30 stycznia 2026

Od Eirika cd. Nivana

Tw: zażywanie towarów wyskokowych
— Ty, bo zgubiłem rachubę... Który to już raz w tym tygodniu?
Odruchowo wbiłem podeszwę glana w miejsce, gdzie na moment z rzucanego przeze mnie cienia wychynął obrzydliwy, wężowy łeb demona. Niestety, nie zdążyłem trafić. Rozpłynął się, zlewając z bezsłonecznym plackiem u moich stóp. Zirytowany, wepchnąłem ręce w kieszenie jeansowej katany i splunąłem w miejsce, skąd Sag jeszcze przed chwilą dał znak życia.
Nie wiem jeszcze jak, ale przysięgam, kiedyś ukręcę mu tę durną łepetynę.
— Pfff, zero kultury. Nic dziwnego, że ta przemiła dama uciekła przed tobą z wrzaskiem — tym razem się nie pokazał. Jego głos jednak, jak zawsze, rozbrzmiał wyraźnie.
Ta jakże miła pani zostawiła mi palący ślad swojej otwartej dłoni na policzku. Dawno nikt mi nie zapodał takiego plaskacza. Kobieta zdecydowanie mogła się pochwalić niezłą krzepą. Albo prowadziła ją adrenalina.
Na pewno chciała być miła, poprawić z drugiej strony, żeby twarz mi równo puchła... Bo jak ten debil uznałem, że nie zostawię jej na pastwę jakiegoś szemranego typa przyciskającego ją do ściany w przypadkowej, bocznej uliczce. Krzyczała o pomoc.
— Oj, nieźle ta twoja buźka wygląda. Chodźmy gdzieś, gdzie wydają ordery za popisowe blokowanie ciosów twarzą. Na pewno cię odznaczą.
— Coś ci się repertuar obelg kończy — warknąłem przez zaciśnięte zęby, ruszając się w końcu z miejsca. Bez sensu było tu stać, jeszcze przerażona kobieta znajdzie jakiegoś policjanta na patrolu i na mnie doniesie. Trzeba się było stąd zmywać, byle szybciej.
— Bo nudny jesteś, non stop popełniasz te same błędy — demon udał, że głośno ziewa, ale że demony jego pokroju nie ziewają, poza tym ciężko o mocny efekt, jak się boi wyściubić nosa z cieni, to dźwięk średnio ziewanie przypominał. Bardziej jakieś dziwne, zupełnie teatralne jęko-prychnięcie. — Zrobiłbyś w końcu coś ambitnego, bo umrę niedługo z nudów.
Wbiłem wzrok w zaśnieżony chodnik pod stopami, wychodząc na główną ulicę. Przed oczami wciąż miałem moment, gdy podszedłem do gościa, napastującego tę dziewczynę, od tyłu i klepnąłem go w ramię. Odwrócił się natychmiast, puszczając ją, a ja wręcz odruchowo wyprowadziłem szybki, zwięzły prawy prosty w jego nos. Chrząstka chrupnęła pod moją pięścią, gościa dosłownie zalała krew no i... Nie sądziłem, że mi odda tak szybko. Nie trzymałem gardy. Dosłownie w ostatniej chwili odwróciłem nieco głowę, dzięki czemu nie skończyłem tak samo jak on z połamanym nosem.
Kolejne ciosy już zablokowałem, skutecznie wyprowadziłem też kilka kolejnych i ku mojemu zaskoczeniu facet dość szybko dał za wygraną. Gdy uciekł w głąb uliczki, zdążyłem dosłownie zerknąć na osobę, którą w końcu, zdaje się, bądź co bądź uratowałem przed co najmniej nieprzyjemnościami, zanim...
Zboczeniec.
Westchnąłem, przypominając sobie, jak wykrzyczała mi to prosto w twarz zaraz po tym, jak mnie spoliczkowała. Że też akurat mnie w tej sytuacji się oberwało. Naprawdę niczego od niej nie chciałem. Próbowałem być miły. Tylko tyle!
Sięgnąłem po telefon do tylnej kieszeni spodni, żeby jeszcze raz odczytać wiadomość, którą dostałem z samego rana i upewnić się co do miejsca oraz godziny spotkania. Westchnąłem, łapiąc bezwiednie za luźne kosmyki, które wymknęły się z niedbałego koka, skleconego naprędce przed wyjściem. Wieczorem moja twarz przybierze już na bank kolor zbitej śliwki. Ależ będę się prezentował...
Zadrżałem, niespodziewanie zaatakowany przenikliwym chłodem. Schowałem telefon i opatuliłem się szczelnie kataną.
— Ale jest z-z-zimno — mruknąłem do siebie, ale czający się przy mnie Sag oczywiście musiał uznać, że to było do niego.
— Boś się ubrał jak debil, to zimno — prychnął z wyższością. — Śnieg wszędzie leży, a ty w jakiejś nędznej narzutce, bez czapki... Dobrze, żeś w klapkach nie wyszedł — popełnił błąd, bo przy tych słowach wychylił znowu tę swoją wężową głowę z cieni. Zirytowany, zamierzyłem się, żeby sprzedać mu kopa.
Błąd. Nie przemyślałem, że pod tym pięknie wyglądającym białym gównem może znajdować się śmiertelna pułapka na nieuważnych przechodniów. Bieżnik buta nie wyrobił i ten pojechaaaaał w siną dal na lodzie. Ciało nie nadążyło ze złapaniem równowagi na zdradliwej powierzchni, nie miałem się czego przytrzymać. Rękoma zamłóciłem w powietrzu jak debil, zamiast po prostu zamortyzować upadek. Demon, w którego mierzyłem i przez którego to wszystko się w ogóle wydarzyło, z chichotem ponownie się już schował.
Rąbnąłem pośladkami o chodnik.
Zmełłem w ustach przekleństwo. No tak, niech jeszcze na dupie zrobi mi się siniak. Tak, tego właśnie mi w życiu brakuje  do pełni szczęścia.
Złorzecząc, na czym świat stoi, pozbierałem się z ziemi, otrzepałem pobieżnie ze śniegu i spojrzałem na ekran ponownie wyciągniętego z tylnej kieszeni telefonu, żeby sprawdzić, czy przeżył tę popisową wywrotkę. Odetchnąłem z ulgą, gdy urządzenie okazało się całe i normalnie dało się odblokować. Zdecydowanie nie miałem w tej chwili pieniędzy na kupowanie nowego, a trochę lipa być zupełnie bez kontaktu ze światem. Szczególnie, że telefon służył mi nie tylko jako urządzenie do dzwonienia, ale także robiło za router w mieszkaniu.
Wziąłem głęboki wdech, starając się pozbierać dumę z podłogi. Plus tej sytuacji był taki, że przez nagły skok adrenaliny zrobiło mi się gorąco. No właśnie... Zakupy. Po to w ogóle wyszedłem z domu, ubrany jakby była wczesna jesień, a nie środek zimy, w dodatku — śnieżnej zawiei. Tymczasem zrobiłem, zdaje się, wszystko, poza kupieniem sobie obiadu.
Ponownie wsadziłem ręce w kieszenie po czym, stąpając ostrożnie, ruszyłem w kierunku osiedlowego sklepiku, do którego powinienem był trafić bez żadnego zbaczania z trasy od samego początku. Może wtedy nie skończyłbym cały siny i obolały.

***

Twarz i pośladki nieustannie pulsowały bólem, przypominając o przedpołudniowych wydarzeniach. Niby przyłożyłem do policzków po drodze śnieg, a po powrocie do wynajmowanego w tej chwili mieszkania lód, ale na niewiele się to zdało. Z lustra, przeraźliwie zmęczonymi oczami, spoglądała na mnie moja sina facjata. Westchnąłem ciężko, otwierając gwałtownie szafkę, w której trzymałem kosmetyki.
Pierdolone dobre chęci, jak zawsze jedyne, co mogę zrobić, to wsadzić je sobie w dupę.
Podkład nie podołał. Co prawda i tak było lepiej, niż bez niego, ale w niektórych miejscach mimo moich usilnych prób zatuszowania tego różnymi kombinacjami, dalej widoczne były fioletowo-czerwone plamy. Cóż... być może nie będzie się to rzucać w oczy w półmroku panujących w barze. Mimo to zirytowany, sięgnąłem po telefon, który w czasie moich przygotowań balansował na krawędzi umywalki. Nie wiem, który już raz, sprawdziłem adres, jaki podał Aiden. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, dlaczego. Zazwyczaj nie pchaliśmy się w ścisłe centrum Deiranu, szczególnie znając upodobania mężczyzny i reszty towarzystwa do wszelkiego rodzaju używek. Sam nie korzystałem, natomiast zdawałem sobie sprawę z tego, jak trudno się wykpić w przypadku przyłapania przez służby, jeśli się bywa z takim towarzystwem. Zawsze rozsądnie wybierali lokale, gdzie albo znaliśmy zatrudnionych barmanów, albo byliśmy pewni, że nie tylko ktoś od nas może sięgnąć po towary wyskokowe.
— Masz minę jak srający kot na pustyni — Sag'thulith nagle się zmaterializował pod swoją wężową, ulubioną postacią, wypełzając z odpływu w umywalce. Wspiął się po mojej ręce, którą opierałem się o szafkę, żeby owinąć się wokół mojej szyi. Wzdrygnąłem się, gdy cienki, gadzi język smyrnął mnie w ucho, tak blisko przysunął do niego głowę. — Na chuj tam idziesz, skoro się boisz.
Zamarłem na moment. Robiłem tym demonowi zaiste dużą przyjemność, wszak jego uwaga trafiła w sedno, a o to mu chodziło. Jednak udawanie 24/7 przed nim czegokolwiek już dawno zrobiło się zbyt męczące, by zawracać sobie tym głowę. Westchnąłem. Zadowolony z siebie Sag nie zauważył, że moja ręka się do niego zbliża.
Złapałem mocnym, pewnym chwytem głowę demona między kciuk a palce wskazujący i środkowy. Syknął oburzony, gdy go lekko poddusiłem, odrywając od siebie. Odsunąłem od siebie, patrząc na niego z nieskrywanym obrzydzeniem wymalowanym na twarzy. Długie ciało węża próbowało owinąć się wokół mojego przedramienia, jednak nie pozwoliłem na to. Puściłem go tak samo nagle, jak wcześniej złapałem, przez co wąż upadł na podłogę. Powinien uderzyć w kafelki z lekkim stukiem, jednak nie było to prawdziwe zwierzę. Nie wydał więc żadnego odgłosu, poza wściekłym sykiem, po czym popełzł schować się pod pralką. Zgrzytnąłem zębami. Typowe.
Przebrałem się, odpisując w międzyczasie na parę wiadomości Aidena i Lex, którzy od rana non stop mnie nimi zasypywali. Było to irytujące. Potrzebowałem jednak zachować pozory, żeby po raz kolejny nie skończyć zupełnie sam jak palec, jedynie z wkurwiającym demonem przy nodze. Może łatwo przychodziło mi zjednywanie sobie ludzi, jednak przy dłuższej znajomości prędzej czy później zawsze kończyło się tak samo. W zasadzie mnie samemu trudno było ze sobą wytrzymać, a co dopiero innym.
Mój wzrok powędrował odruchowo do nieznacznie ciemniejszej plamy, usytuowanej w kącie głównego i jedynego poza łazienką pomieszczenia kawalerki. Nie miała wyraźnych konturów, gdyby nie to, że wiedziałem, czego szukać, pewnie sam bym jej nie zauważył. Od czasu do czasu słyszałem gdzieś stamtąd dźwięk pociągania nosem, chociaż byłem pewny, że nie było tu poza mną żadnego człowieka. Obecność ducha w tak bliskim sąsiedztwie Sag'thulitha było co najmniej dziwne, a jednak — ten cień siedział tam już od kilku dni, pociągając nosem. Szło zwariować. Do tej pory obydwoje z demonem udawaliśmy, że nic nie widzimy. Niemniej, jeśli duch sam się stąd nie zabierze, trzeba będzie znowu się przenieść. Nie miałem ochoty na kolejnego, niechcianego lokatora.

***

— Eirik?
Zaskoczony spojrzałem na barmana, na moment łapiąc z nim kontakt wzrokowy. Szybko jednak uciekłem wzrokiem, drapiąc się nerwowo po karku. Co jest, kurde...
— Tak...? — nie byłem pewny, czy powinienem na to reagować, ale zwyciężyła ciekawość. Może i ci za mną darli się nadzwyczaj głośno, jak na skromną ilość ludzi w lokalu. Słyszeliby się doskonale nawet ściszając głosy o co najmniej pół tonu. Może wymówili kilka razy moje imię. Poza Aidenem i Lex przyłączyło się do nas jeszcze parę osób, które znałem raczej kiepsko, ot, od czasu do czasu mieliśmy okazję spotkać się w podobnych okolicznościach, może jedynie w bardziej podłych melinach. Mimo to dziwnym było, że ktoś zupełnie przypadkowy to wyłapał i jeszcze zapamiętał. — Zna-
Aiden zawiesił mi się na szyi, sprawiając, że odruchowo zgarbiłem nieco ramiona i przerwałem w połowie słowa. Szlag. Usłyszałem skądś chichot Saga.
— Już masz wybrane te drinki? Ile można czekać — Aiden zgromił wzrokiem barmana, słowa kierując jednak do mnie, na co zmarszczyłem brwi. — To tylko alkohol, wszystko smakuje tak samo, pośpiesz się.
— Ai ai, kapitanie — uśmiechnąłem się lekko, prostując się i składając w końcu zamówienie. Czerwonowłosy barman skinął tylko głową i zaczął przygotowywać zamówienie. Gdy czekaliśmy na drinki, stojący przy mnie mężczyzna sięgnął, żeby odgarnąć mi puszczone luźno pasma włosów z twarzy. Zbliżył usta do mojego ucha i szepnął:
— Kto to jest? — przyciągnął mnie przy tym bliżej do swojego boku. Dlaczego miałem wrażenie, że ten gest był zaborczy?
— Bladego pojęcia nie mam — odpowiedziałem. Chciałem przyjrzeć się uważniej obcemu mężczyźnie z nadzieją, że może jednak przyjdzie mi do głowy, kto to może być, ale gdy tylko postawił przed nami szklanki, Aiden zabrał drinki i odciągnął mnie od baru z powrotem do stolika, który wcześniej zajęliśmy wraz z resztą. Gdzieś w połowie drogi spojrzałem przez ramię, by jeszcze raz spojrzeć na mężczyznę.
Nie, zdecydowanie go nie kojarzyłem.
Usiadłem na swoim miejscu między Lex i Aidenem, odebrałem od mężczyzny drinka i upiłem łyka. Racja, alkohol jak alkohol. Czyli znowu marketing robi nabywcę w chuja, bo napis na butelce wszem i wobec głosił, że jest to trunek dla najbardziej oddanych smakoszy dobrego alkoholu. Tymczasem smakowało tak samo parszywie, jak zawsze. Skrzywiłem się lekko.
I po co to wszystko...
Nie miałem dzisiaj humoru, chociaż, mam nadzieję, dość skutecznie to ukrywałem. W każdym razie, świętująca awans w pracy Lex stawiała dzisiaj większość kolejek. Stąd też wybór lokalu — chciała pójść z tej okazji gdzieś, gdzie jest bardziej fancy, niż tam, gdzie chodzimy zazwyczaj. Wszyscy pozostali byli w nadzwyczaj dobrych nastrojach, szczególnie Aiden, który w którymś momencie położył mi dłoń na udzie. A ja jej nie zrzuciłem. Nie można powiedzieć, żebym na ten gest odpowiedział przychylnie, ale też nie protestowałem, co pewnie dodało mu pewności siebie, bo z każdą chwilą, gdy rozmawialiśmy z pozostałymi, jego dłoń co jakiś wędrowała coraz wyżej.
W zasadzie...
Ostatecznie jednak nic więcej z tego nie wyszło, zaprzepaszczając moją szansę na choć chwilowe oderwanie się od rzeczywistości, bo pod stół wjechał towar. Co prawda dopiero grubo po północy, gdy w lokalu zrobiło się nieco tłoczniej, ale ech... No naprawdę.
Chcąc nie chcąc poszedłem za nim i dwoma innymi facetami do toalet, głównie zamierzając pilnować, żeby Aiden nie przesadził. Nie byłby to pierwszy raz, gdy spuszczony z oka odstawia popisowe wręcz, przypałowe akcje. Wolałem dmuchać na zimne, szczególnie w tak renomowanym miejscu.
Gdy tylko zniknęliśmy za winklem, popchnął mnie na ścianę, przyciskając do niej całym ciałem. Podniósł mój podbródek i pocałował namiętnie. Przymknąłem oczy, próbując zatracić się w tym doznaniu. Mężczyzna odsunął się jednak zdecydowanie za szybko, ciągnąc mnie za sobą, by dołączyć do pozostałej dwójki zainteresowanych towarem wyskokowym.
No tak, priorytety. Czyli jak zawsze.

***

To, że nie zostali przyłapani na ćpaniu, można chyba uznać za sukces. Wyszliśmy w zasadzie tuż przed zamknięciem, o dziwo większość na własnych nogach.
Tylko Aidena musiałem stamtąd wyciągnąć. Uwiesił się na mnie, półprzytomny przez to wszystko, co w siebie tego wieczora władował. Do pewnego momentu złapał chyba niezłą fazę, ale potem coś sobie dołożył i skończył, jak skończył — ledwo trzymając się na nogach. Gdy wychodziłem, przytrzymując Aidena jedną ręką w talii, drugą trzymając jego zarzuconą przez moją szyję, żeby się nie zsunęła, czułem na sobie spojrzenie czerwonowłosego barmana. Skrzywiłem się lekko, ale odwróciłem, żeby posłać mu promienny uśmiech i pomachać szybko, zaraz wracając do przytrzymywania cięższego ode mnie mężczyzny. Skinął mi głową. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał, albo coś go martwiło...
Co jakiś czas tej nocy łapałem z nim kontakt wzrokowy, ale dalej nie potrafiłem połączyć kropek dlaczego właściwie tak intensywnie mi się przyglądał. Na bank go nie znałem. Byłem pewny.
— Aiden, żyjesz? — znajdowaliśmy się już kawałek od lokalu. Potrząsnąłem mężczyzną, starając się nieco go ocucić. Zaczynał mi już naprawdę ciążyć, obawiałem się, że nie dociągnę go do jego mieszkania.
W odpowiedzi jęknął tylko coś niezrozumiale.
Wzniosłem oczy do nieba, błagając wszechmoc o cierpliwość.
— Nie pomożesz, co nie? — rzuciłem niby w eter, ale Sag doskonale wiedział, że zwracam się do niego. Wychynął z bocznej uliczki, którą właśnie mijaliśmy.
— W sumie zabawnie się na ciebie patrzy, także podziękuję — rozbawienie było wyraźnie słyszalne w głosie demona. Westchnąłem, poprawiając rękę kumpla na swojej szyi, bo zaczął mi się cały osuwać. — A, podkład ci się rozmazał i sińce ci prześwitują. Pięknie wyglądasz. Tylko zrobić zdjęcie i dać na okładkę jakiegoś magazynu.
Poddałem się. Wciągnąłem mężczyznę w uliczkę, z której wylazł Sag, i ułożyłem w pozycji półleżącej pod ścianą. Uwolniwszy ręce od jego ciężaru, sięgnąłem po komórkę, żeby sprawdzić godzinę. Po czwartej. Niedługo zacznie jeździć komunikacja miejska, może uda mi się go dociągnąć stąd na przystanek. A może, jeszcze lepiej, do tego czasu nieco zejdzie z niego, cokolwiek dał sobie w żyłę, i będzie mógł po prostu sam wrócić do domu.
Zdjąłem z siebie kurtkę i przykryłem półprzytomnego mężczyznę, żeby nie zamarzł. Odsunąłem się od niego szybko i przykucnąłem pod przeciwległą ścianą, opierając się plecami o lodowaty mur. Szlag by to jasny... Mogłem więcej wypić, przynajmniej nie umierałbym teraz z nudów. Może byłoby mi też cieplej. I może w ogóle nie czułbym potrzeby przejmować się tym, co stanie się z tym idiotą.
Siedzieliśmy tak sobie, ja marznąc i ciesząc się w duchu, że chociaż śnieg przestał padać, Aiden egzystując w tym swoim naćpanku, gdy nagle usłyszałem czyjś głos dobiegający od strony drogi, którą przyszliśmy tu z baru. Chyba kilka pierwszych słów zupełnie zignorowałem, pewny, że to po prostu jakiś zbłąkany duch czegoś ode mnie chce, bo Sag schował się gdzieś, gdzie nie może go wykryć. Dopiero po dłuższej chwili przechyliłem głowę, by spojrzeć w tamtą stronę. Konkretnie: gdy usłyszałem, jak wypowiada moje imię.
Czerwonowłosy barman. Teraz, gdy na nieco dłużej zatrzymałem na nim wzrok, dostrzegłem, jak jest przystojny. Wysoki, umięśniony... Musiał sporo pracować na osiągnięcie takiej sylwetki. Uśmiechnąłem się leniwie, pozwalając grzywce opaść mi na oczy. Zamrugałem parę razy, żeby wyostrzyć wzrok. Było mi przeraźliwie zimno, zdaje się oczy w takich warunkach za dobrze nie pracują, bo pojawiły mi się przed nimi czarne plamki. Już miałem wstać, żeby jednak nie zasnąć tu razem z Aidenem, ale nagle coś na mnie opadło, przynosząc ze sobą przyjemną barierę od panującego mrozu.
— Dlaczego siedzisz tu w krótkim rękawie? — zapytał barman.
— Hmm... A co cię to w zasadzie obchodzi? — patrzyłem z zaskoczeniem na kurtkę, którą mnie okrył. Niespotykany gest dobroci naprawdę zbił mnie z tropu.
— Zamarzniesz — spojrzał na Aidena, który mamrotał akurat coś do siebie pod nosem. — Co mu się stało?
— A, źle się poczuł — odgarnąłem sobie włosy z oczu i westchnąłem, wstając w końcu. Wyciągnąłem kurtkę mężczyzny w jego stronę, żeby mu ją oddać, ale ten się nie poruszył. Zaśmiałem się niezręcznie. — Dzięki za troskę, ale teraz to ty stoisz w krótkim rękawie. Serio, nie musisz mi pomagać. Nawet mnie nie znasz.
Mężczyzna zmarszczył brwi i rzucił mi spojrzenie z byka, a wtedy coś zaczęło mi świtać... Ale cokolwiek pojawiło się w mojej głowie, zaraz zniknęło. Wychłodzony mózg zdecydowanie kiepsko pracuje.
— Eirik Skugge, prawda? — wypalił czerwonowłosy. Zamrugałem, zaskoczony. Po nazwisku na pewno nikt w barze mnie nie wołał. Podejrzewałem, że część osób z mojego towarzystwa nawet go nie znała. Skinąłem powoli głową. — Nivan Dixon — wskazał na siebie z miną, jakbym teraz powinien wszystko zrozumieć. Natomiast wcale tak nie było, oj nie. Widząc mój uprzejmy uśmiech mówiący, że nie mam, kurwa, pojęcia, o czym on mówi, zacisnął szczękę w wyrazie irytacji. — Chodziliśmy razem do podstawówki.
Hm... Zamierzchłe czasy... Nivan Dixon... Nivan... Niv...
— Aaaaaaaaaaaaaa... — wciąż trzymając między nami jego kurtkę, uśmiechnąłem się promiennie. Chociaż, wraz z imieniem i, faktycznie w jakimś stopniu podobną, facjatą mężczyzny, do głowy napłynęły mi zaiste nieprzyjemne wspomnienia czasu w moim życiu, kiedy nie za bardzo radziłem sobie z życiem. Nie, żeby teraz było jakoś szczególnie lepiej, natomiast... — No tak. Nivan. Sory, nie poznałem. Trochę lat minęło — odruchowo ponownie przeczesałem włosy, starając się ukryć zmieszanie. Nieszczęsna kurtka dalej tkwiła w mojej wyciągniętej w jego stronę dłoni. Potrząsnąłem nią lekko, znacząco. — Ymm, możesz już ją wziąć...
— Jesteś cały siny, ubieraj ją — powiedział nieznoszącym sprzeciwu tonem, na co cały się wewnętrznie zjeżyłem. Wyprostowałem się, starając się jednocześnie przybrać wyraz twarzy, który dosadnie przekona dawnego znajomego, żeby jednak dał sobie spokój. I wtedy, ku mojemu zaskoczeniu, w końcu po nią sięgnął.
Już miałem odetchnąć z ulgą, ale nie. Oczywiście, czego innego można się było spodziewać po tym zawsze idealnym Nivie. Powinien po prostu odpuścić i sobie pójść.
Zarzucił mi swoją kurtkę na ramiona i mnie nią opatulił.
— Gdzie szliście? Pomogę ci z nim. Jest lodowato, zamarzniecie tu — powiedział, nie zważając na mój, zapewne bardzo w tej chwili głupi, wyraz twarzy. Odwrócił się i podszedł do Aidena, którego już chyba puszczało, bo zaczął się nieco poruszać. — Twój chłopak? — zadał to pytanie, nie patrząc na mnie.
— Nie, znajomy — ale w sumie co go to, do cholery, obchodziło?! I dlaczego mu odpowiedziałem??? — Poradzę sobie sam, serio. Daj spokój. I zabierz swoją kurtkę, bo zaraz będziesz chory — bo pachnie tobą. Z jakiegoś zupełnie dla mnie niezrozumiałego powodu bardzo mi się ten zapach podobał. Wręcz za bardzo... Lepiej było się jej pozbyć.

Nivan?

3100 słów
hell yeah

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz