Rozwalony na fotelu, marzył już tylko, żeby ten dzień się skończył. Co tu się, myślał z ponurą miną, marszcząc brwi, opierając skroń na pięści, do kurwy nędzy wyprawia? Kiedy to się stało? Jak do tego wszystkiego doszło?
Znudzony przebiegiem obiadu, zaprosił Akirę na papierosa. Wyszli na patio, nie porozmawiali, bo tam, och, bagatela, jedynie zaatakował ich demon. Akira został ranny, bo stwierdził, że, o, nie-nie, nie wzywamy ochrony, on pójdzie się z nim napieprzać na gołe pięści tu i teraz, jak obaj stoją, w rezydencji Trevelyanów, w pobliżu gości, pracowników i rodziny. Gdy demon rozprawił się z Akirą, bo, młody mężczyzna, kto by się tego spodziewał, nie poradził sobie w pojedynkę i nieuzbrojony z rozszalałą bestią, poszedł na Cahira. Cahir, jako Dziedzic, Ulubiony Syn Ksandra, Wspaniały Młody Dżentelmen, już dawno nie tłukł się z nikim na pięści (wcale nie tak dawno, ale dowodów brak, świadkowie milczą, poza tym nikt, zwłaszcza Trvelyanowie, zwłaszcza Ksander, nie musieli o niczym wiedzieć). Gdyby nie Keyan Kalediah, magik z AUMu, Cahir miałby przejebane. Ale, na szczęście, rudy znajomy Ksandra poszczuł demonicznego lisa paroma urokami, spróbował go schwytać, ale demon, orientując się najwyraźniej, że nic tu po nim i zabawa się skończyła, spieprzył, nim Kalediah zdołał złapać go w sidła albo chociaż sensownie odciąć mu drogę ucieczki.
Potem? Lament i bieganina w prywatnej części hotelu, początki paniki wśród rodziny, histeria i krzyki Jezabel, ewakuacja dzieci należących do rodziny do lewego skrzydła posiadłości. Pilnowanie, by o incydencie nie dowiedział się nikt spoza kręgu, tym bardziej goście, tym bardziej przechodnie, TYM BARDZIEJ media. Ksander łaził wściekły, raz opierdalał ochronę, raz ściskał rękę Kalediaha, potrząsał nią agresywnie i dziękował mu solennie, Kalediah machał dłonią lekceważąco, sprzedawał mu czarujący uśmiech zawodowego magika, gadał, że, och, drobiazg, kto, jak nie on, całe szczęście, że odpowiednio wcześnie wyczuł obcą magiczną aurę i zdołał zareagować w porę. Ksander rozbawił Cahira nieco, gdy nieobecnym, nieco zirytowanym tonem (zapewne bardziej całą sytuacją niż czarodziejem, ale nadal), odmruknął mu pod nosem „tak, niesamowite”. Jezabel wyrywała włosy z głowy, Leonis wzdychał i wywracał oczami, Ksander raz był przerażająco spokojny, innym razem się wściekał, co trochę doskakiwał do Cahira z „gadaj jeszcze raz, co tam się wydarzyło dokładnie?”. Cahir odpowiadał, za każdym razem krócej, mniej cierpliwie, coraz mniej przyjaznym tonem, z coraz głębszym westchnieniem.
Co się stało z rannym dziedzicem klanu Miyoshi? Najpierw zajęli się nim wspólnie z magikiem. Kalediah, o ile dobrze Cahir zrozumiał, jakoby znał się nieco na medycynie. Cahir przyjął to do wiadomości, ale wątpił uprzejmie, bo jedyne, co magik zrobił, to ładnie pomachał nad nieprzytomnym ręką, wymruczał pod nosem coś w brzydkim, szeleszczącym języku i, ot, cała medycyna. A potem? Wezwano Wiktora, ich rodzinnego lekarza odwiedzającego hotel regularnie (i akurat, kolejnym szczęśliwym zrządzeniem losu, obecnie w nim przebywającego), czasem nawet w nim rezydującego, bo niektórzy Trvelyanowie, głównie ci młodsi, niektórzy chorzy przewlekle, inni po prostu chorowici, wymagali bardziej lub mniej regularnych wizyt specjalisty. Przeniesiono chorego do pokoju, dano mu łóżko, obaj lekarze, ten od medycyny i ten od „medycyny”, po przebadaniu nieprzytomnego, opatrzeniu go, w tym zabezpieczeniu rany na głowie, jednomyślnie uznali, że... oni bez badań nic nie stwierdzą, chłopak może mieć połamane żebra albo kręgi, powinien jechać na SOR. Najlepiej zaraz. Ksander złapał się za głowę, Cahir za usta, Jezabel jęknęła, rozgoryczona, już na granicy płaczu. Leonis nie drgnął. Może-zaraz-się-obudzi-i-sam-powie-co-mu-jest? Towarzystwo zgromiło go spojrzeniem, ale Cahir wiedział, że, rzeczywiście, dla rodziny najlepiej byłoby nigdzie nie jechać, mieszanie w całą sprawę obcych było ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowali.
Akira na szczęście przytomność odzyskał, medycy wykopali całe towarzystwo za drzwi momentalnie, a problem, przynajmniej chwilowo, rozwiązał się sam. Cahir, nie mając pomysłu, co ze sobą zrobić, usiadł na fotelu. I tak siedział. Zastanawiając się, jak do tego doszło, skąd wziął się tu ten pieprzony demon, gdzie podział się Medina, co z Akirą i kiedy Jezabel (która chyba właśnie przechodziła atak paniki, bo Kalediah kazał jej siedzieć w określonej pozycji i robić oddechy), trochę się uspokoi.
*
— Szczerze? — powiedział Cahir na dzień dobry, wślizgując się pokątnie do pokoju, w którym odpoczywał Akira, gdy tylko zobaczył, że Wiktor opuścił pomieszczenie. — Miło, że możemy sobie tutaj dalej plotkować, bo wyglądało to wszystko tak koszmarnie, a demon uderzył tobą o ścianę tak spektakularnie, że myślałem, że od razu zrobisz lotę na tamten świat.
Akira, z zabandażowaną skronią, półleżał na łóżku. Trzymał rękę na piersi, wyglądał blado, miał poobijaną twarz. Na słowa Cahira lekko się uśmiechnął. Jak na swój stan, zadziornie całkiem.
— Specyficznie ujęte podziękowania za pomoc i ochronę — spróbował się zaśmiać, ale szybko zrezygnował — ale nie ma za co. Co się stało z kitsune? Gdzie Medina?
— Uciekł.
Akira popatrzył bystro, uniósł brwi, jakby zdziwił się uprzejmie.
— Zdołałeś go przepędzić?
Cahir uśmiechnął się trochę krzywo.
— Przeceniasz mnie. Kalediah zjawił się w porę, zrobił swoje czary-mary. Potem możesz mu podziękować, pierwszy cię opatrywał.
— Czarodziej?
— Tak, znajomy Ksandra, ten rudy.
Akira przymknął powieki na znak zgody.
— Podziękuję mu.
Cahir podstawił sobie krzesło, usiadł obok.
— Przychodzę uprzedzić, że Ksander lada moment wyprawi ci tu przesłuchanie. Mnie już ciągnął za język, nie sądzę, żeby ci dzisiaj odpuścił, jest zbyt nakręcony. — Cahir splótł ręce na kolanie, stłumił westchnienie. — Ale, nie martw się, sprzedałem mu pean na twoją cześć, wie, jak bohatersko nadstawiłeś za mnie karku. Na moje: uwielbia cię, będziesz miał z nim teraz dużo łatwiej. Dostaniesz rekompensatę, myślę, że całkiem hojną. Rehabilitacja, naturalnie, na nasz koszt, straty moralne, jak się domyślasz, również. Jak cię czujesz? Co mówił Wiktor? — Zrobił pauzę, przesunął wzrokiem. — Nie będę kłamać, że nie wyglądasz gorzej niż sześć godzin temu.
919 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz