7 stycznia 2026

Od Aliny – Zimowe Włamanie (Wigilia)

Życie jest tak samo ważne w każdym miejscu. Nieważne, czy mieszkasz w dużym mieście i robisz wielką karierę – czy mieszkasz na wsi i sukcesem jest dla ciebie odśnieżenie podwórka.
To nie jest ważne. Ważne jest to, jak się czujesz. A to, jak się czujesz, zależy tylko od Ciebie.
A czuła się smutno. Nie jakoś bardzo, ale smutno.
Oczywiście gdyby nie wszechobecne wszędzie światła, światełka, ozdoby i ozdóbki ryczące: Last Christmas!!!, to udawałaby przed samą sobą, że nic się nie dzieje. Skupiłaby się na swojej pracy, której obowiązki obejmują jakże apetyczne grzebanie w jelitach zmarłych, może pomarudziłaby trochę ze współpracownikami na jesienno-zimową chandrę, poszłaby na kilka rozpraw sądowych i w ogóle to świetnie by się bawiła. Ale nie, musi być zima i ten nieszczęsny czas w roku, gdy wszyscy wokół trajkoczą o planach na Zimową Noc i Sylwestra, a pracodawcy dają niedorzecznie dużo wolnego. 
– A ty Alina, jakie masz plany Sylwestrowe? – pytali ją nieśmiało.
Odpowiadała, zgodnie z resztą z prawdą, że wybiera się ze znajomymi na organizowaną na sali całonocną imprezę. Na szczęście mało kto pytał o wyjazdy związane z Zimową Nocą, było to uznawane za znacznie mniej pasjonujące – oczywistym było, że każdy odwiedzał swoje rodziny.
Otóż nie Alina.
Nadejściu na świat Alinory Starson towarzyszyła zima stulecia, która skuła lodem cały szlak prowadzący do nieskromnej, rodzinnej posiadłości na wsi. Z tego też powodu akuszerka nie zdążyła przybyć na czas, czarownica Amara Starson rodziła więc swoją córkę przez paręnaście godzin w bólu, oświadczając na koniec, iż to jej ostatnia ciąża. Gdy malutkie niemowlę wyszło z jej łona, nie przywitał jej radosny okrzyk matki ani ciepłe, ojcowskie dłonie – tylko chłód, który wkradł się do pomieszczenia przez szparę w oknie. Nie od razu było widać, że z dzieckiem coś jest nie tak. Co prawda nie zakwiliło, ale było różowiutkie i ciepłe. Matka najwyraźniej jednak wiedziała coś, czego nie wiedzieli jeszcze inni. Zdziwiona służąca zabrała niemowlę sprzed oczu pani domu, która z nieobecnym wzrokiem tuliła do piersi swojego dwuletniego pierworodnego, dziedzica majątku. Dziewczynka praktycznie została wychowana przez mamkę.
Gdy w wieku 11 lat ugryzła gnębiącą ją w szkole dziewczynę, stosunek matki wobec niej zmienił się z neutralnego na chłodny. W późniejszych latach nigdy nie szukała aprobaty u matki, której nie interesowało już ani samopoczucie córki, ani czuwanie nad jej rozwojem magicznym. Ojciec, gdy nie podróżował biznesowo (jak podczas porodu córki) obdarzał ją drogimi prezentami i czasem nawet zabierał na wycieczki, dzięki czemu Alina szybko poznała inne miasta i kraje. Zadbał także o jej wykształcenie świeckie i chciał uczyć ją magii, czemu towarzyszyła ostra rodzinna sprzeczka – stojąca wtedy na schodach dziewczynka podsłuchała, że jest "abominacją, która nie powinna władać mocą". Nie uczyła się więc arkanów magicznych. Ojciec na swój sposób kochał ją, będąc przeciwnością obojętnej matki, ale nigdy nie skomentował zachowania małżonki ani nie próbował na nie wpływać. 
Zdarzało się jednak, że w okresie świątecznym rodzicielka opuszczała swój mur wobec córki i okazywała jej odrobinę życzliwości. Jechały wtedy do miasta zamówić nowe sukienki, wybrać nowe obrusy i ozdóbki świąteczne, a w domu roznosił się zapach wspólnie pieczonych pierników oraz zimowych świeczek. Choinka i wszelkie ozdoby świetlne domu to była zawsze działka taty i brata, one z mamą dbały o drobiazgi typu stroik oraz przekąski (resztę dań w pocie czoła przygotowywały służące). Mimo że było ich tylko czworo, pod drzewkiem zawsze była sterta prezentów. 
Święta Zimowej Nocy były dla Aliny przez wiele lat czasem radości. Nadeszły jednak lata, w których matka zaczęła siadać do świątecznego stołu w starych sukienkach, niewymieniane obrusy zaczęły się wycierać, zapach pierników został zapomniany, a wszystkie świeczki zostały wypalone. Ojciec któregoś dnia spadł z drabiny, próbując założyć na czubek choinki drewnianą śnieżynkę, bo brat przestał przyjeżdżać, aby mu pomóc. Wkrótce i Alina nie miała po co odwiedzać posiadłości Moon Stars na wsi Starsellom, bo tydzień przed 57. Zimową Nocą w jej życiu pochowała rodziców w rodowej kaplicy. Czystej krwi czarownice nie były zwykle nieśmiertelne czy długowieczne, no chyba że eksperymentowały z niebezpiecznym rodzajem alchemicznego składnika, jakim był niezwykle trudno dostępny kamień filozoficzny. Alina jednak była czymś więcej niż czarownicą albo czymś mniej – była w połowie nieumarłą. Ściśle mówiąc nieumarłą, która umierała, ale bardzo powoli.

*

Nie pamiętała nawet, jak gęsta potrafi być noc, gdy nie rozpraszają jej światła latarni, mimo to było dość jasno za sprawą utrzymującego się w dużej ilości śniegu. Było go tak dużo, że musiała zostawić auto przy głównej drodze i resztę podróży odbyć pieszo, przedzierając się przez wysoki nad kolana biały puch. Brukowana droga, która się pod nim znajdowała, nie była w ogóle widoczna, ale na szczęście dobrze pamiętała, jak przebiega. Gdy dotarła do muru, zaczęła iść wzdłuż niego aż natrafiła na klamkę od furtki. Poczuła opór i uświadomiła sobie, że przez te tony śniegu nie otworzą się nawet na centymetr. Mur był zbudowany z kamieni, które wystawały co rusz na konstrukcji, dzięki czemu łatwo było się na niego wspiąć. Lecz nie zimą. Poślizgnęła się trzy razy, z czego za trzecim wylądowała w śniegu. Dom wyraźnie nie chciał jej obecności i utrudniał jej wejście jak mógł, ale z determinacją podjęła kolejną próbę. Gdy udało jej się wdrapać na szczyt, nie przejmowała się powolnym schodzeniem i od razu zeskoczyła na dół.
– Auć, niech to! – syknęła, gdy jej prawa kostka przekrzywiła się boleśnie w zderzeniu z nierówną powierzchnią skrywającą się pod śniegiem. 
Lekko utykając, ruszyła w stronę kolumn skrywających wejście do posiadłości. Na jednym z rzeźbionych posągów, tuż przy drzwiach, siedział dziwny czarny kot. Nie spodziewała się na tym pustkowiu żywej duszy, więc na jego widok drgnęła lekko. Wydawał jej się znajomy, ale było to bardziej wewnętrzne przeczucie, niż logiczna myśl. Dziwnym było to, że kot znalazł się tu, z dala od zamieszkanych zabudowań, w taką pogodę. Postanowiła, że zajmie się nim później, i zaczęła szukać w kieszeni puchowej kurtki klucza. Kieszenie były puste. Musiał wypaść jej podczas przedzierania się przez zaspy, albo jak wychodziła z auta, albo... nie było sensu się nad tym roztrząsać. Klucza jak nie było, tak nie ma, a szansę na znalezienie go miała pewnie dopiero podczas odwilży. Rozejrzała się wokół, szukając innych dróg wejścia do środka – wiedziała jednak, że każde drzwi są solidnie zamknięte, ponieważ sama wydała takie polecenie. Zamknięte szczelnie okiennice śmiały jej się w twarz. Nagle usłyszała trzask, a następnie tąpniecie, jakby coś upadło miękko na podłogę. Z drugiego okna po lewej stronie od wejścia wysunęła się czarna głowa, która patrzyła na nią wyczekująco, mrugając kocimi oczami. 
– Jak ty tam się dostałeś? – zapytała czarnucha, nie spodziewając się żadnej odpowiedzi z jego strony.
Kot jedynie obrócił się, ukazując jej swój ogon, którym machnął raz, po czym zniknął we wnętrzu domu. Zeskoczyła z ganku na śnieg, który na szczęście był w tym miejscu twardy, dzięki czemu utrzymywał jej ciężar i mogła bez problemu podciągnąć się na parapet otwartego okna. Już po chwili znajdowała się w ciemnym salonie. Włączyła latarkę w telefonie i nawet nie zdążyła się dobrze rozejrzeć, gdy urządzenie się rozdzwoniło. Przyłożyła je do ucha, święcąc chaotycznie wokół.
– Starson przy telefonie.
– Dzień dobry, tu firma Marley&Scrooge. Dzwonię, ponieważ nasze czujniki wykryły ruch w posiadłości w Starsellom, kamery niestety są całe zaśnieżone...
– Tak, wiem. Proszę się nie przejmować, to tylko ja. W sumie dobrze, że pani dzwoni, ponieważ jedno z okien na parterze było otwarte.
– Oh, bardzo przepraszam, jeśli faktycznie tak jest. Wydaje mi się jednak, że nastąpiła pomyłka, plomby są nienaruszalne...
– Weszłam tym oknem do salonu. – rzuciła do biednej kobiety, która ewidentnie się zestresowała całą sytuacją. – Poza mną skorzystał jedynie kot, proszę się nie martwić i jak najszybciej wysłać kogoś do naprawy usterki. Dobrej Zimowej Nocy!
Rozłączyła się i powróciła do oglądania wnętrza, a gdy światło latarki padło przez sekundę na czarnego kota, mogłaby przysiąc, że blask przez niego przenikał. Zamrugała, zwalając to na zmęczenie, i podeszła do stołu. Wszystko było tak, jak to zostawiła wiele lat temu. Nadgryziony przez mole obrus zamiast biały, był już szary od kurzu. Złoty świecznik nadal miał w sobie parę świec, zapaliła je więc leżącymi obok zapałkami i pomieszczenie ukazało jej się co prawda w półmroku, ale już lepiej widoczne. Usiadła w wielkim, drewnianym krześle przy stole i spojrzała na trzy pozostałe, puste. W kącie nadal stała choinka, wyglądała jak dziwna rzeźba: bez igieł, pozostały na niej jedynie pojedyncze grubsze gałęzie, pień był spękany i łuszczący się, a u jego podnóża leżały roztrzaskane bombki oraz inne ozdoby. Abominacja choinki i abominacja czarownicy znalazła się w jednym pomieszczeniu. I był jeszcze dziwny czarny kot, który rozsiadł się pod nogami ostatniej Starsówny. 
– Wesołej Zimowej Nocy – szepnęła i zamknęła oczy, wyobrażając sobie, że mama wchodzi do pomieszczenia z ciepłymi piernikami, a tata razem z bratem stroją świeżo przywiezioną z lasu sosnę.
Sama nie wiedziała, czy to jej wyobraźnia, czy zalążki szaleństwa sprawiły, że faktycznie poczuła zapach ciasta piernikowego.
I tak trwali, aż pierwszy promień słońca nie odbił się od śniegu na zewnątrz, sprawiając, że zabłysł niczym drobinki diamentów. Dziwny czarny kot rozpłynął się w powietrzu, głowa śpiącej Starsówny poderwała się ze stołu, a choinka rozsypała się w pył. 

1477 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz