Gdy odrzucił już dwa budziki, jego telefon rozbrzmiał po raz trzeci, dając mu jasny sygnał, że zdecydowanie czas już wstawać. Cicho westchnął i podniósł się do siadu, zrzucając z siebie ciepłą kołdrę, przetarł dłońmi zaspaną twarz, odruchowo przeczesując swoje włosy do tyłu.
— Rozumiem, że każda żywa istota lubi spać, ale żeby wstawać dopiero przy trzecim budziku? — odezwał się nagle kot, który siedział naprzeciw mężczyzny, spokojnie wymachując swym długim czarnym ogonem. — Kiedyś faktycznie zaśpisz do pracy. — dodał, powoli zeskakując z łóżka.
— Gdybyś nie urządzał nocnej serenady do pełni księżyca, pewnie bym się wyspał. — odparł, odrzucając od siebie kołdrę, od razu stając na chłodnej podłodze. — Cholera... znowu piec się zaciął. — mruknął pod nosem, sięgając po czarny szlafrok z oparcia krzesła.
W kuchni nastawił ekspres na kawę, podstawiając swój ulubiony kubek. W międzyczasie postawił sprawdzić piec, który jak się okazało, faktycznie się zaciął. Ponowne jego uruchomienie rozwiązywało każdy problem i tak też uczynił tym razem, od razu czując przyjemne ciepło z pobliskich grzejników. Zbliżała się zima i zdecydowanie musiałby to naprawić, żeby pewnego dnia nie obudzić się w lodówce.
Gdy ekspres wydał swój charakterystyczny dźwięk zakończenia procesu, podszedł do urządzenia, od razu chwytając za kubek gorącej kawy. Usiadł wygodnie w fotelu, włączył swoją ulubioną muzykę w stylu starego rocka i powoli się budził, popijając swój ulubiony napój. Po kilku minutach jego poranną rutynę przerwał głośny dzwonek telefonu, przez co lekko się wzdrygnął. Nie lubił tego, gdy ktoś nagle przerywa tak ważny proces, jak picie kawy. Spojrzał na ekran urządzenia i widząc numer komendanta, cicho mruknął z zaskoczenia, bo bardzo rzadko do niego dzwonił na numer prywatny. Sięgnął po telefon i odebrał połączenia, wyłączając połączenie z domowymi głośnikami.
— Mercer, słucham. — powiedział, od razu upijając łyk kawy, bo wiedział, że za chwilę nie będzie miał czasu nawet jej dopić.
— Cześć. Domyśliłem się, że już nie śpisz... Wiem, że prace zaczynasz za jakiś czas, lecz jest nagła sprawa. Musisz od razu jechać na miejsce zbrodni. Są tam tylko żółtodzioby z nocki, które zabezpieczają teren. — wyjaśnił, biorąc ciężki wdech.
— Jasne, zaraz tam będę. — odpowiedział. — Jeszcze brakuje tego, żeby przypadkowe osoby zadeptały ślady. — dodał, marszcząc lekko brwi.
— Dokładnie. Wysłałem też dodatkowy patrol, ale nie wiem, za ile tam będą.
— Dobrze. Wyślij mi tylko adres w wiadomości.
Po zakończeniu połączenia odłożył telefon na stoliku i poszedł zająć się sobą, żeby choć trochę wyglądać jak wypoczęty człowiek, a nie jak jego wrak, który nie wyspał się przez nienormalnego kota.
O dziwo zdążył zrobić wszystko, co robił codziennie, po czym wsiadł do służbowej skody i pojechał prosto pod wcześniej wskazany adres. Na miejscu roiło się od gapiów, których policjanci nie mogli rozgonić, z niektórymi nawet się szarpali, żeby odsunęli się od taśmy. Mercer nie czekając na pogorszenie sytuacji, podjechał autem obok ludzi, uruchamiając głośny sygnał dźwiękowy, który po chwili zgasił, pozostawiając tylko sygnały świetlne. Założył na szyję swoją blachę, od razu opuszczając pojazd.
— Proszę się rozejść. — jego donośny głos wzdrygnął nie jedną osobą, od razu czując na sobie spojrzenie gapiów. Ich strach i ekscytacja były tak mocno wyczuwalne, że nawet nie musiał się na tym skupiać. — Czemu nie rozstawiliście parawanów? — zwrócił się do żółtodziobów, którzy na jego widok chwilę zamarli, choć jego pytanie było.. normalnym pytaniem.
— Zostały w drugim busie, inspektorze. — odpowiedział jeden z policjantów, który podszedł bliżej bruneta. — Poza tym zostaliśmy wyrwani z patrolu i mieliśmy przy sobie tylko taśmy. — dodał.
— Niech będzie.. — westchnął, stosując chwilową iluzję parawanu, która skutecznie zakryła ofiarę.
Gdy po kilku minutach zjechało się więcej kryminalnych, mógł odpuścić sobie iluzję, umożliwiając rozstawienie prawdziwego parawanu, zniechęcając tym gapiów do dalszej obserwacji. Nagle z tłumu wyrwała szczupła kobieta, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykły przechodzień, lecz skądś kojarzył jej twarz oraz.. zapach. Miał naturalnie wyczulone zmysły, a do tego dobrą pamięć, lecz do końca nie mógł połączyć kropek. Po chwili rozmowy okazało się, że to pani patolog z sądu, która również miała się tutaj pojawić. W drodze do ofiary napadu wyjaśnił jej wszystko, co sam wiedział i zdążył zauważyć, ostatecznie dając jej pracować nad zbieraniem próbek z ciała.
Obserwował ją z daleka i choć wiedział, że ona zawsze działa pewnie i profesjonalnie, tak teraz czuł od niej.. niepewność? Zwątpienie? Fakt, ofiara nadal żyła i od czasu do czasu łypała okiem w jej stronę, co mogło być dezorientujące, bo przecież patolog pracuje ze zmarłymi. Rozumiał ją, więc postanowił trochę ją wspomóc swoją obecnością.
— Dr Starson? — chrząknął, kucając po drugiej stronie ofiary.
— Już kończę.
— Nie śpiesz się. — odparł spokojnie, nawiązując z nią krótki kontakt wzrokowy. — Próbki muszą być najlepszej jakości, żeby móc cokolwiek zidentyfikować. — dodał, na co kobieta delikatnie uniosła kącik ust. Odwzajemnił gest i spojrzał na ofiarę, która nadal żyła..
— Inspektorze! — zawołał jeden z mundurowych, stojąc przy taśmie w stronę opuszczonych budynku. — Proszę podejść na chwilę. — dodał.
Brunet wstał z przykuca i podszedł od mężczyzny, który wskazał ciemne ślady na ziemi, jakby od płomieni lub uderzenia pioruna, lecz zdecydowanie nie były czymś naturalnym.
— Znaleźliśmy to przypadkiem... — zaczął, lecz Mercer wnet mu przerwał.
— Daj rękawiczki i probówkę na dowody. — powiedział, kucając przy śladach. — Przestaw obok lampę.. — dodał, zwracając się do drugiego policjanta, który od razu wykonał rozkaz.
Ostrożnie zebrał do probówki czarny proszek, zamknął ją szczelnie i delikatnie poruszył - sypkie, ale też trochę przelewające się, jakby na bieżąco zmieniało stan skupienia.
— To samo znalazłam na ciele ofiary. — usłyszał nagle głos Starson, która kucnęła obok bruneta, przyglądając się czarnym śladom na ziemi. — W czystej postaci wygląda to bardziej.. interesująco. — dodała, wracając spojrzeniem na probówkę.
— Mhm.. Bez dodatku ludzkiej tkanki będzie łatwiej to rozpoznać. — przyznał, wręczając dowód kobiecie. — Prosiłbym o zbadanie tego. — dodał, na co krótko przytaknęła.
— O ile substancja została poprawnie pobrana, bez drobinek ziemi. — powiedziała, co Mercer odebrał jako półżart, przez co cicho prychnął, unosząc kącik ust.
— Nie siedzę w tym od wczoraj, Dr Starson. — odpowiedział spokojnie, wstając na równe nogi.
— W takim razie pozwolicie, że jeszcze się rozejrzę.
— Dobrze. Proszę tylko uważać na oznaczone ślady.
Gdy kobieta wróciła do swoich zajęć, Walter nadal stał przy taśmie, chowając dłonie w kieszenie kurtki. Wzrokiem skanował pobliskie budynki, skupiając się na ludzkim oddechu lub jakimkolwiek dźwięku, który mógłby zdradzić obecność napastnika. Po kilku minutach usłyszał czyjś przyspieszony oddech, ciche syczenie z bólu, jakby ktoś ranny tam się chował. Nie był do końca pewny, skąd dobiega dźwięk, lecz zdecydowanie był to ktoś żywy, kto chowa się w jednym z opuszczonych budynków. W tym samym czasie dojechał oddział specjalny, który miał za zadanie przeszukać teren i odnaleźć napastnika. Jak zwykle zjawiają się na czas.
— W środkowym budynku ktoś jest.. — zaczął, gdy stanął obok niego szef oddziału, pomijając jakiekolwiek zwroty powitalne. Byli już do tego przyzwyczajeni.
— Właśnie tego się spodziewałem. — odparł spokojnie, odwracając się do swoich ludzi. — Sprawdźcie środkowy budynek, zachowując szczególną ostrożność. — rozkazał, wracając wzrokiem na Mercera. — Nie idziesz z nimi? — zapytał, chowając dłonie w kieszenie.
— Nie tym razem. — odpowiedział i czując, że jego praca w tym miejscu dobiegła końca, oddalił się z miejsca zbrodni. Był jego zastępca i cały oddział, więc nie miał już nic tutaj do roboty.
Nim wsiadł do skody, lekko otrzepał buty z błota oraz resztek liści, po czym zajął miejsce kierowcy i odpalił silnik, powoli wyjeżdżając z wąskiej uliczki. Gdy wyjechał na główną drogę, zgasił sygnał świetlny i włączył się do ruchu. Nagle na przystanku dostrzegł panią patolog, która najwidoczniej czekała na swój autobus. Mercer nie byłby sobą, gdyby nie zaoferował podwózki, przecież próbki trzeba jak najszybciej sprawdzić... Zawrócił na podwójnej ciągłej i wjechał w zatoczkę autobusową, zatrzymując się naprzeciwko kobiety. Opuścił szybę i pochylił się w jej stronę, opierając się prawą ręką o podłokietnik, nawiązując z kobietą kontakt wzrokowy.
— Proszę wsiadać, Dr. Starson, podwiozę Panią. — powiedział spokojnie. — Przecież nie będzie Pani z tym wszystkim tutaj stała. — dodał, znacznie naciskając na ostatnie słowa.
Dr. Starson? c:
1266 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz