25 stycznia 2026

Od Lucille cd. Cahira

Normalnie pewnie bym odmówiła propozycji zostania na herbatę. Byłam jednak trochę, tak ociupinkę, ciekawa tego luksusowego przybytku. Poza tym...
Aser był turbo słodki.
Gdziekolwiek poszedł zaraz po tym, jak przekazałam go w ręce właściciela, dość szybko wrócił z zadartym ogonem. Wzrokiem wodził dookoła, ewidentnie szukając, co by zbroić tym razem. Przykleił się potem do mojego boku, intensywnie węsząc w okolicy przewieszonej przez moje ramię torby pełnej książek. Zerknęłam na niego kątem oka, na moment odwracając wzrok od pleców prowadzącego mnie gdzieś Cahira.
W tym momencie rozległ się przeciągły dźwięk przelewania treści w jelitach, jednoznacznie dobiegający z wnętrza psa.
— Hmm... To chyba moja kanapka — spojrzałam przepraszająco na mężczyznę przede mną, ale ten tylko machnął ręką. — Przepraszam — chociaż ostatecznie udało mi się go znaleźć po tym, jak zwiał, co potencjalnie mnie rozgrzeszało, dalej było mi głupio, że przez moją nieuwagę prawdopodobnie się pochoruje.
— Nic się nie stało, pewnie nie tylko to dzisiaj zjadł, chociaż nie powinien — widziałam jednak, jak napina się szczęka mężczyzny w wyrazie pewnego stopnia irytacji, zanim z powrotem odwrócił się tyłem do mnie, kontynuując zmierzanie w sobie tylko znanym kierunku.
Dosłownie moment później w końcu się zatrzymał, żeby otworzyć drzwi do jakiegoś pokoju. Przytrzymując je, gestem zaprosił mnie do środka.
Podobnie jak reszta budynku, pomieszczenie było urządzone z niezwykłym wręcz przepychem. Jakbyśmy znajdowali się w salonie jakiegoś pałacu. Sama co prawda wychowałam się w domu pokaźnych rozmiarów, gdzie wystrój w całości zaprojektowany był przez moją matkę z równie wyczuwalnym wkładem pieniądza, jednak styl tych dwóch miejsc był widocznie różny. Dominująca tutaj klasyczna wyniosłość starych, luksusowych wnętrz, przepełnionych licznymi, często niepasującymi do siebie elementami wystroju, w niczym nie przypominała starannie skomponowanego, stonowanego pod względem doboru barw, mojego domu rodzinnego. Choć dostrzegałam pewien zamysł w tej otaczającej mnie wykwintnej pstrokatości, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ostatecznie momentami skutecznie był on zupełnie porzucany na rzecz pochwalenia się jakąś dziwną... hm, rzeźbą. Tym czy innym bibelotem, wyglądającym na pochodzący z dalekich stron. To wszystko sprawiało, że mimo powierzchownego wrażenia przebywania w miejscu skupionym na demonstracji zamożności, pozbawionym duszy mieszkańców, ostatecznie dało się wyczuć faktyczny charakter właścicieli...
Jak się zdaje, nie pasował on zupełnie do mężczyzny, którego dzisiaj poznałam.
— Dzień dobry, młoda damo — drgnęłam gwałtownie, wręcz podskakując w miejscu, gdy nagle bardzo blisko rozległ się obcy mi głos. Odwróciłam się na pięcie, potrącając przy tym wciąż węszącego przy mojej torbie setera. Fuknął oburzony, ale zaaferowana nagłym powitaniem dobiegającym z miejsca, gdzie na pewno nie mógł nikt stać, bo musiałby wtopić się w ścianę, nie przeprosiłam psa za to. — Och, spokojnie, nic się nie dzieje! Cóż też panienkę sprowadza w te skromne progi?
Po pierwsze — skromne? Rozumiem zachowywać pozory i udawaną przyzwoitość, ale bez przesady. Po drugie...
Odezwał się do mnie siwy, brodaty mężczyzna ubrany w zdobne szaty. Z wiszącego przy drzwiach obrazu. Tak, cóż, nie, żebym widziała coś takiego pierwszy raz... ale i tak mnie zaskoczyło. Nie w każdym domu ludzie wieszają sobie takie, wręcz przeciwnie, chyba jeszcze nie spotkałam się z takimi w ramach zwyczajnej dekoracji wnętrza. Tymczasem, gdy omiotłam wzrokiem pomieszczenie, zdałam sobie sprawę, że nie był tu jedynym ożywionym obrazem. Część szeptała coś między sobą, nie ukrywając nawet tego, że uważnie mi się przyglądają.
— Nie zwracaj na nich uwagi — Cahir podszedł do stojących na środku pomieszczenia, gustownych mebli: zdobnych, wykonanych z ciemnego, lakierowanego drewna. Na stoliku nie było widać ani jednej ryski. Utrzymanie tego rodzaju przedmiotu w takim stanie było zaiste wyczynem. — Zapraszam, siadaj — wskazał jeden z obitych skórą foteli.
Zawahałam się, jeszcze raz spojrzałam na obraz i uśmiechnęłam się ciepło.
— Dzień dobry, miło mi poznać — wiedziałam, na jakiej zasadzie działają te obrazy. Nie było w nich tak naprawdę nic żywego, od początku do końca stanowiły jedynie dzieło zmyślnie zastosowanej magii. Mimo to w danym momencie potrafiły imitować emocje ludzi, których przedstawiały, ignorowanie ich istnienia było więc po prostu okrutnie nieuprzejme. Nawet, jeśli logika podpowiadała, że za dzień czy dwa prawdopodobnie zapomną o zniewadze.
— To tylko obraz... — dobiegło mnie westchnięcie Cahira, jednak zignorowałam go, bo nagrodą za moją uprzejmość był promienny uśmiech ożywionego dzieła sztuki. Malowidło zmieniło pozycję, w jakiej siedział na zdobnym fotelu, podpadł brodę ręką opartą na podłokietniku mebla.
— Przyszłam odprowadzić psa, chwilę skorzystam z gościny i będę wracać do swoich spraw — kontynuowałam niewzruszona, zwracając się do obrazu.
— Och? Który tym razem uciekł? — brodacz spojrzał ponad mną, pewnie w stronę Cahira.
Mężczyzna nie kwapił się do odpowiedzi, więc zrobiłam to za niego.
— Aser — podrapałam stojącego przy mnie setera za uchem. Brodacz spojrzał rozbawiony najpierw na psa, potem na mnie.
— Mhm... Tylko to chyba jest Tania — postać z obrazu zdawała się niesamowicie rozbawiona, gdy zobaczyła moją skonsternowaną minę. — Przecież to suka.
Odruchowo spojrzałam psu na podwozie. Ach... Nooo... Ymm... Faktycznie.
Poczułam gorąco na policzkach. Pewnie zrobiłam się właśnie cała czerwona z zażenowania. Znowu. Tego samego dnia, znowu pomyliłam psy. Dlaczego one wszystkie wyglądają identycznie...
Zerknęłam na Cahira, pewna, że będzie się ze mnie śmiał, on jednak wgapiał się w sufit z miną każącą mi podejrzewać, że sam nie zauważył. Zaśmiałam się z zakłopotaniem, przykucając, żeby znaleźć się twarzą w pysk z psem i poczochrać go obydwiema dłońmi za uszami w ramach przeprosin. Torba, wciąż przewieszona prze moje ramię, oparła się o podłogę. Pies natychmiast skorzystał z okazji, zanurkował mi pod ramieniem i wpakował całą głowę do środka.
— Ej, tam nic nie ma... — złapałam psa za obrożę i spróbowałam go odciągnąć, jednak tak się zaparł, że nie było opcji, by zwierzak dał się przesunąć. Nie wiem, co tak go w niej zainteresowało, ale ponieważ były tam tylko książki, do tego akurat moje prywatne, uznałam, że nie będę się z nim szarpać. Wątpiłam, żeby uznał stosy papieru za dobrą zabawkę...
Myliłam się.
Ogólnie to wszystko wydarzyło się tak szybko, że i tak byłam w szoku, iż Cahir zdążył do nas dotrzeć w momencie, gdy Tania wynurzyła łeb z torby, trzymając w zębach jedną z książek. Już widziałam, jak spina ciało, żeby nam uciec. Już zdążyłam w myślach pożegnać się z pozycją, którą porwała. Całe szczęście w tej chwili wkroczył Cahir i złapał psa za obrożę, powstrzymując go od ucieczki niewiadomo gdzie. Ku mojemu zaskoczeniu, Tania od razu na komendę wydaną przez mężczyznę, wypluła znalezisko. Może trochę ośliniona, ale w miarę cała, książka z powrotem trafiła w moje ręce.
— Najmocniej przepraszam za nią, nie wiem, co w nią wstąpiło. Odkupię... — zaczął mężczyzna, ale machnęłam tylko ręką, przerywając mu. Bez zastanowienia wytarłam twardą oprawę, teraz z odciskami psich zębów, w swoje spodnie (i tak były w średnim stanie po tym, jak Aser skakał po mnie pół drogi tutaj, żeby dostać się do mojej kanapki, którą kończyłam w drodze). Wrzuciłam ją do torby.
— Nie ma problemu, naprawdę — uśmiechnęłam się ciepło, mając nadzieję, że go tym uspokoję, bo wydawał się coraz bardziej poirytowany tym wszystkim. Cóż... te psy raczej nie należały do najlepiej wychowanych, z drugiej strony chyba nawet nie były tak do końca jego, sądząc po tym, że też ich nie odróżniał... Może kogoś słuchały, tylko akurat nie jego. — Nie sądziłam, że jest ich więcej. Tych psich klonów.
— Ksander ma ich sześć. To już chyba podchodzi pod zbieractwo — znowu głos z okolic ściany gdzieś za mną, tym razem jednak odezwała się z innego malowidła, ubrana w przepięknie kolorowe, zwiewne szaty, egzotyczna tancerka. — Nie wspominając o Jezabel i jej kotach. I ten muł, co go ostatnio skądś wytrzasnęła...
Cahirowi drgnęła brew. Nie wiem dlaczego, ale bardzo rozbawiła mnie ta jego już kiepsko skrywana irytacja. Zasłoniłam usta dłonią i odwróciłam lekko głowę, żeby nie widział, jak się perfidnie z niego śmieję.
— Jestem w szoku, że ktokolwiek je od siebie odróżnia — powiedziałam, starając się opanować wzbierający we mnie śmiech, mając nadzieję uspokoić tymi słowami mężczyznę, ale chyba nie wyszło.
— Przecież ja wiem, który to który — burknął, a gdy upewnił się, że moja torba znowu znalazła się zawieszona na moim ramieniu, poza zasięgiem ciekawskiego psiego pyska, puścił sukę, która natychmiast wytruchtała z pomieszczenia. Mogłabym przysiąc, że była obrażona o to, że pozbawiono ją jej ciężko wywalczonej zdobyczy. Mężczyzna westchnął ciężko, odprowadzając ją wzrokiem. — Zrobię nam może herbatę... Usiądź, gdzie masz ochotę. I na prawdę nie musisz rozmawiać z tymi obrazami — posłał brodaczowi na portrecie mordercze spojrzenie.
— Ona jest dobrze wychowana, dlatego nie udaje, że nie istniejemy. Nie to, co niektórzy — obraz prychnął w odpowiedzi, ale Cahir z uporem dalej udawał, że nic nie słyszy. Z trudem powstrzymałam parsknięcie. Ich dynamika była przekomiczna.
Usiadłam w końcu w jednym z foteli, torbę położyłam obok, blisko siebie, żeby móc szybko zareagować, gdyby kolejny ze wspomnianych sześciu seterów matko boska, sześć takich samych psów... postanowił do nas wpaść i miał podobnie ciekawe pomysły w głowie, co Tania. Cahir krzątał się przy stojącym pod oknem stole, na którym przygotowany był zestaw do parzenia herbaty. Z miejsca, gdzie siedziałam, dostrzegłam całkiem sporą kolekcję liściastych herbat, ustawionych w równych rzędach szklanych słoiczków z zawieszonymi na nich eleganckimi etykietami. Nie byłam w stanie z tej odległości odczytać drobnych napisów, jednak po wyglądzie suszonych liści mogłam stwierdzić, że było ich tam naprawdę dużo rodzajów. Długie, proste liście białej, mocno pozwijane oolonga, czy dość drobne, ładnie czerwone rooibosa. Sama, mimo bycia fanką herbat, aż tyle ich u siebie nie miałam. Podejrzewałam też, że każda z nich należy do tych wysokiej jakości, drogich, być może sprowadzanych z zagranicy, starannie wyselekcjonowanych liści. Musiały smakować naprawdę nieziem...
Albo mi się przewidziało, albo Cahir zalał oolonga wrzątkiem.
Taaaak... To tyle by było z zakosztowania pełni smaku przepysznej, zagranicznej herbaty... Biedne liście, tak brutalnie zamordowane...
Gdy szedł do mnie, zadowolony, z tacą z czajnikiem, dwiema filiżankami i talerzem ładnie wyglądających ciastek, do pokoju dumnym krokiem wmaszerował długowłosy kot. Zatrzymał się, jak tylko mnie zobaczył. Machnął ogonem raz w jedną, raz w drugą stronę, niezadowolony, w końcu zdecydował, że jednak pójdzie gdzie indziej. Przekrzywiłam lekko głowę, patrząc za nim. No cóż.
Zaraz potem do pokoju wpadł wielki pudel. Za nim wmaszerował ten sam kot. Wyglądało to trochę, jakby się cofnął po kumpla. Za nimi z kolei do pomieszczenia władowały się dwa setery, potrącając się wzajemnie w drzwiach. Odruchowo sięgnęłam w stronę mojej torby, gotowa jej bronić, ale na szczęście psy tym razem nie zwróciły na nią uwagi. Taca z herbacianym zestawem stuknęła lekko o stolik.
— Proszę, częstuj się — Cahir zrobił nagle krok w bok, stając na drodze rozpędzonych seterów, które ruszyły poczęstować się zawartością dopiero co przyniesionej tacy. — Zaraz wypiszę ci czek z rekompensatą za dzisiejsze problemy, tylko...
— Nie nie, naprawdę nie trzeba. Cieszę się, że mogłam pomóc — zaprotestowałam szybko, sięgając po ciastko z tacy. Pysznie maślane magdalenki z jagodowym wnętrzem, zanurzone do połowy w białej czekoladzie, z zatopionymi w środku, w ramach dekoracji, bratkami... Arcydzieło. Zamknęłam na moment oczy, delektując się smakiem. — O jaaaaaa, pyszne! Skąd są, kto je robił? — nie mogłam się powstrzymać od zarzucenia mężczyzny serią pytań. Jeszcze nigdy nie trafiłam na tak dobre, musiałam wiedzieć, skąd zorganizować sobie więcej.
Cahir już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, gdy nagle rozległ się gdzieś spod spodu dość potężny huk. Widziałam, jak brwi mężczyzny zjeżdżają się w wyrazie konsternacji, ja natomiast zamarłam z drugim ciastkiem w połowie drogi do ust. Zaraz po pierwszym huku rozległ się dźwięk tłukącego się szkła i kolejne głuche odgłosy.
Jeden z seterów wykorzystał moje zaskoczenie i chapsnął mi magdalenkę prosto z dłoni, omal nie odgryzając mi przy tym palców, ale, sądząc po minie Cahira, raczej był to najmniejszy problem w tej chwili.

Cahir?

1863 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz