14 stycznia 2026

Od Ardala

Po kolejnej tego dnia interwencji, jak zwykle udanej i śpiewająco przeprowadzonej, pstryknął palcami, sprawił, że kartoteka zawisła mu przed oczami, otworzyła się, przewachlowała strony, po czym zatrzymała na odpowiedniej. Podświetliła czerwonymi literami godność kolejnego dłużnika. Luca Mortem, trzydzieści lat, siedemdziesiąt osiem tysięcy do wyegzekwowania, trzy podmioty do spłaty, w tym nieuregulowane zobowiązanie sprzed dziesięciu lat wobec Centralnego Banku Carskiego... Ardal sprawdził adres mężczyzny, zagwizdał, gdy uświadomił sobie, że to daleko. Nie chciało mu się lecieć w śnieżną zawieję na drugi koniec miasta, tym bardziej (już prawie) pod koniec swojej porannej zmiany.
No dobrze, zobaczymy, co z tego wyjdzie, mruknął, znakiem otwierając portal, wiedząc, że nie powinien tego robić, bo teleportowanie się do miejsca odległego o cztery dzielnice było, w jego przypadku, pomysłem niepotrzebnie ryzykownym i raczej niemądrym. Dlaczego? W ostatnich dniach czarowanie, zapewne w wyniku jego chwilowego osłabienia i nasilenia skutków erozji, wychodziło mu różnie.
Podróż się udała, ale decyzji i tak pożałował, bo do przyjemnych nie należała, nawet jeśli trwała kilka sekund. Mroziło wirem powietrza, huczało w uszach, rzucało Ardalem na wszystkie strony, jakby pędził samochodem po koleinach. Na koniec teleport, zupełnie bez szacunku, wypluł go co prawda pod wyznaczonym adresem, ale, zatrzaskując się za nim, przyciął mu koniuszek zimowego płaszcza. Ardal zaklął, spróbował go wyszarpać, gdy usłyszał głośne ZIUUUT, wiedział, że rozerwał materiał i będzie teraz łaził po ludziach jak jakiś obdartus.
Sprawdził adres jeszcze raz, bo z tego wszystkiego zapomniał, który numer, jakie piętro (demencjo starcza, czy to już ty?), a potem wywrócił oczami, bo okazało się, że trzecie i że jakoś trzeba się tam wdrapać. Chociaż tyle, że miał szczęście, bo klatka była otwarta. 
Zapukał we właściwe drzwi, jak miał w zwyczaju, przesadnie mocno, samym dźwiękiem informując wszem i wobec, że przyszedł Ktoś Bardzo Ważny, żarty generalnie się skończyły, należy lecieć do drzwi w podskokach i otwierać natychmiast. Nikt otworzyć jednak nie raczył, Ardal zapukał ponownie, wiedząc, że nic mówić się nie opłaca, bo jak krzyknie „komornik, otwierać!”, to tym bardziej nigdzie nie wejdzie.
Zastrzygł uszami, zbliżył nieco głowę do drzwi, wykorzystał słuch czulszy niż u przeciętnego człowieka. Sprawdził, czy ktoś przypadkiem nie przemyka się właśnie chyłkiem po mieszkaniu, żeby wyłączyć media i pogasić wszystkie światła. Usłyszał kroki, raczej męskie, ale nie był przekonany, dźwięki z sąsiednich mieszkań i zwielokratniające je echo na klatce schodowej zaburzały mu percepcję.
Odsunął się idealnie sekundę przed tym, gdy zamek szczęknął, drzwi otworzyły się i stanął w nich mężczyzna. Wysoki, postawny, z mokrymi włosami, w samych gaciach, ze śniadaniem w dłoni.
— Słucham — mruknął, nawet nie pytająco, nonszalancko oparty o framugę, żując bułkę bez żenady.
— Dzień dobry, kontrola państwowa — przedstawił się Ardal, robiąc ważną minę, przyjmując urzędową powagę, świadomy, że trzeba to rozegrać Sprytnie, bo jeśli powie „komornik”, to będzie miał co najwyżej drzwi zamknięte przed nosem i przytrzaśniętą stopę. — Mogę wejść?
— Jaka kontrola? — odparł mężczyzna niespiesznie, po pauzie, którą poświęcił na wzięcie kolejnego kęsa, a potem jego pogryzienie i przełknięcie. — Wodociągi, ogrzewanie? 
Sraka, odpyskował mu Ardal w myśli, wiedząc, że jak tak dalej pójdzie, to nigdzie nie wejdzie.
— Mam przyjemność z panem Lucą Mortem?
Mężczyzna pokiwał głową na prawo-lewo, jakby mówił: może tak, może nie. Ardal, wiedząc, że to zapewne jego jedyna szansa, wprosił się na bezczela, bardziej wślizgując się bokiem do mieszkania, niż zostając do niego wpuszczonym. Gdy przestąpił próg, błysnął zębami w urzędniczym uśmieszku.
— Ardal Natharin. — Podetknął, jak mniemał, panu Mortem carską odznakę pod nos. — Egzekutor państwowy. A to jest... egzekucja — dokończył trochę niezręcznie, nie mając na podorędziu lepszego określenia. — A to nakaz przeprowadzenia kontroli i sporządzenia sprawozdania na temat posiadanego przez pana mienia.
Mężczyzna, który dotąd nie uśmiechnął się ani razu, strzelił wzrokiem najpierw na Ardala, potem na odznakę, potem znów na Ardala, potem na nakaz, na koniec zmrużył lekko powieki, rozczytał mikroskopijny druczek na blaszce. 
— Komornik? Chyba pomyłka.
Ardal zatrzasnął mu przed twarzą okładkę na odznakę, po czym schował ją pod klapą marynarki.
— No właśnie niestety nie pomyłka, pan chyba nie wie, ale w zeszłym miesiącu zapadła decyzja w sprawie pańskich nieregulowanych od dłuższego czasu finansowych zobowiązań. Nie chciałbym pana straszyć, ale jeśli nie spłaci pan należności przed upływem wyznaczonego terminu, cóż, będę zmuszony do przeprowadzenia zajęcia. Pewnie chce pan zobaczyć listę pańskich wierzycieli?
Nie poczekał na odpowiedź, pstryknął palcami, przywołał do ręki zwój, a potem rozwinął go przed mężczyzną jak czerwony dywan. 
Pan Mortem popatrzył na niego jak na wariata, chyba nie do końca wierząc, ani w to, co widzi, ani w to, co tu się właśnie wyprawia. Schylił się, podniósł koniec listy, przebiegł oczami po nazwiskach, jedną ręką marszcząc papier, drugą opierając się łokciem na udzie, z palcami wsuniętymi w opadającą na oczy grzywkę.
— Ile, do jasnej cholery? — syknął do papieru. — Przepraszam bardzo, co to za gówno, same bzdury. — Zaczął recytować na głos: — Kevin Auer, siedem tysięcy, warsztat samochodowy ruBRYKA, rachunek za wymianę części i mechanika; Alexander Trevelyan, sto cztery tysiące, kasyno Deiran's Fortune, gry losowe, zakłady i automaty; Annie Blanco, trzy tysiące, salon kosmetyczny, przedłużanie włosów i tipsy. — Popatrzył na Ardala poważnie. — Wyglądam, jakbym przedłużał włosy i nosił tipsy?
— Prima aprilis, to ogólny rejestr. — Ardal uniósł kącik ust, bardzo z siebie i swojego żartu zadowolony, machnął ręką lekceważąco, sprawił, że zwój zwinął się i prysnął, odesłany urokiem. — A to pańskie dokumenty, właściwe tym razem.
Podał mu ładną ciemnozieloną teczkę z carskim herbem i białą gumką. Pan Mortem odebrał, a właściwie wyrwał mu ją z taką miną, że Ardal nie miał wątpliwości, że mężczyzna kawału zupełnie nie docenił. I że może lepiej będzie go dalej nie zaczepiać. 
— To cała dokumentacja dotycząca pańskiego przypadku. Aha, radzę nie drzeć ani nie zjadać — uprzedził, bo widział już to i owo i znał pomysły dłużników — to nic nie da, mamy kopie, szkoda zdrowia i papieru. — Rozejrzał się szerzej, stwierdził, że to dobry moment, by obejrzeć mieszkanie. — To co, pan tu sobie na spokojnie poczyta i się ze wszystkim zapozna, a ja trochę sobie popatrzę? Muszę zanotować w aktach, co pan tu ma ciekawego i jakim majątkiem pan dysponuje, sam pan rozumie, taka procedura... 
Mężczyzna uderzył Ardala wzrokiem, Ardal uznał, że lepiej nic już nie mówić, zostawić go samego i po prostu robić swoje. Magią przywołał broszurę zatytułowaną „Wykaz mienia dłużnika nr 483942213 (p. Luca Mortem)” i samopiszące pióro. Zwiedzając, nakazał notować za sobą co dyktuje:
— Kuchenka mikrofalowa estofado, stan dobry, wartość szacunkowa: czterysta koron, lodówka nofrost, stan dobry, wartość szacunkowa: trzy tysiące koron, telewizor, głośnik, konsola... 
Pan Mortem, naczytawszy się już najwidoczniej, doskoczył do Ardala bez uprzedzenia.
— Jakie są kolejne kroki? Co mam teraz z tym zrobić?
— A ja wiem? — odpowiedział mu profesjonalnie Ardal, który właśnie dorwał zwierzaka Luci i urządził sobie małą przerwę na oglądanie gada leniwie wijącego się za szkłem. Ruchem oczu przekazał piórku, żeby nie zapomniało wspomnieć w wykazie o imponującym terrarium z lampą grzewczą. — Mogę pogłaskać węża?
Mężczyzna wyglądał, jakby był na skraju cierpliwości, miał ochotę złapać Ardala za fraki, podnieść go i solidnie nim potrząsnąć, a jedyne, co go powstrzymywało, to odznaka carskich służb, urzędniczy mundur i niechęć do sprawienia sobie jeszcze większych kłopotów. 
— Co mam z tym zrobić? — powtórzył nienaturalnie wolno, trochę jak do dziecka, siląc się na ton anielsko cierpliwy, co, w połączeniu z jego chłodnym, przyszpilającym wzrokiem, tworzyło efekt dość... niepokojący. Luca, poza tym, chudy i niski wcale nie był, blizna na twarzy robiła swoje, muskularna sylwetka także, jakiś żółtodziób na jego widok pewnie zrobiłby pod siebie albo wyskoczył przez okno.
Ardal tymczasem uniósł pierś, tłumiąc Wielkie Westchnienie, że w pracy musi pracować i nawet nie może sobie w spokoju popatrzeć, jak wąż zabawnie wysuwa i chowa różowy język.
— No wie pan, to zależy. Tu ma pan termin spłaty, strona numer siedem, jak pan wszystko ureguluje, to dobrze, jak nie, to niedobrze. Może pan napisać wniosek o rozbicie długu na raty albo poprosić o wydłużenie terminu spłaty, warunki szczegółowo podane w załączniku numer dwa. Jak pan sprawę zaniedba i nic nie zwróci, to — Ardal uśmiechnął się współczująco, rozłożył ręce w akcie bezradności — będzie trzeba pana skuć, zamknąć i postawić przed sądem. Także lepiej, żeby pana nigdzie stawiać nie trzeba było, z tymi sądami to nigdy teraz nic nie wiadomo. — Wcisnął Luci wizytówkę. — Całkiem niezły adwokat, w razie czego polecam się skontaktować. Hm, to co, pokaże pan teraz tego węża?

Luca?

1351 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz