29 stycznia 2026

Od Luthera cd. Yassina

Luther nieszczególnie lubił się spoufalać z ludźmi. Zdobycie jego zaufania wymagało czasu i poświęcenia. Nie uśmiechało mu się, aby opowiadać na lewo i prawo, kim jest i czym się zajmuje. Jego praca budzi kontrowersje wśród mieszkańców Deiranu. Rozumiał, dlaczego Yassin tak bardzo dociekał informacji na jego temat. Jednak nie zmieniało to podejścia Luthera. Nie chciał powiedzieć czegoś za wcześnie, póki całkowicie nie zaufa mężczyźnie. 
Jakby miał być tajnym agentem, to już dawno udałoby mu się odgadnąć profesję Firebane'a albo byłby niesamowicie blisko, aby ją zgadnąć. W tym przypadku szło to w całkowicie innym kierunku, co bawiło Luthera. Jednak nie przeszkadzało mu to, dopóki Yassin mu nie zagrażał. Dlatego tylko uśmiechał się i dalej nic nie mówił na temat swojej pracy.
Bawił się z Żabusiem na podłodze, używając do tego lasera, który znalazł na szafce. Gospodarz patrzył na niego z widoczną urazą, którą starał się ukryć za uśmiechem i miłą pogawędką. 
— Chcesz się czegoś napić? — usłyszał, przez co odwrócił się do mężczyzny. 
— Herbatę poproszę — odpowiedział, uśmiechając się do czarnowłosego, który skinął głową i poszedł do kuchni, aby przygotować coś do picia.
W tym czasie Lu ponownie zaczął miziać kota po brzuszku, przez co zwierzak zaczął mruczeć. Zaśmiał się, rozbawiony tym, jak bardzo skradł kocie serce. Nieszczególnie go to dziwiło, ponieważ zapach, który emanował od Luthera, był bardzo charakterystyczny dla zwierząt, ale dla ludzi był on niewyczuwalny. 
— To przyznasz się z tą kocimiętką, czy nie? — spytał Yassin, stawiając kubki z ciepłymi napojami na stoliku kawowym przed kanapą, na którą opadł. Poklepał miejsce obok siebie, zapraszając w ten sposób gościa do wspólnego spędzenia czasu.
Nie chcąc odmawiać, pogłaskał jeszcze Żabusia po głowie, a następnie zajął miejsce obok Yassina. Jednak nie na długo pozostał bez towarzystwa kota, ponieważ ten bardzo szybko zajął miejsce na jego kolanach, łasząc się o kolejne głaski. 
— Gdybym tylko miał kocimiętkę — odpowiedział rozbawiony, delikatnie głaszcząc kota po plecach. — Nie mam kota, to nie mam potrzeby mieć takich rzeczy w domu.
— Mhm, a tu mi jedzie czołg — rzucił Yassin, wskazując na swoje lewe oko — a tu strzela. 
Luther zaśmiał się na to, kręcąc w rozbawieniu głową. Naprawdę, Yassin to specjalny przypadek, ale w pozytywnym znaczeniu. 
— Jak chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć, to zawsze możesz wpisać to w wyszukiwarce. 
— Jakbym tego nie robił — odparł Yassin, zadzierając brodę do góry. — W tym problem, że nic nie mogę znaleźć. Mógłbyś trochę poopowiadać o sobie. Co robisz, co lubisz, czym się zajmujesz. Lubisz jakieś gry? Jesz słodycze? 
— Co to za lawina pytań, co? — zaśmiał się, spoglądając na Yassina, który przewrócił oczami. — Wszystko w swoim czasie. Jesz cukierka z papierkiem czy bez?
— No raczej, że bez!
— No to właśnie. Tak samo jest z poznawaniem drugiej osoby. Wszystko po kolei, nie wymagaj cudów, Yassin. Mogę ci w ramach rekompensaty zagrać coś na pianinie, jak mnie znowu odwiedzisz — zaproponował w ramach ugody. 
Czarnowłosy wskazał na Lu palcem, otworzył usta, aby coś powiedzieć, a następnie je zamknął. Dźgnął Luthera w klatkę kilkukrotnie. Jasnowłosy uniósł pytająco brew do góry, patrząc na towarzysza, który dalej go dźgał palcem. 
— Mam ci napiąć, czy co chcesz tym osiągnąć? — spytał, przechylając głowę na bok, powodując, że gospodarz szybko odwrócił się do niego plecami. — Oj Yassin. Jesteś płochliwy i ciekawski jednocześnie, co? — zapytał, odkładając kota na kanapę, a następnie przysunął się do mężczyzny, układając dłoń na jego barku. — Krzywdy ci nie zrobię — szepnął do ucha czarnowłosego, a następnie odsunął się, zajmując poprzednie miejsce. Sięgnął po kubek z herbatą, upijając ją, jakby nigdy nic się przed chwilą nie wydarzyło. 
Yassin siedział do niego obrócony plecami. Nie przeszkadzało mu to, pozwolił, żeby mężczyzna wziął kilka głębokich wdechów i mógł się uspokoić. Samo zachowanie Firebane'a budziło ciekawość Yassina. Jednak z wielu względów nie mógł mu wszystkiego opowiedzieć wprost. Wolał się upewnić, że mężczyzna nie zrazi się, jak tylko usłyszy o jakichkolwiek wyczynach Vipersów. 
Lu chodził po salonie, czując się, jak u siebie, dokładnie się ze wszystkim zapoznając. Podszedł do okna, spoglądając na okolicę. Była to raczej spokojna dzielnica, w której nie dochodziło za często do pojawiania się magicznych bestii. 
Mieszkanie mężczyzny były urządzone bardzo ładnie; wszystko skomponowane w jednej, spójnej gamie kolorystycznej, co było przyjemne dla oka. Meble należały do jednych z droższych, co można było zauważyć po ich wykonaniu. Nie wnikał, skąd dokładnie pochodził Yassin, z jakiej rodziny i jaki miał majątek. Nie obchodziło go coś takiego, bo uważał, że jest to najmniej istotna informacja na tym etapie znajomości. 
Czarnowłosy delikatnie miział swojego kociego przyjaciela po głowie, a następnie po brzuchu. Kot zdecydowanie korzystał z tej chwili przyjemności. Jednak samo dawanie brzucha do głaskania oznaczało ogromny zaszczyt dla człowieka. Lu sam doskonale wiedział, jak to jest. Nie lubił być dotykany przez innych, gdy był w swojej kociej wersji. Zwykle w takiej sytuacji pozwala się dotykać swojej rodzinie i szefowi. Raczej nikt z jego kolegów z pracy nie próbował go dotknąć, gdy był przemieniony. Zawsze wtedy używał swojego ogona, aby uderzyć ich w nogi, dając do zrozumienia, że nie chce. Czasami musiał użyć większej siły, żeby zrozumieli. Jednak dzięki temu, że znalazł się wysoko w Vipersach, to miał spokój od ludzi i mógł działać sam, aczkolwiek nie do każdej misji. 
— Będziesz miał wolny przyszły tydzień? — spytał Luther, siadając ponownie obok Yassina, który spojrzał na niego i zadarł głowę.
— Muszę sprawdzić swój kalendarz — odpowiedział.
— Nadal jesteś zazdrosny o Żabusia, co? — zaśmiał się, bawiąc się z kotem, który niemalże od razu zaakceptował zaproszenie od Lu.
— Kradziej — prychnął Yassin, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. Nieszczególnie zadowolony z tego, że Luther ponownie ukradł mu jego kota. 
— No już, już. Nic nie robię. 
— No teraz to już za późno, baw się z nim. 
— Skoro nalegasz...
— Nie nalegam! — zaprotestował czarnowłosy, uderzając Luthera w udo, na co ten uniósł brew do góry, rozbawiony reakcją mężczyzny. 
— To jak się dowiesz, czy masz wolny przyszły tydzień, to daj mi znać — powiedział Lu, uśmiechając się do Yassina, który szybko odwrócił głowę w przeciwnym kierunku. 
Nie zdołał nic więcej powiedzieć, ponieważ zaczął wibrować jego telefon. Niechętnie wyjął urządzenie z kieszeni. Widząc na ekranie imię Dan, ciężko westchnął. Odebrał połączenie i przyłożył telefon do ucha, pytając, co potrzeba. 
— Masz czas? — spytał Dan.
— Nie za bardzo. Jestem... na randce — odchrząknął, przez co Yassin na niego spojrzał zdezorientowany i uderzył go z pięści w ramię, kręcąc głową. 
— Wybacz, że przeszkadzam, ale jesteś potrzebny. Atak w południowej części Deiranu. Jedna z dzikich bestii się pojawiła. Przyjedziesz?
Luther ciężko westchnął, ale zgodził się, nie mając za bardzo wyjścia. Rozłączył się z przełożonym i spojrzał na Yassina.
— Co to miało znaczyć? Nie jesteśmy na żadnej ran- — jednak nie zdołał dokończyć, co mówił, Lu zasłonił mu usta swoją dłonią i nachylił się do niego, składając krótki pocałunek na czole.
— Praca wzywa, muszę jechać, przepraszam — powiedział, spuszczając wzrok. Nie chciał zostawiać Yassina, ale doskonale wiedział, że jeśli nie pojedzie, to Dan później będzie na niego narzekać. Nie potrzebował znowu słuchać jego narzekań. 
— Służbista, co? — rzucił Yassin, na co Lu się zaśmiał, przytakując głową. 
— Coś w tym stylu. 
Wstał z kanapy i udał się na przedpokój, gdzie założył buty i kurtkę. Czarnowłosy poszedł za nim, trzymając Żabusia na rękach. Lu posłał im jeszcze delikatny uśmiech.
— Dbaj o kwiaty — dodał, pogłaskał Żabusia, a następnie opuścił mieszkanie, szybko zbiegając po schodach, aby wyjść z klatki.
Nie miał czasu, żeby jechać do domu i się przebrać. Dlatego wsiadł w samochód, który miał zaparkowany niedaleko, odpalił silnik i sprawdził lokalizację, którą przesłał mu Dan. Miał dobre dwadzieścia minut drogi, ale cóż. Nie pozostało mu nic, jak jechać. 

*

Na miejscu czekał na niego Dan wraz z innymi, którzy wyglądali na zirytowanych. Luther zostawił marynarkę w samochodzie wraz z telefonem, po czym podszedł do Vipersów, spoglądając na szefa. Nie był zadowolony, że zniszczył mu spotkanie, ale co mógł poradzić?
— Gdzie twoja randka? — spytał Dan, posyłając uśmiech Lutherowi. 
— Co tu mamy? — zignorował pytanie mężczyzny, rozglądając się wokół, chcąc znaleźć jakiekolwiek szczegóły wezwania. 
— Widzę, że nie jesteś w formie do żartów — westchnął, za co otrzymał zirytowane spojrzenie Firebane'a. — No już, nic nie mówiłem. W każdym razie zgłoszenia dotyczyły wilko-podobnego stworzenia, ale problem jest taki, że potrafi używać niewidzialności. 
— Mogliście ściągnąć Violet, szybciej by go wytropiła — odparł Luther, przewracając oczami.
— Problem jest taki, że nie mogła dzisiaj się pojawić. Dlatego zadzwoniłem do ciebie. Trzeba to cholerstwo znaleźć, póki nikomu nic się nie stało. Zniszczone budynki i auta to najmniejszy problem. Jeszcze nie ma żadnych ofiar śmiertelnych. 
Luther nic więcej nie odpowiedział, tylko przemienił się w lwa, a następnie ruszył za Vipersami w stronę lasu. Na dworze się ściemniało, a umiejętności bestii były niezwykle doskonałe, wręcz trudno było uwierzyć, że to na pewno zdziczała zwierzyna. Nie pasowało mu to do tego opisu, zdecydowanie. Wydawało mu się, że musiał to być zmiennokształtny z dodatkową mocą. Niewidzialność można nabyć genetycznie albo poprzez różnego rodzaju nielegalne eliksiry, które sprzedawane są na rynku. Pokręcił głową, nie było czasu na rozmyślanie. Na to jeszcze przyjdzie czas. 
Poszukiwania zakończyły się fiaskiem, po bestii nie było śladu, a jej trop urwał się w połowie lasu. Lu również nie był w stanie odnaleźć innego zapachu, który mógłby go doprowadzić do zwierzęcia. Patrzył na Dana wymownie. Gdyby zaczęli działać wcześniej, to może by go złapali. Teraz to tylko domysły i może być... wszędzie. 
Wrócił do swojej ludzkiej formy i udał się w kierunku szefa, który stał z założonymi rękami. Widać było, że był zdenerwowany. 
— To nie była dzika bestia, musiał to być zmiennokształtny albo ktoś, kto zdobył te moce nielegalnie. Zbyt dobrze sobie poradził, jak na zdziczałego — oznajmił Firebane.
— Wiem właśnie i to mnie martwi. Zatuszował swój zapach, nawet ja go nie mogę odnaleźć — odpowiedział, kładąc rękę na ramieniu Lu. — I tak dziękuję, że przyjechałeś. Mam nadzieję, że mimo wszystko randka była udana.
—  Śmiem twierdzić, że narobiłem sobie ogromnego minusa, wiesz? — prychnął, spychając rękę Dana ze swojego ramienia. — Następnym razem nie przyjadę, jak będę na randce.
— Obiecuję, że nie będę już nalegać, gdy będziesz na swojej randce. A tak właściwie... to ten sam chłopak, o którym wspomniał Ronald? 
— Roland — poprawił go Luther. — Tak, to ten sam. 
Dan tylko tajemniczo się uśmiechnął. Lu przewrócił oczami i wsiadł do auta, aby wrócić do domu. Spojrzał na godzinę w telefonie. Była pierwsza. Otworzył szybę w aucie i wychylił głowę. 
— Rozumiem, że jutro mam wolne? — spytał, a Dan jedynie potraktował go środowym palcem, który oznaczał odmowę. — I tak przyjdę na dziesiątą. Nie będę wcześniej.
Ramsey jedynie pomachał Lutherowi na pożegnanie środkowym palcem. Cóż, uznał to za zgodę.  

*

Luther starał się pisać do Yassina na miarę możliwości: codziennie. Szczególnie z rana, ale nie otrzymywał odpowiedzi o szóstej rano tylko dopiero koło dwunastej. Czy czarnowłosy się dąsał o ostatnią sytuację? Tak. Firebane przeprosił go już milion razy, ale nadal nie działało. 
Dlatego, jak tylko miał wolne i wiedział, że Yassin nic nie robi (wcześniej sam mu to napisał), to pojechał po niego i przywiózł do siebie. Oczywiście czarnowłosy przywitał się najpierw z Delicją, która radośnie wokół niego biegała. Lu poszedł umyć ręce w łazience, a następnie pogonił swojego gościa. Następnie udali się do salonu. Gość czuł się jak u siebie. Bez większego skrępowania szperał w szafkach Luthera, mówiąc, że na pewno znajdzie podpowiedź na temat jego pracy. W międzyczasie przygotował dla nich herbaty, a Firebane siedział przy pianinie, rozgrzewając palce.
Dopiero po kilku minutach zaczął grać jedną ze swoich ulubionych piosenek River Flows in You. Skupiając się na swojej grze, całkowicie zapomniał o tym, że jest obserwowany przez Yassina, ale dzięki temu minimalnie dało się zauważyć emocje, które były w Lutherze. Muzyka była jego miłością i czymś, co pozwalało mu zawsze przeć do przodu. W najgorszych chwilach, gdy miał na sumieniu swojego szwagra, codziennie o tej samej porze siadał do pianina i grał, chcąc chwilowo odciąć się od codzienności. Choć nadal ma głęboki żal do siebie, to wiedział, że czasu już nie cofnie i nie przywróci mężczyźnie życia. Nawet jeśli to nie on mu je odebrał. 
— Teraz wybaczysz za ostatnią sytuację? — spytał, odwracając się do Yasinna, który wpatrywał się w niego niczym w obrazek. 
Czarnowłosy tylko się uśmiechnął i nie odpowiedział na jego pytanie wprost. Jedynie dosiadł się do Luthera, każąc mu się trochę przesunąć, aby mógł wygodnie usiąść. 
— A nauczyłbyś mnie grać? — spytał, spoglądając na Lu.
— Mogę, ale nie obiecuję, że jestem najlepszym nauczycielem.
Jednak Yassinowi nieszczególnie to przeszkadzało, bo nie zraził się na taką odpowiedź. Jedynie przytaknął głową. 
Po chwili po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka, przez co Lu podniósł się z siedzenia i skierował do przedpokoju. Spojrzał przez Judasza, a widząc swoją siostrę z córkami, delikatnie się uśmiechnął i otworzył drzwi. Dziewczynki wpadły do mieszkania, witając się z wujkiem, Delicją, a następnie udały się do salonu. 
— Co to za ładna pani? — spytała Alice, wskazując na Yassina. Luther zakrył usta, aby się nie zaśmiać. Dość szybko podszedł do siostrzenicy.
— Skarbie, to nie pani tylko pan i ma na imię Yassin — oznajmił, czochrając jej włosy. 
— Alice jestem — zignorowała swojego wujka i od razu podeszła do Yassina z wyciągniętą ręką, którą mężczyzna delikatnie ścisnął, jakby nie chciał jej zrobić krzywdy. 
— A ja Layla — zza nogi Lu wychyliła się starsza dziewczynka, patrząc na mężczyznę z widocznym zainteresowaniem. 
— To moje siostrzenice — zaczął Luther, gestem ręki zapraszając swoją siostrę do salonu. — A to Lucy, moja starsza siostra. 
— Nie wiedziałam, że masz gościa — zaczęła kobieta. — Ale dziewczynki usłyszały, jak grasz i chciały cię zobaczyć. Możemy wyjść — zaproponowała, delikatnie się uśmiechając.
— Nie, nie musicie — zaoponował Yassin, a Alice niemalże weszła mu na nogi, szeroko się uśmiechając. 
— Alice, wypada zapytać o zgodę, nim komuś wejdziesz na nogi... nie jesteś kotem — westchnęła Lucy, spoglądając na córkę. 
— Jestem kotkiem! — zaprotestowała, a na jej głowie pojawiły się kocie uszy, na co Luther podrapał się nerwowo po karku.
— Powiedziałeś mu, chyba że jesteś zmiennokształtnym i to lwem, co? — zapytała siostra, na co Lu uciekał wzrokiem po suficie, stwierdzając, że musi go odmalować. — Przepraszam za Alice — zabrała córkę z nóg Yassina. — Skoro Luther ci tego nie powiedział, to ja muszę. Nie radzi sobie z relacjami, musisz mu trochę wybaczyć — puściła czarnowłosemu oczko. — W każdym razie, nasza rodzina to zmiennokształtni. Wszyscy przemieniamy się, Lu i Kai, nasz młodszy brat, są lwami, a ja i moje córki przemienimy się w lwice. 
— Słyszałem, jak mnie obrażasz. 
— Cicho bądź, ciapko — skarciła go jasnowłosa. — W każdym razie, Lu jest bardzo tajemniczy. Trudno go rozgryźć, ale sobie z nim poradzisz. No nic, nie będziemy wam przeszkadzać!
Nawet nie zdołał zareagować, a został w mieszkaniu sam z Yassinem.
— Czyli masz w domu cztery koty, a nie trzy. Kłamca!
— Uh... przepraszam? — mruknął lekko skonsternowany zaistniałą sytuacją. 

Yassin? c:

2380 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz