27 stycznia 2026

Od Yassina cd. Luthera

Kelnerka zjawiła się z tacką, zapytała, które ciasto dla kogo, postawiła przed Yassinem malinową chmurkę, przed Lutherem brownie. Yassin wiedział, że generalnie to i tak bez znaczenia, które gdzie się postawi, bo on na przykład nie respektował granic cudzego talerza i zamierzał jeść oba. 
Spróbował chmurki, stwierdził, że niezła, bez skrępowania podniósł się na krześle, nachylił przez stół (wiedział, że koszula, rozpięta pod szyją, odsłoni w tej pozie kawałek obojczyka i mostka, ale udał, że nie zauważył), po czym zwinął Lutherowi z talerza kawałek brownie.
Luther, który zdążył już poznać obyczaje Yassina i chyba trochę się z nimi pogodzić, uśmiechał się pod nosem, obserwował jego poczynania z uprzejmym zainteresowaniem. Nie wydawał się ani trochę przejęty, że ktoś mu kradnie jedzenie i dotyka swoimi brudnymi sztućcami jego talerza, ba, wyglądał, jakby nie dość, że mu to nie przeszkadzało, to jeszcze nieco go to bawiło. 
— No i które lepsze? — poprosił o recenzję.
— Twoje — odparł Yassin niemal z wyrzutem. — Jak zawsze twoje. To nieuczciwe, nie sądzisz? Zawsze wszystko ci się trafia smaczniejsze.
— Ale wiesz, że sam zawsze wybierasz, co będziesz jadł? — przypomniał mu Luther, próbując malinowej chmurki Yassina. — Dobra, co marudzisz? Może tylko krem i galaretka trochę za słodkie.
Yassin złapał oba talerze, bez pytania zamienił je ze sobą miejscami. 
— Dzisiaj ja jem lepsze — uprzedził.
— Na zdrowie. — Puścił mu oko Luther, jakby w gruncie rzeczy było mu obojętne, które ciasto dokończy. Dodał zaczepnie: — Ale drugi raz się już nie zamieniam.
— Phi, ja też nie.
— Nie skusisz się na taką wielką, świeżą malinę? — Zaprezentował na widelcu faktycznie wyjątkowo ładny okaz. — Ostatnia szansa.
— No dobra. — Yassin próbował grać nieugiętego, ale zmienił zdanie po chwili namysłu. — Dawaj.
Pozwolił się Lutherowi nakarmić. Przeszło mu co prawda wcześniej przez myśl, że może to podstęp i mężczyzna chce wysmarować go kremem z widelca, ale nic złego się nie wydarzyło, Luther faktycznie, tak po prostu, oddał mu ze swojego ciasta najlepszy kąsek. Zachowujemy się zupełnie jak para, skarcił się Yassin w myśli, przełykając malinę. A nie określiliśmy swojej relacji w żaden sposób, ba, nie wiem nawet, czy nie wystawi mnie następnym razem, zawsze odpisuje w kratkę. Może to nasze ostatnie spotkanie? Nie mogę mieć oczekiwań, to tylko facet z Tindera, nawet nie chce powiedzieć, gdzie pracuje. Pewnie boi się, że wpadnę na pomysł, żeby przynieść mu kanapki do pracy i minę się tam z jego żoną. Bo dlaczego nie ma zdjęć na portalu? Wiadomo, że coś ukrywa i nie chce, żeby ktoś go rozpoznał.
Tylko że to wszystko wychodzi tak naturalnie i po prostu, westchnął w myśli Yassin, że dopiero po fakcie orientuję się, że to za dużo i za szybko.
— Idziemy się przejść? — Luther wyrwał Yassina z rozmyślań, gdy skończyli jeść.
Nie poczekali na kelnerkę z terminalem, Luther zapłacił przy barze. Yassin kolejny raz zaproponował, że może dorzucić się do rachunku, Luther spróbował pstryknąć go w nos jak nazbyt ciekawskiego kota, pchającego pyszczek w nie swoje sprawy, po czym kazał mu sprawdzić, czy nie ma go przed wejściem.
Yassin zadarł brodę i zostawił go z głośnym „hmpf!”. Oczywiście, gdyby mężczyzna wziął od niego pieniądze, Yassin też miałby swoje anse, z tej sytuacji-pułapki nie było żadnego dobrego wyjścia.
Przeciągnął się na słońcu jak kot, ziewnął, zakrywając dłonią usta. Ładna okolica, ocenił, przesuwając wzrokiem po mieniącej się w oddali tafli stawu. Zielono, ptaki śpiewają, powietrze świeże i czyste, cisza i spokój, od wody bije przyjemny chłód, ludzi wcale nie tak wiele. Szkoda, że Delicja została, może chciałaby trochę się pochlapać?
— Prawie tu zakwitłem, czekając na ciebie — wytknął, gdy Luther wyszedł z restauracji.
— Stanąłem jeszcze w kolejce do lady, żeby wziąć nam coś na drogę. — Mężczyzna jedną ręką wetknął portfel w tylną kieszeń spodni, drugą wcisnął Yassinowi paczkę ciastek. — Takie mogą być?
Yassin obejrzał w rękach ładnie zapakowane słodycze, przeczytał karteczkę informującą, że ma do czynienia z wyrobem tradycyjnym, domowym i własnoręcznie wypiekanym. 
— Myślisz, że mnie nimi urobisz? — powiedział z pełną buzią, naraz wepchnąwszy sobie do ust całe ciastko. 
Luther się zaśmiał.
— Nie udawaj, że nie działa.
Yassin nie próbował zaprzeczać, podetknął mu torebkę pod nos.
— Pychota, sam spróbuj, jakie zajebiste.
— Cześć, Lu. — Barczysty, wysoki mężczyzna przyjacielsko klepnął Luthera w plecy na przywitanie, miał pecha, trafił tak, że Luther zakrztusił się ciastkiem. — Zaskoczyłem cię? Wybacz, od tyłu nie widziałem, że coś jesz. Wszystko gra? 
— Cześć, Roland — odkaszlnął Luther lekko, chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie dokończył, źle przełknięte ciastko za bardzo go męczyło. Zdumiewający niefart do jedzenia, stwierdził Yassin. To już druga taka sytuacja, odkąd weszli do restauracji.
Mężczyzna o imieniu Roland poklepał Luthera w plecy, tym razem sprawniej, z większą intencjonalnością i zdecydowaniem w ruchach. 
— Już lepiej? 
— Dzięki.
— Też odwiedzasz naszą miejscówkę po godzinach? — zagaił mężczyzna, skupiony na Lutherze, niezainteresowany nijak Yassinem, który stał obok na utkanej, strzygł uszami i przyglądał im się z niekrytym zainteresowaniem. Znajomi z pracy? — Jesteśmy tu dzisiaj z Arthurem i Victorem na meczu i piwie, może dołączysz do starych kompanów? Twój znajomy też jest mile widziany.
— Mam plany na dzisiaj. — Luther, gdy tylko doszedł do siebie, złapał Yassina pod ramię, spróbował odciągnąć go na bok. Yassin wymsknął mu się zręcznym półobrotem, uśmiechnął się ładnie, miną przekazał, że on chętnie zostanie i posłucha. Luther skarcił go wzrokiem za jawny przejaw buntu: idziemy-w-tej-chwili. — Może innym razem, Roland.
— Czemu? — zaparł się Yassin w miejscu. Jak-nie-chcesz-mówić-gdzie-pracujesz-to-sam-się-dowiem.— Chętnie obejrzę mecz.
Roland zaśmiał się wesoło, nagle patrząc na Yassina jakoś tak przychylniej.
— Też kibicujesz Wściekłym Psom?
— Do zobaczenia— uciął Luther, podnosząc Yassina, przerzucając go sobie przez bark i zabierając go ze sobą jak stary dywan do trzepania. 
Yassin, zupełnie osłupiały, zrobił wielkie oczy, bo takiego zwrotu akcji nie było w jego bingo. Otrząsnął się dopiero, gdy Luther odszedł z nim na tyle, by uznać za stosowne, żeby postawić go na ziemi. 
— Tym dla ciebie jestem? — Wziął się pod boki, spróbował zadrzeć brodę i spojrzeć na Luthera z góry. Nic z tego, mężczyzna był zbyt wysoki. — Workiem ziemniaków? 
Luther nie przejął się wyrazami świętego oburzenia, wzruszył ramieniem niewinnie.
— Próbowałem grzecznie. 
Yassin zbliżył się, oskarżycielsko wbił mu palec w pierś.
— Gadaj, co ukrywasz. 
— Wszystko w swoim czasie. — Luther obejrzał się przez ramię, to, co zobaczył, chyba nie przypadło mu do gustu, bo dodał: — Idziemy do samochodu, pora obejrzeć kota.

*

— Mam przyjaciółkę — zaczął Yassin, przeglądający się w lusterku na fotelu pasażera. — Czasem, gdy nie mamy co robić, włączamy głupie paradokumenty. Nie chcę cię martwić, ale, gdybyśmy byli postaciami z takiego serialu, plot twistem byłoby przynajmniej, że okazujesz się księdzem, striptizerem albo mordercą. 
— Żadnym z nich — odparł Luther pocieszająco.
— Żona i stadko dzieci?
— Nie.
— Chcesz mnie porwać na organy?
Luther parsknął w kierownicę.
— Nie?
— Co cię bawi? 
— Twoja zawziętość i dociekliwość.
Yassin zrobił minę, zaczął bić czołem w szybę.
— Po-pro-stu-si-przy-znaj. 
— Nie — odparł Luther miło, uprzejmie, z rozbrajającym zacietrzewieniem w postanowieniu, że nic Yassinowi na ten temat nie zdradzi. 
— Mogę strzelać dalej?
— Możesz.
— Wielka gwiazda z sąsiedniego kraju, szukająca anonimowości i uciekająca przed sławą?
— Nie.
— Jesteś milionerem i szukasz biednego, co nie poleci na pieniądze?
— Wtedy skreśliłbym cię od razu? — parsknął Luther śmiechem.
— EJ!

*

— To jest Żabuś. — Yassin bezceremonialnie wcisnął Lutherowi w ramiona swojego wielkiego, puchatego kocura. Zwierzak co prawda pogodził się ze swoim losem i nie wyrwał się, gdy został podniesiony z legowiska, ale patrzył z miną zaspano-obrażoną, że ktoś śmie przerywać mu drzemkę. — Uwaga na pazury, nie przepada za obcymi.
— Dlaczego „Żabuś”? — Luther odebrał kota od Yassina. Wiedział, jak go trzymać, Żabuś chyba od razu zorientował się, że jest w dobrych rękach, bo rozwalił się mężczyźnie w ramionach bezwładnie jak szmatka, brzuchem do góry jak małe dziecko. — Przez zielone oczy?
— Bingo — docenił Yassin spostrzegawczość. — Chyba cię lubi. — Podrapał się po głowie, popatrzył uważnie. — Dziwne, myślałem, że od razu się wyrwie i wróci do siebie.
Żabuś wyrywać się ani myślał. Wyczuwszy interesujący zapach, wczepił się pazurami w koszulę, poruszył nozdrzami przy szyi i policzku Luthera, otarł się o mężczyznę, jakby znali się od lat. Zmrużył powieki, zaczął mruczeć jak traktor. 
— O, jakoś tak mam, że koty mnie lubią — zaśmiał się Luther, równie zapatrzony w Żabusia, co Żabuś w niego. — Nic nowego pod słońcem.
— Ale to jest Żabuś — zaoponował Yassin, nie wierząc w to, co widzi. — Zawsze lubił tylko mnie, nikogo innego. 
Luther uśmiechnął się pod nosem, puścił mu oko.
— Widzisz, teraz jest nas dwóch. — Dodał, drapiąc zwierzaka za uchem. — Kto jest takim pięknym, cudownym, puchatym stworzeniem?
Żabuś miauknął, jakby chciał powiedzieć: „ja!”.
Yassinowi prawie szczęka opadła na podłogę. 
— Masz w domu koty? — spróbował jakoś sobie racjonalizować. — Żabuś przeważnie woli je od ludzi, może czuje zapach...
— Nawet trzy.
— Co? — zdziwił się Yassin szczerze, myślał do tej pory, że Luther jest właścicielem wyłącznie Delicji. — Czemu nic nie powiedziałeś? I czemu ich nie pokazałeś?
— Żartuję — uspokoił go mężczyzna. Żabuś, wyciągnięty w jego ramionach, sprzedał mu już nawet pilnie strzeżony na co dzień brzuch. Luther korzystał, świadomy chyba, że kopnął go niemały zaszczyt, bo koty nie świecą tą partią ciała przed byle kim. — Chyba miłość, jak sądzisz?
Yassin zaczął bić brawo. Trochę z przekąsem, bo on o sympatię Żabusia zabiegał miesiącami, a i tak nie zawsze dostępował zaszczytu drapania go tam, gdzie chciał.
— Moje gratulacje, jestem pod wrażeniem. Nigdy nie widziałem, żeby zareagował na kogoś w taki sposób. Jesteś zaklinaczem kotów? Behawiorystą? Obsypałeś się kocimiętką, nim tu przyszedłeś? W czym tkwi sekret? 

Lu?

1532 słowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz