Patrzyłem na ekran telefonu, zastanawiając się, czy mi się coś przypadkiem nie przewidziało. Wyłączyłem aplikację i włączyłem jeszcze raz, ponownie poświęcając chwilę na kontemplowanie profilowego oraz imienia, które się przy nim wyświetliło wraz z informacją o otrzymaniu nowej wiadomości. Konwersacja nie trafiła do spamu, musiałem więc już kiedyś z nim pisać (czego sobie nie przypominam) albo mieć go wcześniej w znajomych (czego również nie pamiętam).
— No i czego się gapisz znowu w ten telefon jak sroka w gnat — Sag znikąd władował mi się na ramiona, pewnie żeby mieć lepszy widok i nieco mnie powkurwiać tymi pierdolonymi łuskami stykającymi się z moją gołą skórą. Szlag, jak ja nienawidzę węży. — Kto tym razem do ciebie napisał, żeś tak zamarł... O... Ooo.
Zablokowałem ekran i odrzuciłem telefon na drugi koniec kanapy, ręką sięgając po demona, ale tym razem zdążył uciec, chichocząc pod nosem. Patrzyłem przez chwilę tępo w miejsce pod komodą, gdzie się schował. Mógłby czasem dla odmiany przybrać postać, nie wiem, kotka. Widok zwierzaka rozciągniętego na meblach, drzemiącego w najlepsze był chyba tym, co ludzi uspokajało, co nie? Może stałby się przez to choć trochę, ociupinkę, bardziej znośny.
— Dalej nie czaję, po co żeś tam dwa dni z rzędu łaził, a jak się dowiedziałeś wczoraj, że go nie ma, to zrobiłeś minę jak zbity szczeniak — demona może nie było już widać, ale jego głos dalej wyraźnie słyszałem. Jak zawsze z resztą. Zignorowałem go, założyłem ręce za głowę i opadłem na kanapę, będącą jednocześnie moim łóżkiem, bo było tu zbyt mało miejsca, by wstawić dwa osobne meble. Na większe mieszkanie nie było mnie stać, z resztą, w zasadzie takiego nie potrzebowałem. — Skąd go znasz?
Nie uznałem za zasadne udzielać mu odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Zamiast tego przewróciłem się na bok, plecami do niego i zamknąłem oczy. Aiden dał mi popalić. Poza tym, że koczował mi pod drzwiami dobrych kilka godzin, żądając, żebym go wpuścił, to potem jeszcze wypisywał do mnie ciągle z jakimiś wontami. Jakby, człowieku, miałeś swoją szansę, wolałeś się naćpać, jak zawsze. Poza tym nic mu nigdy nie obiecywałem, a już na pewno niczego, co byłoby wytłumaczeniem dla atakowania każdego faceta, który się gdzieś koło mnie znalazł.
Chyba, że uznał, że Nivan nie jest jak inni.
Przykryłem się kocem, sam siebie ganiąc za kierunek, w którym popłynęły moje myśli. W każdym razie, w wyniku spamu wiadomości od Aidena, nie zauważyłem od razu tej od Nivana. Było już chyba po piątej rano, mężczyzna pewnie już spał. Wyciszył telefon? Wyłączył internet? Czy jak napiszę teraz, to go obudzę? Nie chciałem go zignorować, a chyba ostatecznie tak wyszło. Schowałem twarz w poduszkę. Wdech-wydech. Co za różnica w zasadzie.
Odpiszę mu trochę później, nic to już nie zmieni.
***
E: Tak i tak. Jeszcze raz dziękuję za pomoc.
Patrzyłem w ekran, zastanawiając się, co dalej. Myślałem o naszej przerwanej rozmowie. O tym, jak zapytał, czy dalej gram w siatkę. Powinienem do tego nawiązać? W ogóle powinienem jakkolwiek próbować kontynuować tę wymianę wiadomości? W tej chwili, po tylu latach, przecież byliśmy dla siebie jak obcy ludzie. Przypadkowo na siebie wpadliśmy, on mi pomógł jak pewnie zrobiłby to dla każdego, do czego doszedłem, gdy potem przez dobrych kilkadziesiąt minut próbowałem sobie przypomnieć, jaki Nivan był w podstawówce. Utrudniało mi to, że miałem wtedy ważniejsze problemy na głowie, niż zwracanie uwagi na rówieśników — na przykład radzenie sobie z duchami, które napastowały mnie dosłownie wszędzie. Ostatecznie jednak przypomniałem sobie parę faktów o nim.
Dla samego siebie nie zrobił pewnie tamtej nocy nic szczególnego. To tylko mnie pojebało, że chciałem zobaczyć w tym coś więcej.
W końcu wysłałem wiadomość bez dopisania niczego. Spojrzałem na zegarek. Potem za okno, na ten zjebany śnieg. Westchnąłem ciężko. Dlaczego firma nawet w takich warunkach udaje, że jest wielce ekologiczna i zamiast dać nam służbowy samochód, każe popierdzielać na tych pożal się boże rowerach?
***
— To jest mój ostatni miesiąc pracy jako kurier — burknąłem pod nosem, schodząc z czwartego piętra budynku bez windy. Sag się zaśmiał.
— Och, i gdzie niby cię przyjmą w zamian? — spytał. Zeskoczyłem z trzech ostatnich stopni, zgrabnie lądując na dole.
— Gdziekolwiek — burknąłem w odpowiedzi, popychając drzwi na klatkę i z powrotem wychodząc na ten przeraźliwy mróz.
— Zdaje się, że mówiłeś to już niezliczenie wiele razy o innych miejscach pracy — demon brzmiał dzisiaj, jakby miał wyjątkowo dobry humor.
— Kurwa, nie wiem, w gastro się zatrudnię, tam przynajmniej jest ciepło niezależnie od pory roku — wsiadłem na rower z doczepką, w której wiozłem paczki, które miałem dzisiaj do dostarczenia. Wpisałem kolejny adres z listy w nawigację.
— Oho, czyżbyś zaczął marzyć o zniszczeniu świata? A na pewno zamordowaniu okolicznej ludności, która miałaby się stołować w miejscu, gdzie byś przygotowywał jedzenie?
— Debilu, w gastro można pracować nie tylko na kuchni — fuknąłem, ściszając nieco głos, bo mijałem właśnie jakąś starszą panią. Uśmiechnąłem się do niej, na co ta wykrzywiła twarz w wyjątkowo nieprzyjemnym grymasie. Odruchowo dotknąłem kolczyków na uchu. No tak, pewnie to jedna z tych starowinek, które uważają, że o człowieku świadczy tylko i wyłącznie to, jak wyglądają.
— Z taką facjatą to nawet jako kelner byś nie mógł pracować — demon nie przestawał szydzić, jednak w tym momencie postanowiłem uciąć tę rozmowę. Do niczego nie prowadziła, tylko go nakręcała.
Dojechałem pod wskazany adres, zabrałem z przyczepki paczkę i podszedłem do domofonu. Gdy zaspany głos zapytał ''kto tam", odpowiedziałem przyjaźnie, że kurier. Zamek kliknął, a ja wszedłem na kolejną klatkę.
Ogólnie to prawie tę paczkę upuściłem, gdy po wejściu na odpowiednie piętro moim oczom ukazał się w pierwszej kolejności nagi tors... Wyjątkowo apetycznie wyrzeźbiony nagi tors... A gdy w końcu moje oczy oderwały się od widoków i powędrowały tam, gdzie powinny, czyli na twarz tejże osoby, moim oczom ukazał się...
— Eirik? — Nivan głos miał zaspany, wyglądał, jakby dopiero co wstał.
Kurwa, a ja mu się bezczelnie wgapiałem w klatę. BOŻE. Jaka siara...
— Pański kurier — uśmiechnąłem się promiennie, mając nadzieję, że nie zauważył.
— Raczej pański wielbiciel.
Zamarłem. Nivan zmarszczył brwi w konsternacji. Odebrałem to jako moją szansę, może jest na tyle zaspany, że pomyśli, że się przesłyszał.
— Mam paczkę — wręcz wepchnąłem mu ją w ręce i już miałem uciekać, żeby Sag nie zdążył czegoś więcej palnąć, ale czerwonowłosy mnie zatrzymał.
— Hej, poczekaj... — mimowolnie cały się spiąłem, gdy złapał mnie za ramię. Szlag. Nie wiedziałem, gdzie Sag teraz siedzi, żeby móc zamordować go wzrokiem. Albo kopnąć. Albo nie wiem co. Byle siedział, kurwa, cicho. — Wszystko w porządku po... wczoraj?
— Tak tak — posłałem mu promienny uśmiech przez ramię, nie dając się odwrócić twarzą do niego. Jeszcze czego. Mógłby się w ogóle ubrać, a nie w samych spodniach od pidżamy ludziom drzwi otwiera... — Nie pierwszy raz miałem taką akcję, luz... — ugryzłem się w język nieco za późno. No i na chuj ja mu to mówię, ja pierdolę. — Nic ci nie zrobił ten idiota, co nie? Nie miałem jak zapytać, bo wiesz... Ha... Ha... — spróbowałem zmienić temat.
Puścił mnie w końcu, a ja zszedłem dwa stopnie w dół, zanim obróciłem się z powrotem twarzą do mężczyzny. Zmieszany, podrapałem się po potylicy, rozwalając nieco niedbałego koka, którego zrobiłem przed wyjściem. Czułem się przymulony, wyjątkowo nie spałem dzisiaj nie przez koszmary, a Aidena. Niespanie niemal wcale gorzej robiło na głowę, niż spanie z tysiącem przerw w międzyczasie. Nie byłem w stanie trzeźwo myśleć. Nie potrafiłem tak poprowadzić tej rozmowy, żeby nie wyjść na debila.
Miałem po prostu dość.
A Sag, kurwa, nie pomagał.
— Po prostu marzyłem, żeby móc cię znowu zobaczyć — zaćwierkał, a Nivan jeszcze bardziej zmarszczył brwi, przyglądając mi się uważnie. Schowany w cieniach Sag cisnął bekę życia. Już naprawdę dawno tak nie odpierdalał. Pacnąłem się dłonią w czoło, powoli zjeżdżając nią w dół i wznosząc jednocześnie oczy do nieba. Cóż, niestety w tym przypadku zamiast nieba, moje oczy spotkały się z mocno skonsternowanym wzrokiem Nivana, który w obecnym układzie, czyli on na piętrze, ja dwa stopnie niżej, jeszcze bardziej niż normalnie nade mną górował.
— Tak? — dawny znajomy, zdaje się, nie do końca wiedział, co zrobić z faktem, że słowa, które usłyszał, padły, gdy nie otwierałem ust, a jednocześnie na klatce zdecydowanie nie było nikogo poza nami. Wydawał się skonsternowany. Demon całkiem znośnie udawał mój ton głosu, naprawdę szło się nie połapać, że to nie ja się odezwałem.
— Zdecydowanie nie — burknąłem, ale ciszej, niż odezwał się znowu demon.
— Ależ oczywiście, całą noc nie spałem przez ciebie!
Ty mały, gadzi chujku...
— Dobra, koniec tych żartów — podniosłem głowę i zobaczyłem minę Nivana. Uśmiechał się lekko, unosząc brew pytająco. Założyłem ręce na piersi, próbując nabrać dystansu i odzyskać kontrolę nad tą rozmową, bo to wszystko zaczynało iść w totalnie złą stronę. — Jestem w pracy, serio przywiozłem tylko paczkę.
— Serio nie spałeś — to nie było pytanie.
— Nie. Ale przez kumpla, nie ciebie — w sumie nie wiem, po co to dodałem. Było to zupełnie zbędną informacją. Jakbym się tłumaczył. Kurwa. — Spoko, przywykłem — dodałem, widząc jakiś ślad zmartwienia na jego twarzy. Natychmiast się za to skarciłem. Zajebiście, teraz to zabrzmiało jeszcze gorzej. Gratulacje, Eirik. — W kaaaaaażdym razie jadę dalej! — zasalutowałem mu, odwróciłem się i zszedłem pół piętra, zanim znowu go usłyszałem.
— Dalej grasz w siatkę?
Wzruszyłem ramionami, podnosząc na niego wzrok.
— Czasem. Rzadko.
— Może byśmy się zgadali na jakiś wspólny mecz?
Chciałem naprawdę już iść. Po prostu byle szybciej skończyć to, co na dzisiaj musiałem zrobić i wrócić do domu.
— Czemu nie. Możesz pisać, kiedy masz wolne, to dogadamy — opierając się o barierkę pomachałem mu jeszcze, zanim zniknąłem za kolejną kondygnacją schodów. — To pa!
***
Serio napisał.
Siedziałem właśnie na kanapie w swojej kawalerce, podduszając Saga za to wszystko, co dzisiaj wygadywał bo na podrywaniu Nivana nie skończył, z biegiem dnia było tylko gorzej, kiedy z telefonu wydobył się dźwięk przychodzącej wiadomości. Nie puszczając demona, sięgnąłem po urządzenie, żeby odczytać. Tym razem upewniłem się, że gadzisko nie dostrzeże treści wyświetlającej się na ekranie. Starczy mu tych atrakcji. Teraz niech on pocierpi.
Wymieniliśmy ze starym znajomym kilka niezobowiązujących wiadomości, na których końcu ostatecznie udało się wybrać termin, który pasował nam obojgu i w jakim Nivan wiedział, że sala, z której korzystał ze znajomymi, będzie wolna. Zablokowałem ekran i puściłem w końcu Saga, który od dobrych kilku minut na mnie złorzeczył.
— Spróbuj jeszcze raz coś przy nim palnąć, to cię oskóruję — syknąłem, zbliżając twarz do węża.
— Serio ci się podoba? — Saga zdecydowanie trudno było do czegokolwiek przekonać. Groźby też nic nie dawały, nigdy nie przestałem jednak próbować. Czasami miewał łaskawy humor. Czasami...
— Nie — wstałem gwałtownie, nagle uznając, że w sumie zrobię sobie obiad. Z kanapy do blatu pseudo kuchni miałem dwa kroki. Wyjąłem z szafki jedną z zupek instant i wstawiłem wodę w czajniku. — Po prostu znał mnie zanim poznałem ciebie i chciałbym, żeby chociaż, kurwa, on nie musiał wysłuchiwać twojego pierdolenia.
Zasyczał zadowolony, zanim schował się pod kanapę, co nie zwiastowało niczego dobrego.
***
Dwa dni później przyszedłem na salę, której adres Nivan podał w wiadomości. Nieco za szybko. Nieco bardzo za szybko, bo okazało się, że wejście jest jeszcze zamknięte. Westchnąłem i, założywszy ręce na piersi i chowając nos pod szalik, oparłem się plecami o ścianę budynku przy drzwiach. Czekałem tak chwilę, zanim w końcu pojawił się Nivan. Też przed czasem. W sumie ciekawe, ilu znajomych udało mu się ogarnąć, żeby grali z nami.
— Hej — uśmiechnąłem się do niego na powitanie.
Nivan?
1838 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz