się do pokoju, który zajmuje, przemykając bezszelestnie przez salon, gdzie jego wuj a mój ojciec będzie spał w fotelu. Tak, by nikt nie zauważył, że go nie było.
Czysta kalkulacja w trosce o dobro rodziny.
Od lat nie potrafiłam w taki sposób przekazać mu, że jego emocje także są ważne i nie musi ich przed nami ukrywać, żeby to do niego dotarło.
— Ziemia do Az — ktoś poczochrał mi włosy. Odruchowo, nerwowo uciekłam głową od dotyku, zerkając na osobę, która się odezwała. Ręka Liama opadła u jego boku w dziwnie smutnym geście, jednak z jego twarzy nie znikał uśmiech. Przechylił lekko głowę, przyglądając mi się uważnie, szukając pewnie najmniejszego śladu niepokoju. Cóż, nie tylko on był niczego sobie aktorem. Wyprostowałam się, także przyczepiając na twarz wykalkulowany uśmiech. W oczach kuzyna na moment błysnęła gadzia czerwień, dając wyraz dla jego lekkiego niezadowolenia z mojego postępowania, nie odważył się jednak tego skomentować. — Pomożesz z obrusem?
Już dawno zapadł zmierzch, gdy moja mama wróciła. Od progu zaczęła się zachwycać pięknymi zapachami szykowanej kolacji, które rozchodziły się po całym domu. Violet stała wśród parujących garnków w kuchni, wyprostowana, dumna z siebie i tego, co udało jej się dzisiaj przyrządzić. W końcu byliśmy w komplecie, zasiedliśmy więc wspólnie do stołu i podając sobie półmiski, rozpoczęliśmy nasze rodzinne świętowanie. Jak zawsze nieco podbarwione smutkiem z powodu nie dających spokoju, wolnych miejsc przy stole, jednak z każdym rokiem coraz więcej było we wszystkich radości z tego, co mamy obecnie i wiary w lepszą przyszłość.
Może kiedyś w końcu zdołają ruszyć dalej bez smutku i strachu o to, co przyniesie jutro.
1922 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz