Ardal uniósł jedną brew, wziął się pod boki, uśmiechnął połową ust, zademonstrował wszem i wobec, że z jednej strony nie dowierza, z drugiej — po tym wszystkim, co dzisiaj ujrzał — nie spodziewał się po panu Mortem niczego innego. Notes, na widok pistoletu, kartkami zjeżył się jak kot, samopiszące pióro podparło się klipsem wpół, naśladując mowę ciała właściciela i jego dezaprobującą pozę. Ardal wymienił z piórem porozumiewawcze spojrzenie. No idiota, powiedział. No idiota, zgodziło się piórko.
A więc po choince z puszek po energetykach, wężu w terrarium, stosie zaczepek i kilku mniej lub bardziej udanych próbach flirtu ze strony właściciela mieszkania, wznosimy się na skrzydłach absurdu coraz wyżej.
— A pan to ma na to cacko pozwolenie? — zapytał, choć wiedział, że nie.
— A mam — odpowiedział pan Mortem, wzruszywszy ramieniem nonszalancko. Uśmiechał się pod nosem, patrzył prosto w oczy tak śmiało, że aż bezczelnie. A-nawet-gdyby-nie-to-w-sumie-co-mi-zrobisz?
Ardal wsunął ręce w kieszenie, przeszedł się po pokoju, że niby będąc bardzo zajętym prowadzeniem czynności interwencyjnych.
— A — ucieszył się, zatrzymał wpół kroku, wyciągnął rękę sugestywnie. — To pan mi teraz pokaże i po sprawie.
— Co pan taki nieufny? — mruknął mężczyzna, jakby niewiara Ardala w gruncie rzeczy dotknęła go do żywego. — Nie mogę po prostu pana solennie zapewnić, że pozwolenie posiadam? Obietnica na mały paluszek, że wszystko jest legalne?
— Jasne. — Poruszył Ardal dłonią ponaglająco. — Po przedstawieniu dokumentów.
Pan Mortem skrzyżował ramiona na piersi, zadarł brodę, przymknął powieki, strzelił teatralnego focha z przytupem.
— Nie przedstawię.
— No przedstaw pan — jęknął Ardal, składając ręce błagalnie jak do świętej ikony. — Wie pan, ile zachodu nam pan obu narobi? Wie pan, co grozi za posiadanie broni bez zezwolenia? Jeszcze nabitej, niezabezpieczonej, takiej, o, perwersyjnie na widoku wywalonej? Ile ja przez pana będę miał papierkowej roboty do wypisywania? A pan? Chce się panu z tym cackać potem? Po sądach latać, zeznania składać?
Pan Mortem, o ile to było możliwe, zadarł nos jeszcze wyżej, tak wysoko, że prawie zawadził nim o sufit.
— Nie przedstawię.
— No miejże pan litość i serce!
Pan Mortem otworzył jedno oko, spojrzał na Ardala, jakby trochę było mu go żal, więc, niech będzie, mogą ponegocjować.
— Jak mi pan połowę długów umorzy.
Ardal zaśmiał się głośno i szczerze, aż klepnął się w udo na niezły żart.
— No to jakby mi pan tak teraz ten ręcznik zęb- — spróbował, ale nie skończył, uniósł ręce w akcie kapitulacji. — To chociaż za te notatki na mój temat, co tam pan sobie marze potajemnie i, zupełnie samolubnie, nie chce mi ich przeczytać.
Ardal, bez chwili namysłu, wyciągnął rękę, zamierzając dobić targu od razu.
— Stoi.
Pan Mortem podał mu rękę, błysnął zębami w uśmiechu, potrząsnął ją nagle bardzo grzecznie, uprzejmie i zupełnie po dżentelmeńsku. Otworzył szafkę, wyjął teczkę, mężczyźni na trzy-cztery przekazali sobie umówione przedmioty.
— Przepraszam bardzo, jakaś pomyłka chyba, to jest umowa kupna sprzedaży samochodu osobowego. — Ardal przekartkował strony. — I wyniki badań okresowych. I... — Zmrużył oczy, przystawił kartkę pod sam nos, nie potrafiąc się rozczytać. — Lista dzieciaków z sąsiedztwa, do podkładania im nogi na ulicy?...
— Nie chciałbym pana martwić — zaczął pan Mortem delikatnie, jakby nie chcąc zanadto urazić ego rozmówcy, mimo wszystko jednak przyglądając się mu z niejakim samozadowoleniem, w dwóch palcach trzymając notatnik z cieniem niekrywanej satysfakcji. — Ale pana tak łatwo zrobić w konia, że aż jestem rozczulony.
— A pan to wie, kim ja jestem? — Ardal napuszył się, zrobił Bardzo Ważną Minę. — Pan z urzędnikiem państwowym igra? Dobrze rozumiem? Pan wie, że w pana obecnej sytuacji takie śmichy-chichy nie są wskazane? Że ja, mógłbym, gdybym chciał, wszystko panu bardzo skomplikować? Nie chciałbym pana straszyć, ale jestem pana ostatnim światełkiem w tunelu, moja dobra wolna może się panu szalenie przydać.
— Shhhhh. — Uciszył go pan Mortem, zakładając nogę na nogę, pogrążając się w lekturze. — No dobrze, co my tu mamy... Ocena warunków mieszkalnych, to nie... Wykaz mienia, to nie... O, tu chyba coś jest. — Odkaszlnął. — Mężczyzna w silnym uzależnieniu od substancji pobudzających, dowodem absurdalna liczba puszek po napojach energetycznych. Jednostka społecznie upośledzona i pozbawiona wyczucia w kontaktach międzyludzkich. Brak manier i poszanowania dla munduru. Uosobienie zepsucia i degrengolady, prawdopodobnie degenerat. — Pan Mortem popatrzył na Ardala poważnie. — Czy ja panu wyglądam na upośledzonego degenerata?
Ardal przymknął powieki, rozłożył ręce bezradnie.
— To nie ja. — Zrzucił winę na samopiszące pióro. — To ono.
Pan Mortem zagwizdał z dezaprobatą, groźnie strzelił kostkami.
— Słuchaj no, ty mały kurwiu...
— Ale proszę mi tu asystentów nie prześladować — interweniował Ardal, po czym pstryknął palcami, odesłał piórko na swoje miejsce, to jest: do jego kieszeni, gdzie było bezpieczne. W międzyczasie zbliżył się do mężczyzny krokiem kontredansowym, bez skrępowania wyciągnął mu z ręki notes. — No, to jak my teraz ten szkopuł z tym nieładnym przedmiotem strzelającym rozwiążemy? Jak dla mnie, to nic nie było, ja tam na przykład nic podejrzanego nie widziałem, nic nie słyszałem, a pan to mi nic zupełnie nie pokazywał, nawet do sypiali nie wpuścił. — Nachylił się konspiracyjnie, porozumiewawczo zniżył głos, wyciągnął rękę, żeby przybić kolejną umowę. — Chyba możemy się tak umówić, między nami dżentelmenami?
Luca?
818 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz