tw! przemoc, treści seksualne, używki
— Co robisz w święta? — uniosłem głowę dopiero po chwili. Marco stał przede mną z rękami w kieszeniach jego eleganckich spodni. Byłem świeżo po walce, tym razem skończyło się bez zgonu w oktagonie, co uznawałem za swój mały sukces. Oddychałem dość ciężko, oparty o zimną ścianę, jedną ręką dociskałem papierowy ręcznik do łuku brwiowego. Krwawił jak cholera, a pieczenie doprowadzało mnie do szału.
— W zależności od tego, czego ode mnie chcesz. — mruknąłem odwracając od niego wzrok, skupiłem się bardziej na tym by nie zalać podłogi na czerwono. Dość mocno dzisiaj dostałem… Marco jedynie prychnął.
— Potrzebuję kogoś, kto przyjdzie do dziewczynek przebrany za Mikołaja i Grincha. — powiedział a ja niechętnie podniosłem wzrok, z wyraźnym komunikatem, że chyba sobie ze mnie w tej chwili żartuje.
— Słucham? — wydukałem z siebie, przez chwilę zapomniałem nawet o tym jak bardzo pobijany jestem. Miałem nawet wrażenie, że spływająca krew zatrzymała się, niedowierzając tak samo jak ja.
— No wiesz. — zaczął. — Święta, prezenty. Magia dzieciństwa. — machnął dłonią wyliczając mi wszystko powoli. — Mikołaj rozdaje, Grinch próbuje ukraść.
— Jak dasz mi strój Mikołaja, to mogę się zastanowić. — burknąłem od niechcenia.
— Ty miałbyś być Grinchem. — zmarszczyłem brwi, czego od razu pożałowałem. Syknąłem przeklinając cicho pod nosem i mocniej docisnąłem ręcznik do rozcięcia.
— Bo wyglądam jak zielony potwór czy dlatego, że jestem pierdolnięty? — zapytałem przez zaciśnięte zęby.
— Bo będzie zabawnie. — odparł bez wahania z głupim uśmieszkiem na twarzy. — Moje dzieci będą próbowały cię pobić za kradzież prezentów. — parsknąłem śmiechem, który szybko zmienił się w bolesny skowyt.
— Fantastycznie, naprawdę. Nic nie poprawia humoru jak bycie lanym przez bandę kilkulatków…
— No widzisz? — rozpromienił się. — Już brzmi lepiej!
— Tak, boki zrywać. — przewróciłem oczami i odsunąłem się lekko od ściany. — Ledwo co wyszedłem z walki, a ty chcesz mnie wysłać na kolejną.
— Przynajmniej nikt cię nie kopnie w głowę. — uśmiechnął się szeroko, oparł się ramieniem o ścianę. Tuż obok mnie.
— Jeszcze nie wiesz do czego zdolne są dzieci, mój piszczel już raz się o tym przekonał. — mruknąłem marudnie na samo wspomnienie tego małego szaleńca Caleba. Marco zaśmiał się głośno.
— Pomyśl o tym. Jedno popołudnie, ja ogarnę strój. Ty tylko straszysz, warczysz i udajesz, że jesteś zły.
— Czyli bez udawania. — spojrzałem na niego spod półprzymkniętych powiek. — Muszę się tylko przebrać.
— Dokładnie! — zadowolony aż klasnął w dłonie, zwracając przy tym uwagę kilku postronnych osób.
— Nienawidzę świąt. — mruknąłem cicho pod nosem. W końcu poczułem, jak krew przestała płynąć.
— Wiedziałem, że się zgodzisz. — odparł zadowolony z siebie, zaczął aż pocierać o siebie dłonie.
— Nie powiedziałem tak. — przypomniałem rzucając mu złowrogie spojrzenie, każdy normalny cofnąłby się o krok, Marco natomiast tylko się roześmiał.
— Ale też nie powiedziałeś spierdalaj. — spojrzałem na niego dłużej, aż w końcu moje usta wykrzywiły się w dość krzywym uśmiechu.
— Jeszcze to przemyślę. Jak dostanę strój to może warto…
— Wiedziałem, że jesteś miękki w środku. — poklepał mnie po ramieniu, zacisnąłem tylko usta by nie wydać z siebie cichego syku.
— Spierdalaj. — mruknąłem i sięgnąłem dłonią po nowy ręcznik. Jak ja kurwa nienawidzę świąt…
***
Po powrocie do domu pierwsze co zrobiłem to przemyłem wszystkie swoje rany i na nowo je opatrzyłem. Syknąłem cicho wyrzucając zakrwawione waciki do kosza na śmieci.
— Zachciało ci się walczyć zaraz przed świętami…— mruknąłem sam do siebie. Wyprostowałem się i wyszedłem z łazienki, kierując się wprost do terrarium mojej małej córeczki. Dzisiaj pora karmienia.
— Dzień dobry moja mała królewno, ktoś tutaj chyba jest bardzo głodny co? — zaśmiałem się pod nosem obserwując jak Haribo wiła się po swoim małym terytorium. Jak prawdziwa królowa. Odsunąłem powoli szklaną szybę terrarium. Chwyciłem długą, metalową pęsetę i uniosłem przygotowanego wcześniej rozmrożonego szczura. Delikatnie nim poruszałem by zasymulować naturalny ruch zwierzęcia. Haribo natychmiast zareagowała, zsunęła się na ściółkę. W ułamku sekundy wyrzuciła przednią część ciała do przodu. Zacisnęła szczęki na zdobyczy, a ciało owinęła wokół szczura. Obserwowałem jeszcze chwilę dla pewności, że moja królowa zaczyna szukać głowy szczura by go połknąć. Gdy zaczęła przesuwać się rytmicznie odetchnąłem z ulgą.
— Smacznego. — mruknąłem, gdy szczur powoli zaczął znikać, z powrotem zamknąłem pokrywę terrarium i odszedłem na bok. — Przynajmniej ty masz coś smacznego. — opadłem na kanapę spoglądając w stronę pustego kąta w salonie. Nigdy nie stawiałem na święta choinki. Było to zbyt wyczerpujące, musiałbym gdzieś ją kupić, potem ją tu ustawić, ubrać. Za dużo roboty… Ale w tym roku coś sprawiało, że chciałbym mieć jakąś ozdobę w swoim mieszkaniu. Może niekonieczne zielone, tradycyjne drzewko, ale coś unikalnego i śmiesznego. Mój wzrok automatycznie powędrował w stronę sterty puszek po energetykach.
— W końcu na coś się przydacie. — mruknąłem pod nosem i podniosłem się z kanapy. Włączyłem telewizor a potem jakąś pierwszą lepszą playlistę by coś grało mi w tle. Dzisiaj to ja powkurwiam trochę sąsiadów. Odłożyłem pilota na bok i wysypałem dwa worki puszek na środek salonu. Skrzywiłem się na dźwięk odbijającego się o siebie aluminium. Puszki rozbiegły się po panelach w każdą możliwą stronę. Miała być z tego choinka, nie wiedziałem jeszcze jak, ale skoro je już wysypałem… Kucnąłem i zacząłem je zbierać, uporządkowałem je według kolorów. Najwięcej było białych a reszta kolorowa. Będą robić za bombki. Poszedłem do kuchni i znalazłem gdzieś w szafce pistolet i klej na gorąco. Włączyłem go i odłożyłem by się nagrzał. Złapałem za białe puszki i ustawiłem je na podłodze, zarówno z przodu, z lewej i prawej przez co wyszedł mi szkielet trójkąta. Podstawa mojej choinki. Sięgnąłem po klej na gorąco, wycisnąłem grubą warstwę na łączenia i dociskałem puszki jedna do drugiej. Trzymałem je chyba dłużej niż powinienem, przez co klej wypływał bokami i zastygał w brzydkich smugach.
— Najpiękniejsza choinka. — prychnąłem pod nosem i warknąłem, gdy gorący klej przypadkiem spadł mi na palce. — Zachciało mi się kurwa choinki na stare lata…— kiedy dół w końcu przestał się ruszać, dołożyłem drugi poziom. Znowu trójkąt, tylko trochę mniejszy. Ustawiłem je ostrożnie sprawdzając jak to będzie wyglądać, machnąłem lekceważąco dłonią i wziąłem się za klejenie. Przy kolejnym poziomie musiałem już trochę kombinować, powierzchnia była nierówna a szkielet mojej choinki lekko się zachwiał.
— Kurwa, kurwa, kurwa. — spanikowałem odrobinę i znieruchomiałem. Na całe szczęście nie wywróciła się. Zacząłem kleić kolejny poziom próbując jakoś ustabilizować te puszki. Jedna się ześlizgnęła i spadła mi na stopę.
— Suka. — mruknąłem pod nosem, sięgnąłem po nią dłonią i próbowałem podnieść. Ta ani drgnęła, przykleiła mi się do skarpetki.
— Ja pierdole! — wydarłem się wkurwiony, ściągnąłem skarpetkę i przykleiłem puszkę do szkieletu. Ze skarpetką czy bez, ta puszka nie ucieknie przed swoim przeznaczeniem. Po kilkunastu ciężkich minutach została mi ostatnia puszka do szkieletu, wstałem z podłogi i złapałem za białą puszkę. Przycisnąłem ją palcami czekając aż klej złapie i puściłem bardzo powoli. Cofnąłem się o krok a choinka stała. Bardzo krzywa i odrobinę przechylona na bok. Trochę za goła była ta choinka. Wziąłem białą puszkę i przyłożyłem ją bokiem do dolnej warstwy, pod lekkim kątem. Chyba będzie wyglądało dobrze. Kleiłem je warstwami, dużo białych i gdzieniegdzie trochę kolorowych. Od czasu do czasu coś odpadało. Puszka spadała, ja ją podnosiłem i znowu przyklejałem. Nie zliczę, ile razy poparzyłem się w palce. Ale po ciężkich minutach odsunąłem się.
— Stoi. — mruknąłem cicho sam do siebie, brakowało tylko jakiś uroczych światełek. Jednak nie miałem nic takiego w domu, podrapałem się po brodzie zastanawiając się co zrobić. Chyba będę musiał przejść się do sklepu.
***
Kolejnego dnia ze snu wybudził mnie dzwonek do drzwi, niechętnie otworzyłem oczy. Dzwonek rozbrzmiał po raz drugi.
— Kto znowu…— westchnąłem cicho przeciągając się. Zrzuciłem nogę z łóżka i powlokłem się w stronę drzwi i otworzyłem je na oścież. Przede mną ukazał się Marco z jakąś ogromną torbą.
— Czego chcesz? — zapytałem niechętnie, Marco uniósł torbę ku górze.
— Prezent dla ciebie. — prychnął bez zaproszenia wchodząc do środka. Przewróciłem oczami i zamknąłem za nimi drzwi. — A dokładniej twój cudowny strój na dzisiaj.
— Ja pierdole, myślałem, że mnie wkręcasz z tym. — odebrałem mu torbę spoglądając do środka, tyle zieleni… Zaraz dostanę palpitacji serca.
— Nie, Adrien będzie robił za Mikołaja i będzie jakoś o 16. Liczę na to, że ty będziesz odrobinę wcześniej.
— Kim jest Adrien? — zapytałem wyciągając z torby cały strój, spodnie, marynarka, maska i buty. Całość wyglądała dość dobrze zrobiona. Dzieciaki na pewno się wystraszą.
— Młodszy kuzyn mojej żony, potem idzie do jakiegoś gejowskiego klubu więc będzie tak wcześnie.
— Bardzo precyzyjna lokalizacja, mam zgadywać jaki to klub czy może dostanę mapę? — prychnąłem głośno i wyciągnąłem buty z torby, rozmiar się zgadzał. O tyle dobrze, nie będą mnie uciskać w palce.
— Nie udawaj. — machnął lekceważąco rękę, jego wzrok co chwila uciekał w stronę mojej choinki. Wczoraj poszedłem do sklepu i kupiłem lampki. Znacznie lepiej teraz wyglądała. — I tak byś poszedł.
— Skąd ta pewność? — zapytałem oddając mu pustą torbę.
— Przeczucie. — mruknął i poklepał mnie po ramieniu. — Widzimy się u mnie, fajna choinka. Taka niestandardowa. — mruknął i ruszył sam w stronę drzwi.
— Kutas…— prychnąłem pod nosem spoglądając jeszcze w stronę stroju. Będę w nim wyglądał jak pajac…
***
Chwilę po piętnastej miałem na sobie już ten śmieszny strój. Spojrzałem na siebie w lustrze, spodnie były na mnie trochę za krótkie, ale reszta pasowała idealnie. Materiał był miękki i trochę za ciepły. Cały w tym charakterystycznym, zielonym futrze. Rękawy kończyły się czerwonymi mankietami, lekko postrzępionymi. Najbardziej śmieszyła mnie maska z tym szerokim, złośliwym uśmiechem, z zmarszczonym nosem. W całości wyglądałem gotowy by zmienić te święta w koszmar. Będę wyglądał jak debil jadąc w samochodzie do Marco, miałem nadzieję, że nikt znajomy mnie tak nie zobaczy. Chwilę przed 16 podjechałem pod dom Marco. Niezauważony ruszyłem z dużym czerwonym workiem do drzwi. Miałem tylko zapukać, wejść do domu, odegrać całą tę szopkę i wyjść. Wydawało się to proste zadanie, ale obawiałem się, że te dzieciaki mogą narobić mi sporo krzywdy. Zapukałem do drzwi powoli, gdy nikt nie otworzył, uderzyłem mocniej. Usłyszałem po drugiej stronie dźwięk krok. Drzwi szybko się otworzyły. Przez ułamek sekundy nikt się nie odezwał, kilka par oczu wpatrywało się we mnie. Tylko Marco i jego żona od razu złapali za telefony by nagrać całe to przedstawienie. Ich rodzina natomiast nie wiedziała, jak ma zareagować.
— To Grinch! — jedno dziecko krzyknęło i cofnęło się gwałtownie, uderzając plecami o ścianę. Drugie chwyciło się ręki rodzeństwa. Zrobiłem krok do środka, podłoga skrzypnęła pod moim ciężarem. Zamknąłem za sobą cicho drzwi.
— Cicho…— powiedziałem niskim, kontrolowanym głosem. — Przyszedłem tylko po prezenty. — jakieś dziecko zaczęło płakać, drugie zaczął powtarzać pod nosem ciągłe nie. Choinka stała w rogu salonu, ruszyłem w ich stronę szybko. Rozchyliłem worek gotowy skraść wszystko.
— Zostaw je! — krzyknął jakiś chłopiec, kolana mu drżały a jego głos był bardzo piskliwy.
— Nie. — odwróciłem głowę w jego stronę, bez pośpiechu. Schyliłem się i chwyciłem za pierwszy prezent. Papier zaszeleścił głośno, gdy wrzuciłem go teatralnie do worka. Krzyk dzieci co chwila się nasilał.
— Oddaj! — wrzasnęła dziewczynka, córka Marco. Jej głos załamał się w połowie słowa. Wrzucałem prezenty do torby do momentu, w którym wyczułem, że coś się zmieniło. Uniosłem głowę widząc jak jedno dziecko ścisnęło w dłoni plastikową zabawkę. Niedobrze… Sięgnąłem szybko po kolejny prezent aż poczułem pierwsze uderzenie. Plastikowa zabawka trafiła mnie w ramię. Chłopiec stał naprzeciwko mnie.
— Oddawaj! — wrzasnął i uderzył mnie ponownie, tym razem w bok.
— Przestań. — powiedziałem spokojnie, jakieś inne dziecko rzuciło we mnie poduszką.
— Wynoś się!
— To nasze prezenty! — dzieci krzyczały, rzucały we mnie poduszkami a dwójka z nich biła mnie plastikowymi zabawkami.
— Zostawcie mnie! — krzyknąłem, ale to tylko dolało oliwy do ognia. Poczułem kopnięcie w łydkę, dość niezgrabne, ale bolesne. Zrobiłem krok w tył, tracąc na moment równowagę, ktoś uderzył mnie w plecy czymś twardym. Dzieciaki odebrały mój worek z prezentami.
— Dosyć. — powiedziałem ostro, mimo to jakiś chłopiec rzucił się do przodu próbując mnie popchnąć. Zachwiałem się uderzając barkiem o szafkę. Straciłem równowagę i opadłem na podłogę.
— Leży! — krzyknął jeden dzieciak, wskoczyły mi na nogi przygniatając mnie do podłogi. Ktoś inny złapał mnie za rękaw i zaczął ciągnąć. Próbowałem się podnieść, ale jakiś pierdolony gówniarz zdzielił mnie zabawką prosto w maskę. Małe piąstki waliły mnie wszędzie, gdzie tylko popadnie. Zasłoniłem głowę ramionami.
— Zostawcie mnie! — warknąłem próbując się obronić, tak by przypadkiem nie zrobić krzywdy tym dzieciakom. Zebrałem siły i szarpnąłem się gwałtownie, zrzucając lekko jedno z dzieci. Uderzyło o dywan i odtoczyło się z krzykiem. Już miałem wstać, gdy w progu stanął Mikołaj a raczej Adrien w stroju Mikołaja.
— Dosyć! — głos przeciął powietrze jak ostrze. Uderzenia natychmiast ustały, dzieciaki zeszły ze mnie wpatrując się w przebranego Adriena jak w obrazek. Mężczyzna był znacznie niższy ode mnie, miał na sobie idealnie skrojony strój Mikołaja i sztuczną białą brodę. W ręce trzymał mój worek z prezentami, które zdążyłem schować.
— Co wy robicie? — zapytał spokojnie, dzieci cofnęły się o krok. A ja dalej leżałem na podłodze. Dzieci nie wiedziały, jak zareagować, większość z nich miała zapłakane twarzy, a niektóre dalej trzymały jakieś zabawki lub poduszki w dłoniach. Nie czekając na nic, podniosłem się z podłogi i ruszyłem szybko na górę, wpadłem jak poparzony do łazienki zdarłem z twarzy maskę. Z dołu słyszałem uroczą pogawędkę Mikołaja z tymi małymi bachorami. Nie wiedziałem, ile czasu spędziłem w tej głupiej łazience, siedziałem na skraju wanny aż drzwi w końcu się uchyliły.
— Tobie nie wpierdoliły? — zapytałem na widok Mikołaja, który ściągnął brodę i czapkę.
— Nie. — mężczyzna odparł krótko, miał ładne, blond włosy, odrobinę przydługie i wpadające mu do oczu. Miał delikatne rysy twarzy, zupełnie niepasujące do jego dzisiejszego alter ego.
— Dziwne. — mruknąłem cicho. — Ja dostałem zabawką nawet nie wiem, ile razy. O i poduszkami.
— Może dlatego, że wyglądasz jakbyś naprawdę nienawidził świąt. — Adrien prychnął cicho poprawiając lekko włosy w lustrze.
— Bo nienawidzę. — powiedziałem szybko ściągając z siebie rękawice. — Ale tylko do momentu, kiedy Mikołaj zaczyna się rozbierać. — odparłem spokojnie widząc jak dłoń mężczyzny znieruchomiała przy jego włosach. Spojrzał na mnie kątem oka w lustrzanym odbiciu. Dopiero po chwili parsknął śmiechem a na jego twarzy wkradł się mały uśmieszek.
— To rozbieranie się Mikołaja zwykle kończy się pozwem albo mandatem. — rzucił lekko. — Ale widzę, że masz bardzo selektywne podejście do tradycji.
— Jestem wybredny. — odparłem i tylko wzruszyłem ramionami. — Lubię tylko te zwyczaje, które mnie nie wkurzają. Albo które mają blond włosy i zbyt niewinną twarz. — powiedziałem spokojnie bez skrępowania ściągając z siebie marynarkę. Jego spojrzenie zjechało po mnie powoli.
— Niewinną twarz? — powtórzył Adrien a jego uśmiech znacznie się poszerzył. — Zawsze mówisz ludziom takie rzeczy?
— Tylko tym, którzy okazują się ciekawsi bez przebrania. — mruknąłem z zadowoleniem obserwując jak prycha cicho, mimo wszystko wydawał się zadowolony z atencji, którą mu dawałem.
— Ciekawszy mówisz? — uniósł brew, a w jego głosie usłyszałem ciche rozbawienie całą tą sytuacją. — Mam wrażenie, że to pewnego rodzaju obelga. — mruknął ściągając z siebie ciężkie buty.
— Obelgi? — prychnąłem cicho odkładając swoją marynarkę na bok, wzrok Adriena wbił się w moje nagie plecy. — No co ty, ja i obelgi? Nigdy w życiu.
— Nie brzmisz przekonująco, Marco nie raz o tobie wspominał. Za grzeczny to ty nie jesteś. — mruknął malując swoje oczy czarną kredką, myślałem, że zwariuje. Cholernie mu to pasowało i gdybym tylko mógł to kurwa zlizałbym te kredkę…
— Marco lubi nieraz odrobinę podkoloryzować. — odparłem. — Chociaż z tym ma racje, za grzeczny to ja nie jestem. — zauważyłem, jak Adrien odłożył kredkę i palcem zaczął rozcierać kredkę po powiece.
— Czyli to nieprawda? To, co o tobie mówi? — zapytał ściągając czerwone spodnie Mikołaja, pod spodem miał ładną, czarną skórę, która nieźle opinała jego tyłek i uda. Zagryzłem policzek od środka nawet nie kryjąc się z tym, gdzie mój wzrok się zawiesił.
— Zależy co mówi. — mruknąłem zakładając dłonie na klatkę piersiową, Adrien prychnął tylko i odłożył czerwone spodnie w to samo miejsce co ja odłożyłem marynarkę Grincha.
— Wiele różnych, ciekawych rzeczy. — odparł spokojnie ściągając z siebie górę stroju. Z tym sweterkiem w brązowo białe paski wyglądał bardzo dobrze.
— Ciekawe rzeczy…— powtórzyłem wolno. — Zawsze mnie fascynuje co ludzie uznają za ciekawe, czasem to komplement, czasem ostrzeżenie. Nie jestem w stanie się zdecydować.
— A czasem zaproszenie. — odparł bez wahania i zrobił krok w moją stronę.
— Zamiast słuchać Marco, sam powinieneś wyrobić sobie opinię. — Adrien zaśmiał się cicho w reakcji na moje słowa. Zatrzymał się tuż przede mną, wystarczająco blisko bym mógł dostrzec kilka uroczych piegów na jego twarzy.
— Koniec tej zabawy. — mruknąłem cicho łapiąc go w końcu za rękę, przyciągając go do siebie. Mężczyzna wpadł na mój tors, uniósł głowę znad mojej klatki piersiowej a jego brwi zmarszczyły się uroczo.
— Nie potrzebujesz podwózki do klubu? — zapytałem.
— Poradzę sobie bez ciebie. — szybko odpyskował zadzierając przy tym uroczo nos.
— Owszem, poradzisz sobie, ale nie musisz. Podwiozę cię i może wejdę do środka z tobą. — odparłem a usta wygięły mi się w delikatnym uśmieszku, gdy nawet nie próbował się ode mnie odsunąć. To było całkiem urocze.
— Więc jak będzie?
— Dla świętego spokoju się zgodzę, ale na koniec nie zamierzam zapraszać cię do swojego mieszkania. — prychnął uderzając mnie figlarnie w ramię.
— Nie ma problemu, bo i tak skończymy w moim mieszkaniu.
***
Adrien siedział na miejscu pasażera a ja zapiąłem szybko pas i odpaliłem silnik wyjeżdżając busem z posesji Marco.
— Marco rano nie chciał mi powiedzieć do jakiego klubu będziesz szedł. — prychnąłem cicho, włączyłem radio i od razu połączyłem się z moim telefon.
— Włącz co chcesz. — mruknąłem podając mu urządzenie.
— Pytanie co ja chcę…— westchnął cicho przeglądając kilka utworów, które miałem na szybkim wybieraniu. — Masz tu niezły chaos.
— Raczej różnorodność.
— Jasne, jasne. — zauważyłem, jak uśmiechnął się pod nosem. — Ale wóz fajny, trzeba przyznać.
— Dzięki, można nim przewieźć sporo rzeczy. — odparłem wjeżdżając na główną drogę. — I nie tylko rzeczy…— dodałem już znacznie ciszej, Adrien rzucił mi tylko krótkie spojrzenie. Chyba uznał, że nie ma sensu tego komentować, bo szybko wrócił do zabawy moim telefonem. W końcu włączył jakąś popową piosenkę.
— Dużo miejsca z tyłu. — odezwał się po chwili, opierając się wygodniej o fotel. — Na różne aktywności.
— Sam się przekonasz jak dużo miejsca tam jest. — odpowiedziałem spokojnie, nie odrywając wzroku od drogi.
— Och serio? — prychnął odkładając mój telefon. — Chyba nie chce wiedzieć, ile osób wylądowała na tyłach twojego auta.
— Nie przesadzaj. — zerknąłem na niego kątem oka. — Poza tym nie pytałem, czy chcesz wiedzieć.
— A powinieneś, lubię mieć kontrolę nad informacjami.
— Zauważyłem. — zaśmiałem się cicho skręcając na parking, przed nami wznosił się jeden z popularniejszych gejowskich klubów w mieście. Dawno mnie tu nie było, zaparkowałem na wolnym miejscu i zgasiłem samochód. Oparłem się o fotel spoglądając w jego stronę. Uniósł brew jakby czekał aż w końcu coś powiem.
— No i? Zamierzasz tak siedzieć, czy mam sam sprawdzić, czy ten legendarny tył twojego auta naprawdę jest taki pojemny?
— Chodź blondynko. — mruknąłem tylko i wysiadłem jako pierwszy z samochodu. Uśmiechnąłem się od razu, gdy chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz. Wyciągnąłem paczkę papierosów i szybko wsunąłem jednego między usta i odpaliłem.
— Papierosy są szkodliwe. — powiedział uszczypliwie, uniosłem wzrok zaciągając się mocno dymem.
— Wiem. — wypuściłem dym powoli. — Życie też jest szkodliwe. — odparłem a Adrien prychnął cicho i zamknął za sobą drzwi od samochodu. Podeszliśmy do wejścia, kolejka była dość krótka. Ochroniarz stał przy drzwiach i sprawdzał każdemu dowody.
— Dowód. — ochroniarz burknął niechętnie, gdy przyszła nasza kolei, podałem mu dokument bez słowa. Mężczyzna spojrzał najpierw na dowód a potem na mnie, po czym oddał go jednym ruchem.
— A twój? — spojrzał na Adriena wyczekująco.
— Ty…— mruknąłem cicho, nachylając się lekko w jego stronę. — Ty w ogóle jesteś pełnoletni?
— Bardziej niż ty, staruszku. — spojrzał w moją stroną prychając cicho pod nosem, wyciągnął swój dowód i dał go ochroniarzowi.
— Wszystko gra. — rzucił w końcu i odsunął się na bok by przepuścić nas do klubu.
— No proszę, legalny. — klepnąłem go lekko po ramieniu, blondyn spojrzał na mnie z dołu ze zmarszczonymi brwiami.
— Masz szczęście.
***
— Kurwa. — mruknąłem cicho pod nosem wsuwając dłoń w przydługie włosy Adriena. Chłopak ucałował mojego penisa po całej długości i z uśmiechem wsunął go do ust. W klubie wypił może ze dwa drinki, wystarczyłoby zrobił się odważniejszy. Oparłem głowę o ścianę samochodu.
Adrien wsunął go do ust od razu zasysając się na główce, siedział pomiędzy moimi udami. Zaczął rytmicznie poruszać głową trzymając go u nasady. Myślałem, że zwariuje, gdy uniósł prowokacyjnie wzrok.
— Nie igraj ze mną. — warknąłem cicho, splatając palce w jego włosy i pociągając lekko. Zamiast się cofnąć, jeszcze bardziej przyśpieszył. Każdy ruch był głębszy a czubek penisa w przyjemny sposób uderzał o jego gardło, a ja aż sapnąłem cicho. Ścisnąłem powieki próbując zachować spokój, moje podbrzusze spięło się mocno.
— Adrien…— wymknęło mi się półgłosem a Adrien by bardziej mnie podniecić, zjechał językiem na moje jądra. Zassał się na jednym z nich a z jego ust uciekł cichy chichot.
— No co? — zapytał zadowolony unosząc się lekko by spojrzeć mi w oczy, jego dłoń przejechała po moim torsie. — Nie podoba ci się?
— Jesteś pijany chyba bardziej niż podejrzewałem. — odparłem spokojnie widząc jak zaczął poruszać dłonią po całej mojej długości.
— Być może. A co nagle jesteś takim obrońcą moralności i nie wykorzystasz sytuacji? — prychnął cicho a na jego ustach igrał cwany uśmieszek. Przewróciłem oczami i złapałem go za rękę by na chwilę go powstrzymać.
— Nie jestem. — odparłem widząc jak te dwa drinki, które wypił dopiero zrobiły zamieszanie w jego organizmie. Zaczął się śmiać pod nosem, sam nie wiedziałem z czego. Opadł na mnie i przymknął oczy.
— Niedobrze mi…— mruknął nagle zasłaniając dłonią usta.
— Zjadłeś coś przed piciem? — zapytałem choć dobrze znałem odpowiedź. Delikatnie pogłaskałem go po włosach.
— Nie…— jęknął cicho, kręcąc głową. — Jakoś nie było na to czasu. — mruknął a ja cicho westchnąłem, przesunąłem dłonią po jego karku w uspokajającym geście. Jego oddech zrobił się nierówny i strasznie głośny.
— Świetnie. — mruknąłem sam do siebie. — To wiele tłumaczy, tylko dwa drinki czy wypiłeś jeszcze coś, gdy nie widziałem?
— Chyba tak. — mruknął cicho a ja tylko przetarłem dłonią twarz spoglądając w jego stronę, bez słowa na chwilę go odsunąłem by ubrać na siebie spodnie. Zapiąłem pasek a Adrien przykleił się do mnie jak jakiś miś koala. Nie spodziewałem się, że będę musiał niańczyć pijanego gówniarza.
— Usiądź prosto. — powiedziałem spokojnie poprawiając go lekko by oparł głowę o moje ramię. — Zaraz będzie naprawdę źle.
— Auto się rusza. — odparł nagle rozglądając się na boki.
— Auto stoi. — odparłem beznamiętnie gładząc jego włosy by odrobinę się uspokoił. Parsknął cicho, po czym natychmiast tego pożałował. Szybko zasłonił usta dłonią. Otworzyłem drzwi by wpuścić trochę świeżego powietrza do samochodu.
— Następnym razem jesz przed piciem, mogłem się zapytać o to. — westchnąłem cicho, gdy co jakiś czas zbierało go na wymioty. — Nie chcesz wyjść na zewnątrz? — Adrien tylko skinął głową, złapałem go za biodra i pomogłem mu wyjść na zewnątrz. Od razu usiadł na krawężniku chowając głowę w rękach.
— Przepraszam. — wymamrotał nagle, zmarszczyłem lekko brwi i usiadłem obok niego.
— Za co?
— Że jestem problemem dla ciebie. — dodał cicho, oparł głowę o moje ramię. Aż odsunął się i pochylił nad pierwszym lepszym kwiatkiem przy krawężniku i zwymiotował. Złapałem go szybko za ramiona od tyłu, trzymając go by nie stracił równowagi.
— No dawaj…— mruknąłem cicho siedząc przy nim cały czas, dłonią gładziłem lekko jego ramię.
— Boże…— jęknął cicho odsuwając się lekko. — Ja umrę.
— Nie umrzesz, chyba, że jutro od kaca. — mruknąłem wyciągając z kieszeni swojej kurtki chusteczki szybko otarłem mu twarz z pozostałości wymiocin.
— Już? Po wszystkim?
— Chyba tak…— odparł blady jak ściana, bez wahania podniosłem go i ruszyłem z powrotem w stronę samochodu. Wsadziłem go na miejsce pasażera i zapiąłem pas.
— Chyba nie mam nic by ci dać na wszelki wypadek gdybyś znowu wymiotował. — mruknąłem cicho drapiąc się lekko po karku. Mimo wszystko otworzyłem tył samochodu by jeszcze sprawdzić to dla pewności.
— Dobra wiadomość, mam jakieś wiadro. — mruknąłem i podałem mu je, Adrien bez słowa wziął je w dłonie trzymając mocno. Był lekko nachylony i tylko czekał aż znowu zacznie wymiotować.
— Będę jechał pomału. — mruknąłem i wsiadłem na miejsce kierowcy. — Gdybyś poczuł się gorzej to mów. — Adrien pokiwał tylko głową. Przekręciłem kluczyk a silnik zamruczał cicho. Ruszyłem ostrożnie, wyjechałem z parkingu wjeżdżając na pustą drogę. Co jakiś czas zerkałem kątem oka w jego stronę, Adrien siedział nieruchomo, lekko zgarbiony. Oddychał płytko a każde mocniejsze hamowanie sprawiało, że spinał się jeszcze bardziej.
— Już niedaleko. — mruknąłem cicho mając nadzieję, że trochę go to uspokoi. Gdy wjechałem na wąską ulicę, tuż przed skrzyżowaniem dostrzegłem cztery sylwetki na środku drogi. Zmarszczyłem brwi i lekko przyhamowałem.
— Co do chuja…— wymamrotałem cicho, stali w poprzek drogi, za nimi stał podobny wóz do mojego. Zablokowali nam drogę, zacisnąłem palce na kierownicy i niepewnie spojrzałem w stronę Adriena. Mężczyzna już patrzył wprost przed siebie, widziałem, jak próbował znowu nie zwymiotować.
— Nie, nie teraz... — wychrypiał cicho przyciskając dłoń do ust.
— Wiesz co? Lepiej się wyrzygaj, póki możesz. — mruknąłem i spojrzałem w tylne lusterko, nie widząc żadnego samochodu szybko zawróciłem starając się odjechać. Nie maiłem dzisiaj ochoty na żadne konfrontacje. Tym bardziej z kimś, kogo nawet nie znałem.
— Łeb mi pęka…— sapnął odchylając głowę na oparcie. — Dlaczego ja tyle wypiłem?
— Nie czas na to, później mi ponarzekasz. — powiedziałem szybko odjeżdżając, już miałem wyjechać z uliczki, gdy zobaczyłem przed sobą kolejną czwórkę mężczyzn, stojących na środku.
— Kurwa mać. — warknąłem uderzając dłonią w kierownicę. — Otoczyli nas…
— Powiedz, kiedy nas zaatakują. — mruknął cicho mocniej ściskając w dłoniach wiadro. — Chcę wiedzieć, na kogo mam narzygać. — rzuciłem mu tylko niezadowolone spojrzenie, nie miałem zbytniej ochoty na żarty w tej chwili.
— Serio? — westchnąłem cicho, Adrien zacisnął tylko mocniej palce na uchwycie wiadra. Nie wiedziałem kim są ci mężczyźni, ale podejrzewałem, że ma to jakiś związek z moimi walkami. Zmarszczyłem lekko brwi uważnie ich obserwując, coś się obawiałem, że koledzy Garrona postanowili go pomścić. Jeden z nich ruszył w naszym kierunku, kolejny obszedł auto od strony pasażera zaglądając do środka. Adrien drgnął gwałtownie, przysunął się bardziej w moją stronę.
— Zablokuj drzwi. — powiedziałem i sam zrobiłem to samo po swojej stronie. Klamka po stronie Adriena szarpnęła się gwałtownie, zmarszczyłem brwi widząc jak mężczyźni próbowali otworzyć drzwi by potem móc nas wyciągnąć i zrobić krzywdę.
— Otwieraj chuju! — krzyknął ktoś z zewnątrz. W tylnym lusterku zauważyłem, jak tamci dołączyli do tej czwórki. Śmiali się, wykrzykiwali jakieś przekleństwa. Musiałem coś szybko zrobić by jednocześnie nie narażać siebie a tym bardziej Adriena. Marco by mnie chyba zabił, gdyby coś się mu stało... Jakiś mężczyzna po mojej stronie cały czas szarpał się z klamką próbując za wszelką próbę je otworzyć.
— Trzymaj się. — mruknąłem cicho do Adriena i wcisnąłem gaz. Auto szarpnęło lekko do przodu, zauważyłem zaskoczony miny mężczyzn na zewnątrz. Niektórzy odsunęli się od auta, jednak jeden ciągle trzymał się klamki po mojej stronie.
— Kurwa mać! — powiedziałem na widok jednego z nich, gdy wskoczył na maskę trzymając się mocno, wariat zaczął uderzać dłońmi o szybę. Krzyczał jakieś niezrozumiałe dla mnie rzeczy.
— A myślałem, że to ty jesteś pojebany. — sapnął cicho Adrien i szybko schował głowę w wiadrze wymiotując głośno. Skręciłem gwałtownie kierownicą, mężczyzna na masce krzyknął głośno. Zsunął się lekko a ja wtedy zahamowałem, mężczyzna spadł na asfalt. Szybko podniósł się i znowu ruszył do samochodu próbując pootwierać wszystkie drzwi. Zanim zdążyłem ruszyć, ten znowu wskoczył na maskę. Jedną ręką trzymał się wycieraczki, a drugą walił w szybę.
— Zatrzymaj się! — wrzeszczał, gdy powoli ruszyłem wioząc go na masce. — Wypierdalaj z tego auta pojebie!
— Ty chyba oszalałeś. — wychrypiał Adrien znad wiadra. — On jest na masce!
— Przecież widzę. — mruknąłem cicho jadąc powoli by ten frajer nie zrobił sobie krzywdy, zjechałem w jakąś boczną uliczkę by sprawnie ominąć ich samochód stojący w poprzek drogi.
— Zabiję cię sukinsynu! — darł się wniebogłosy, a Adrien obok ciągle panikował i co chwila wymiotował do wiadra.
— Kurwa, on nas zabije! Słyszałeś go?! On nas zabije... — wysapał Adrien, głos mu się lekko łamał.
— Adrien oddychaj. — rzuciłem szybko jadąc pomału, gdy facet dalej trzymał się maski.
— Nie mogę! — wyrwało mu się, zgiął się w pół i znowu zwymiotował do wiadra. — On jest na masce, kurwa! Jedziesz z chłopem na masce!
— Widzę! — warknąłem tylko, pomimo, że jechałem bardzo powoli by nic mu się nie stało to mimo wszystko czułem, jak serce chciało mi wyskoczyć z piersi.
— Zatrzymaj się! — chwycił mnie za ramię. — Zatrzymaj się proszę, ja nie chcę tu umrzeć! On się przebije, rozbije szybę i nas zabije...
— Adrien oddychaj, słyszysz? — zapytałem cicho spoglądając na niego kątem oka.
— Nie pozwól mu mnie dotknąć. — wyszeptał zanosząc się płaczem. Prawie wypuścił wiadro z rąk.
— Nie dotknie. — powiedziałem i skręciłem gwałtownie, zahamowałem a mężczyzna zsunął się z maski. Adrien krzyknął cicho zasłaniając szybko twarz.
— On żyje? — wyszeptał ledwo słyszalnie, wbiłem wsteczny i cofnąłem odrobinę widząc jak mężczyzna powoli podnosi się z drogi.
— Żyje, ale mu nie pomagamy. — mruknąłem szybko wbijając jedynkę, ominąłem go sprawnie i przyśpieszyłem wjeżdżając na główną drogę. Spojrzałem w wszystkie lusterka upewniając się, że nikt za nami nie jedzie.
— Wiesz... — zaczął cicho Adrien. — Chyba zostanę abstynentem...
***
Wpuściłem go jako pierwszego do swojego mieszkania. Ledwo trzymał pion, lekko się zataczał, a gdy zamknąłem drzwi szybko oparł się plecami o ścianę. Poradził sobie sam ze ściągnięciem butów, prawie potknął się przy tym o własną skarpetkę.
— Gdzie jest łazienka? — zapytał cicho znowu zasłaniając usta dłonią. Złapałem go za ramiona i pomogłem dojść mu pod drzwi.
— Tutaj, pomóc ci w czymś? — zapytałem, ale gdy tylko spojrzał na drzwi, odepchnął moje dłonie i wpadł do środka zamykając za sobą drzwi. Usłyszałem po chwili jak unosi deskę i znowu wymiotuje.
— Jak chcesz to w szafce pod umywalką jest zapasowa szczoteczka do zębów. — powiedziałem głośno przez zamknięte drzwi. Gdy nie usłyszałem nic oprócz dźwięku wymiotowania, odsunąłem się i opadłem na kanapę. Przez chwilę siedziałem nieruchomo, wpatrując się tępo w choinkę przede mną.
— Żyjesz? — zapytałem po paru minutach, gdy nie usłyszałem z łazienki żadnego dźwięku.
— Niestety... — usłyszałem jego cichy, zachrypnięty głos. Westchnąłem cicho, podniosłem się i ruszyłem w stronę łazienki. Wszedłem do środka widząc jak siedzi nachylony nad sedesem.
— Nie mów nic... — ostrzegł cicho, westchnąłem cicho i podszedłem bliżej kucając obok niego. Złapałem za papier i otarłem delikatnie jego twarz. Kredka, którą wcześniej nałożył przy mnie w łazience Marco, teraz spływała po jego policzkach razem z łzami.
— Nie spodziewałem się, że tak spędzę święta. — mruknąłem cicho gładząc dłonią jego plecy.
— A myślisz, że ja się tego spodziewałem? — prychnął cicho. — Wesołych Świąt czy coś.
— Na razie to ty masz wesołe rzyganie. — prychnął cicho i usiadłem na podłodze obok niego by dotrzymać mu towarzystwa. — I niezapomnianą przejażdżkę.
— Jak mnie łeb napierdala. — sapnął cicho opierając się o mnie. Jego ciałem wstrząsnął delikatny dreszcz, a na jego skórze pojawiła się gęsia skórka.
— Spokojnie, przestaniesz wymiotować to dam ci wodę z cytryną i aspirynę.
— Najgorsze święta ever. — wymamrotał. — A mogłem zostać u Marco...
— Jeszcze chwila a zaczniesz składać życzenia sedesowi. — zaśmiałem się cicho przeczesując jego włosy z czoła.
— Myślisz, że dostanie prezent? — zapytał cicho, nawet nie protestując go namoczyłem ręcznik wodą i spróbowałem zmyć pozostałości kredki z jego twarzy.
— Twoją godność już dostał, chyba wystarczający prezent... — mruknąłem cicho wyrzucając brudny ręcznik do kosza.
— Chyba już nie będę rzygał. — odparł próbując podnieść się z podłogi.
— Na pewno?
— Tak. — powiedział podchodząc do umywalki, przemył twarz i spojrzał na siebie w lusterku. — Boże, wyglądam okropnie.
— Jak każdy po takim wypiciu. — mruknąłem cicho prowadząc go w stronę swojego pokoju, Adrien padł jak długi na łóżko. — Czekaj, pomogę ci się rozebrać. — złapałem za jego spodnie i zsunąłem je z tyłka chłopaka.
— Wiesz co? — zapytał sennie, gdy został w samych majtkach i swetrze. — Nawet spoko te święta.
— Dopiero co mówiłeś, że są najgorsze. — przypomniałem mu, podniosłem się i sam rozebrałem się do samych bokserek. Położyłem na podłodze ręcznik razem z miską na wszelki wypadek.
— Mówiłem, ale już zmieniłem zdanie. — sapnął cicho wtulając się mocno w poduszkę. Bez słowa opadłem na łóżko po drugiej stronie, przykryłem go kołdrą po same uszy.
— Idź spać i raczej nie mów o naszych przygodach Marco, bo nie będziesz miał życia.
— Przecież wiem. — prychnął zwijając się w mały kłębek, spod kołdry wystawały tylko jego blond włosy. Sam ułożyłem się wygodniej i sięgnąłem dłonią do lampki nocnej by ją zgasić. Pokój pogrążył się w przyjemnej ciemności, od razu zamknąłem oczy próbując się zrelaksować. Z tyłu głowy miałem jednak tą całą sytuację, która wydarzyła się na tej głupiej drodze. Będę musiał zrobić swoje małe śledztwo by znaleźć tych mężczyzn i po cichu ich zlikwidować.
— Ale jechać z chłopem na masce... — zachichotał cicho spod kołdry. — Jesteś przechuj.
5211 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz