Tw.: Morderstwo ludzi oraz psa. Czytasz na własne ryzyko.
Jest taki miesiąc w roku, gdy ludzie dostają fioła na punkcie żywych choinek, kolorowych ozdób, lepią bałwany ze śniegu i ozdabiają je migoczącymi lampkami, wkładając im marchewkę jako nos oraz czarne węgielki imitujące oczy, oraz uśmiech. W sklepach jest totalny szał na punkcie zakupów, żeby przygotować dwanaście potraw czy znaleźć idealny prezent dla swoich bliskich. Ludzie na ulicach miasta witają się szerokimi uśmiechami, życząc sobie wesołych świąt, kompletnie zapominając o tym, że jeszcze miesiąc wcześniej chodzili z poważnymi minami, mijając się bez słowa. Dla Logana było to obce, nieznane, a nawet odrażające. Nienawidził patrzeć na tą sztuczną radość, na tą biel śniegu, która tylko kuła go w oczy, na te iskrzące się lampki, które go dekoncentrowały oraz na bałwany, obok których nie mógł przejść obojętnie - każde z nich rozwalał, wywołując płacz u nie jednego dzieciaka.
Na dworze było już ciemno, prószył delikatny śnieg, a za jego plecami przemieszczało się setki przechodniów, kompletnie ignorując jego osobę. Trzymając dłonie w kieszeni bluzy oraz mając założony kaptur na głowie, stał przed witryną sklepową, obserwując różnego rodzaju ciasta, kręcące się na piętrowych paterach.
Na dworze było już ciemno, prószył delikatny śnieg, a za jego plecami przemieszczało się setki przechodniów, kompletnie ignorując jego osobę. Trzymając dłonie w kieszeni bluzy oraz mając założony kaptur na głowie, stał przed witryną sklepową, obserwując różnego rodzaju ciasta, kręcące się na piętrowych paterach.
— Wesołych świąt! — usłyszał nagle delikatny głos, a gdy spojrzał w prawą stronę, dostrzegł niewysoką dziewczynkę ubraną w strój aniołka. Trzymała w dłoni lizak w kształcie bałwana, ewidentnie chcąc mu go wręczyć.
— Zjeżdżaj kaszojadzie.. — mruknął, odwracając od niej wzrok.
Uśmiech z jej twarzy szybko zniknął, niepewnie cofnęła dłoń z podarkiem i opuściła wzrok, powoli oddalając się od bruneta. Wtem do jego uszu dobiegł dźwięk brzdękających monet, a gdy zlokalizował ich źródło, jego spojrzenie ponownie wylądowało na dziewczynce. Była sama, w okolicy tylko kręcił się tłum zamyślonych ludzi, którzy pewnie nie zauważą tak małego zamieszania. Podszedł szybko do niczego świadomiej istoty i jednym sprawnym ruchem zerwał z jej szyi puszkę z monetami, a żeby nie zwrócić na siebie większej uwagi, wtopił się w tłum, chowając swoją zdobycz pod bluzę. Oczywiście dziewczynka wydała z siebie głośny płacz, który przeszył go na wskroś, zmuszając do jak najszybszego oddalenia się od źródła jakże irytującego dźwięku.
Skrył się w swojej tajnej kryjówce na strychu starej kamienicy, do której wejście znajdowało się na dachu budynku, przeliczył drobne monety, a gdy zdał sobie sprawę, że wystarczy mu na kupno sytego posiłku, przebrał się i ponownie udał się w miasto. Zachowując resztki kultury, wszedł do jednego ze sklepów z gotowym jedzeniem, sięgnął po kilka porcji i udał się do kasy, a gdy nadeszła jego kolej, poczuł na sobie wzrok kilku otaczających go ludzi. Skanowanie produktów, płatność, nic trudnego...
— To on ukradł pieniądze! — krzyknął jakiś mężczyzna stojący kilka metrów za nim. — Łapać go!
Nie zwlekając, chwycił swoje zakupy i biegiem opuścił sklep, ponownie wtapiając się w tłum. Słyszał, jak ktoś za nim krzyczy, czuł nawet, jak momentami ktoś próbuje go złapać, lecz zawsze był krok przed nimi. Nagle na jego drodze stanął rosły mężczyzna, którego wzrok miał wzbudzić w nim strach oraz niepokój, lecz jedynie wywołało to szyderczy uśmiech. Brunet wyjął z pochwy nóż i wbił go prosto w przeponę obcej istoty, pozbawiając go oddechu, a gdy próbował się broni, ponowił cios jeszcze kilka razy, ostatecznie doprowadzając do jego śmierci. Gdy ciało padło na zaśnieżony chodnik, po którym zaraz rozlała się czerwona ciecz, Logan od razu powrócił do ucieczki, ostatecznie oddalając się od całego zamieszania. Dla kogoś te święta będą wyjątkowo smutne, ale czy jego to interesowało? Kompletnie ani trochę.
Gdy nadszedł ten magiczny wieczór, w Loganie znowu coś pękło i w sumie jak co roku, postanowił urządzić krwawe święta. Nigdy nie obchodził tego dnia z rodziną czy bliskimi, bo takowych nie posiadał, a gdy widział szczęśliwych ludzi, jeszcze bardziej pobudzała się w nim chęć mordu. Był wredny i bezlitosny, ale też sprytny i zawsze wolał atakować znienacka.
Ubrał się tak jak zawsze - spodnie dresowe, bluza i adidasy, bo tak naprawdę nie posiadał cieplejszych ciuchów, no bo skąd. Wyglądał biednie i o to chodziło, bo przecież tego dnia ludzie zapominają o tym, żeby nie wpuszczać obcych ludzi do domów, a że wyglądał młodo, miał większe szansę na przekroczenie progu czyjegoś domu. Opuścił swoją kryjówkę i udał się do dzielnicy nowoczesnych domków jednorodzinnych, szukając swojej dzisiejszej ofiary. Widział z daleka szczęśliwe rodziny, które razem siedziały przy stołach, radowali się na widok świecących ozdób albo lepili bałwana na własnym podwórku. Na sam widok gotował się w środku, lecz musiał zachować pozory tego biednego i bezbronnego, żeby zaspokoić swoje rządze. Gdy znalazł ten jedyny domek, trochę oddalony od pozostałych, podszedł pod główne drzwi, oczywiście ozdobione w świąteczne ozdoby, zadzwonił dzwonkiem i cierpliwie czekał, udając, jak bardzo jest mu zimno.
— Ojej dziecko, co tutaj robisz? — zapytała nagle kobieta, która otworzyła mu drzwi swojej posiadłości.
— Czy.. czy mogę wejść się ogrzać? — zapytał łamiącym się głosem. — Rodzice umarli kilka miesięcy temu, nie mam z kim obchodzić świąt. — dodał, spoglądając prosto w jej oczy.
— Oczywiście, wejdź, śmiało. — odpowiedziała od razu, otwierając szerzej drzwi. — Zaraz dam Ci koc, usiądź sobie przy kominku, ogrzej się. — dodała, wpuszczając go do środka.
— Dziękuje Pani bardzo. — odparł półszeptem i zajął wskazane miejsce.
— Kto to? — zapytał szczupły mężczyzna, który stał przy świątecznym stole.
— Niezapowiedziany gość, kochanie. — odpowiedziała ta sama kobieta, zaraz podając Loganowi wcześniej wspomniany koc. — Wiesz, że co roku ktoś nas odwiedza. — dodała z radością w głosie.
Po kilkunastu minutach wszyscy zasiedli do stołu pełnego różnych potraw. Wzrokiem zlustrował gospodarzy - dorosła kobieta oraz mężczyzna, dwóch chłopców oraz jedna dziewczynka, gdzieniegdzie kręcił się też niewielki biały pies, który uważnie obserwował ciemnowłosego. Gdy wszyscy zaczęli już częstować się posiłkiem, nagle dwumetrowa choinka zaczęła tlić się u podstawy, stopniowo pochłaniając kolejne łodygi, co od razu postawiło domowników na nogi. Logan wyczuł odpowiedni moment i wycofał się w cień, żeby przybrać swoją demoniczną formę - wysoka na dwa metry istota, która wnet ruszyła do ataku. Pierw wbił swoje długie szpony w mężczyznę, podniósł go na tyle wysoko, by mieć jego twarz na wysokości swojej, po czym wbił w niego drugą dłoń, rozrywając jego ciało na dwa kawałki. Czerwona posoka polała się prosto na kobietę oraz dzieci, które stały sparaliżowane metr od niego, nie rozumiejąc, co się właśnie dzieje. Nie marnując czasu na obserwację, to samo uczył z drugą dorosłą osobą, dodatkowo rzucając jej ciałem na białą ścianą, co pozostawiło po sobie wielką bordową plamę. Najmłodsi schowali się pod stołem, lecz była to najgorsza z możliwych kryjówek, gdyż wnet mebel znalazł się po drugiej stronie salonu, zrzucając wszystko, co znajdowało się na nim. Dzieci były najłatwiejsze do zabicia, lecz czując ich paniczny strach, postanowił trochę ich pomęczyć, strasząc ich i zmuszając do ucieczki po pozostałych pomieszczeniach domu. Jednak coś mu przeszkadzało - wiecznie szczekający pies, którego również musiał się pozbyć. W odpowiednim momencie chwycił go, urwał jego głowę od reszty ciała i rzucił nimi w stronę młodocianych, którzy na ten widok jeszcze bardziej zaczęli panikować. Gdyby umiał, zaśmiałby się, lecz obecnie był wściekły i nadal żądny śmierci. Dwójkę chłopców mordował tak samo - odrywając każdą z kończyn oraz samą głowę, pozostawiając same kadłubki, rozrzucając to po całym parterze. Gdy dotarł do dziewczynki, wbił w nią pazury, uniósł na swoją wysokość i intensywnie powąchał, delektując się zapachem krwi oraz strachu.
— Czemu mi to robisz, tatusiu... — usłyszał nagle bardzo znany mu głos, a gdy przyjrzał się uważniej, dostrzegł, że jej twarz nie jest już taka sama, a bardziej przypomina... jego własną córkę.
— Juli..! — zerwał się nagle do siadu, jego ciało było całe spięte oraz zlane potem. — Kurwa... — syknął, chowając twarz w dłonie, opierając łokcie na udach.
— Znowu ten sam koszmar? — usłyszał głos Shade, a gdy spojrzał przed siebie, ujrzał czarną istotę siedzącą pół metra przed nim.
— Mhm... — przytaknął, powoli uspokajając rozkołatane serce. — Jak zwykle co roku. — dodał.
— Po tylu latach powinieneś się z tym pogodzić, Walter. — odparł, podchodząc bliżej mężczyzny. — Przeszłości już nie zmienisz, życia jej nie przywrócisz. Pozwól jej odejść, nie zmienisz tego, co było, więc nie dźwigaj tego ciężaru... — dotknął chłodnym noskiem jego rozgrzanego policzka. — Skup się na swojej przyszłości, bo to, co się wydarzy, zależy od Ciebie i Twoich decyzji. — dodał, kładąc się na jego udach.
— Może masz racje... — odpowiedział po dłużej chwili, a słysząc przyjemne kocie mruczenie, zmienił pozycje na łóżku i ponownie oddał się w objęcia morfeusza.
Uśmiech z jej twarzy szybko zniknął, niepewnie cofnęła dłoń z podarkiem i opuściła wzrok, powoli oddalając się od bruneta. Wtem do jego uszu dobiegł dźwięk brzdękających monet, a gdy zlokalizował ich źródło, jego spojrzenie ponownie wylądowało na dziewczynce. Była sama, w okolicy tylko kręcił się tłum zamyślonych ludzi, którzy pewnie nie zauważą tak małego zamieszania. Podszedł szybko do niczego świadomiej istoty i jednym sprawnym ruchem zerwał z jej szyi puszkę z monetami, a żeby nie zwrócić na siebie większej uwagi, wtopił się w tłum, chowając swoją zdobycz pod bluzę. Oczywiście dziewczynka wydała z siebie głośny płacz, który przeszył go na wskroś, zmuszając do jak najszybszego oddalenia się od źródła jakże irytującego dźwięku.
Skrył się w swojej tajnej kryjówce na strychu starej kamienicy, do której wejście znajdowało się na dachu budynku, przeliczył drobne monety, a gdy zdał sobie sprawę, że wystarczy mu na kupno sytego posiłku, przebrał się i ponownie udał się w miasto. Zachowując resztki kultury, wszedł do jednego ze sklepów z gotowym jedzeniem, sięgnął po kilka porcji i udał się do kasy, a gdy nadeszła jego kolej, poczuł na sobie wzrok kilku otaczających go ludzi. Skanowanie produktów, płatność, nic trudnego...
— To on ukradł pieniądze! — krzyknął jakiś mężczyzna stojący kilka metrów za nim. — Łapać go!
Nie zwlekając, chwycił swoje zakupy i biegiem opuścił sklep, ponownie wtapiając się w tłum. Słyszał, jak ktoś za nim krzyczy, czuł nawet, jak momentami ktoś próbuje go złapać, lecz zawsze był krok przed nimi. Nagle na jego drodze stanął rosły mężczyzna, którego wzrok miał wzbudzić w nim strach oraz niepokój, lecz jedynie wywołało to szyderczy uśmiech. Brunet wyjął z pochwy nóż i wbił go prosto w przeponę obcej istoty, pozbawiając go oddechu, a gdy próbował się broni, ponowił cios jeszcze kilka razy, ostatecznie doprowadzając do jego śmierci. Gdy ciało padło na zaśnieżony chodnik, po którym zaraz rozlała się czerwona ciecz, Logan od razu powrócił do ucieczki, ostatecznie oddalając się od całego zamieszania. Dla kogoś te święta będą wyjątkowo smutne, ale czy jego to interesowało? Kompletnie ani trochę.
Gdy nadszedł ten magiczny wieczór, w Loganie znowu coś pękło i w sumie jak co roku, postanowił urządzić krwawe święta. Nigdy nie obchodził tego dnia z rodziną czy bliskimi, bo takowych nie posiadał, a gdy widział szczęśliwych ludzi, jeszcze bardziej pobudzała się w nim chęć mordu. Był wredny i bezlitosny, ale też sprytny i zawsze wolał atakować znienacka.
Ubrał się tak jak zawsze - spodnie dresowe, bluza i adidasy, bo tak naprawdę nie posiadał cieplejszych ciuchów, no bo skąd. Wyglądał biednie i o to chodziło, bo przecież tego dnia ludzie zapominają o tym, żeby nie wpuszczać obcych ludzi do domów, a że wyglądał młodo, miał większe szansę na przekroczenie progu czyjegoś domu. Opuścił swoją kryjówkę i udał się do dzielnicy nowoczesnych domków jednorodzinnych, szukając swojej dzisiejszej ofiary. Widział z daleka szczęśliwe rodziny, które razem siedziały przy stołach, radowali się na widok świecących ozdób albo lepili bałwana na własnym podwórku. Na sam widok gotował się w środku, lecz musiał zachować pozory tego biednego i bezbronnego, żeby zaspokoić swoje rządze. Gdy znalazł ten jedyny domek, trochę oddalony od pozostałych, podszedł pod główne drzwi, oczywiście ozdobione w świąteczne ozdoby, zadzwonił dzwonkiem i cierpliwie czekał, udając, jak bardzo jest mu zimno.
— Ojej dziecko, co tutaj robisz? — zapytała nagle kobieta, która otworzyła mu drzwi swojej posiadłości.
— Czy.. czy mogę wejść się ogrzać? — zapytał łamiącym się głosem. — Rodzice umarli kilka miesięcy temu, nie mam z kim obchodzić świąt. — dodał, spoglądając prosto w jej oczy.
— Oczywiście, wejdź, śmiało. — odpowiedziała od razu, otwierając szerzej drzwi. — Zaraz dam Ci koc, usiądź sobie przy kominku, ogrzej się. — dodała, wpuszczając go do środka.
— Dziękuje Pani bardzo. — odparł półszeptem i zajął wskazane miejsce.
— Kto to? — zapytał szczupły mężczyzna, który stał przy świątecznym stole.
— Niezapowiedziany gość, kochanie. — odpowiedziała ta sama kobieta, zaraz podając Loganowi wcześniej wspomniany koc. — Wiesz, że co roku ktoś nas odwiedza. — dodała z radością w głosie.
Po kilkunastu minutach wszyscy zasiedli do stołu pełnego różnych potraw. Wzrokiem zlustrował gospodarzy - dorosła kobieta oraz mężczyzna, dwóch chłopców oraz jedna dziewczynka, gdzieniegdzie kręcił się też niewielki biały pies, który uważnie obserwował ciemnowłosego. Gdy wszyscy zaczęli już częstować się posiłkiem, nagle dwumetrowa choinka zaczęła tlić się u podstawy, stopniowo pochłaniając kolejne łodygi, co od razu postawiło domowników na nogi. Logan wyczuł odpowiedni moment i wycofał się w cień, żeby przybrać swoją demoniczną formę - wysoka na dwa metry istota, która wnet ruszyła do ataku. Pierw wbił swoje długie szpony w mężczyznę, podniósł go na tyle wysoko, by mieć jego twarz na wysokości swojej, po czym wbił w niego drugą dłoń, rozrywając jego ciało na dwa kawałki. Czerwona posoka polała się prosto na kobietę oraz dzieci, które stały sparaliżowane metr od niego, nie rozumiejąc, co się właśnie dzieje. Nie marnując czasu na obserwację, to samo uczył z drugą dorosłą osobą, dodatkowo rzucając jej ciałem na białą ścianą, co pozostawiło po sobie wielką bordową plamę. Najmłodsi schowali się pod stołem, lecz była to najgorsza z możliwych kryjówek, gdyż wnet mebel znalazł się po drugiej stronie salonu, zrzucając wszystko, co znajdowało się na nim. Dzieci były najłatwiejsze do zabicia, lecz czując ich paniczny strach, postanowił trochę ich pomęczyć, strasząc ich i zmuszając do ucieczki po pozostałych pomieszczeniach domu. Jednak coś mu przeszkadzało - wiecznie szczekający pies, którego również musiał się pozbyć. W odpowiednim momencie chwycił go, urwał jego głowę od reszty ciała i rzucił nimi w stronę młodocianych, którzy na ten widok jeszcze bardziej zaczęli panikować. Gdyby umiał, zaśmiałby się, lecz obecnie był wściekły i nadal żądny śmierci. Dwójkę chłopców mordował tak samo - odrywając każdą z kończyn oraz samą głowę, pozostawiając same kadłubki, rozrzucając to po całym parterze. Gdy dotarł do dziewczynki, wbił w nią pazury, uniósł na swoją wysokość i intensywnie powąchał, delektując się zapachem krwi oraz strachu.
— Czemu mi to robisz, tatusiu... — usłyszał nagle bardzo znany mu głos, a gdy przyjrzał się uważniej, dostrzegł, że jej twarz nie jest już taka sama, a bardziej przypomina... jego własną córkę.
— Juli..! — zerwał się nagle do siadu, jego ciało było całe spięte oraz zlane potem. — Kurwa... — syknął, chowając twarz w dłonie, opierając łokcie na udach.
— Znowu ten sam koszmar? — usłyszał głos Shade, a gdy spojrzał przed siebie, ujrzał czarną istotę siedzącą pół metra przed nim.
— Mhm... — przytaknął, powoli uspokajając rozkołatane serce. — Jak zwykle co roku. — dodał.
— Po tylu latach powinieneś się z tym pogodzić, Walter. — odparł, podchodząc bliżej mężczyzny. — Przeszłości już nie zmienisz, życia jej nie przywrócisz. Pozwól jej odejść, nie zmienisz tego, co było, więc nie dźwigaj tego ciężaru... — dotknął chłodnym noskiem jego rozgrzanego policzka. — Skup się na swojej przyszłości, bo to, co się wydarzy, zależy od Ciebie i Twoich decyzji. — dodał, kładąc się na jego udach.
— Może masz racje... — odpowiedział po dłużej chwili, a słysząc przyjemne kocie mruczenie, zmienił pozycje na łóżku i ponownie oddał się w objęcia morfeusza.
1329 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz