tw! substancje psychoaktywne (w formie humoru)
Myślałem, że czasy, kiedy mogłem trafić do kogoś na dywanik się skończyły. A właśnie siedziałem w gabinecie mojego szefa widząc jak ten czymś się stresuje. Co chwila przeczesywał swoje włosy a na jego skroni pojawiła się strużka potu. Żona mu nie daje? Jakoś nie chciałem mieszać się w ich sprawy. Po akcji z laurką z podpisem ,,kochamy cię kurwa mamo'' od ich córek, kobieta nie chce słyszeć mojego imienia w domu.
— Co zjebałem? — zapytałem od razu, przechyliłem lekko głowę na bok obserwując jak brwi Marco zmarszczyły się gniewnie gdy przesunął w moją stronę zdjęcie jakiegoś polityka. Frajer na fotce miał już niezłe lotnisko na głowie. Był to jakiś starszy facet, ubrany w jakiś śmieszny drogi garnitur. Z miną jakby chciał mnie zjeść lub przelecieć. Nic pomiędzy.
— Dlaczego pokazujesz mi zdjęcie jakiegoś trola? Jestem za duży, by go rozróżnić z tej bajki. To raczej swoich córek powinieneś zapytać. Były w końcu Anną i Elsą. — mruknąłem oddając mu zdjęcie, nie chciałem już patrzeć na tą nieprzyjemną mordę.
— Nawet mnie nie denerwuj. — odparł odpalając swoje cygaro. — Próbował dostawiać się do mojej żony.
— I? — zapytałem siedząc rozłożony na fotelu, trzymałem dłonie na podłokietnikach spoglądając na Marco jakby miał co najmniej dwie głowy. Niech szybciej mówi co chce bo zaczynałem się już robić niecierpliwy. — Z resztą... Co on tam robił? Wizerunek chciał sobie wygładzić? — prychnąłem pod nosem.
— To nie jest żaden polityk, jakiś typ spod ciemnej gwiazdy. Ma parę biznesów w mieście. Jakieś takie małe przedsiębiorstwa.— mruknął Marco spoglądając z niechęcią na zdjęcie przed nim.
— I chce byś zrobił coś, co sprawi, że wokół niego będzie spora afera, w której zrobi z siebie kretyna. — powiedział spoglądając na mnie wyczekująco. Uniosłem lekko brew i podrapałem się po brodzie.
— Czego nie mogę zrobić?
— Rób co tylko chcesz, byle zrobił z siebie kretyna. — mruknął Marco dając mi zdjęcie i z ogromną przyjemnością zgiąłem obraz na pół. Dostrzegłem, że z tyłu miałem wypisane najważniejsze informacje jak adres czy inne pierdoły.
— Za to chcę darmową wizytę w salonie twojej żony.— mruknąłem i podniosłem się z wygodnego fotela.
— Co niby chcesz sobie zrobić? — zapytał zaciekawiony i już zazdrosny.
— Może zrobię sobie jakąś szaloną metamorfozę i sprawie, że twoje dzieciaki będą miały ojczyma. — puściłem mu oczko i z zadowolonym uśmieszkiem opuściłem jego gabinet. Misja specjalna na mnie czekała, musiałem wymyślić coś ciekawego.
Gdy wróciłem do domu, pierwsze co zrobiłem to wszedłem pod prysznic. Gorąca woda spadała na moje ciało a ostatnie szare komórki załączyły tryb myślenia. Bardzo rzadko się to zdarza.
Aż nagle mnie olśniło, w mojej głowie zaczął formułować się plan idealny. Nikt nie będzie podejrzewał takiego miłego chłopaka jak ja. W końcu mówię dzień dobry na klatce schodowej. Aż już zacierałem dłonie na samą myśl, po wszystkim będę mógł usiąść z popcornem i oglądać cały ten chaos.
*
Moim pierwszym krokiem było kupienie małych woreczków strunowych, kolejnego dnia cały w skowronkach przemierzałem miasto. Nogi same prowadziły mnie do sklepu papierniczego. Oparłem się o ścianę widząc, że na ścianie była sporej wielkości kamera. Potrzebowałem więc kogoś kto za mnie to załatwi. Rozglądnąłem się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś dzieciaka lub bezdomnego. Żul wskoczyłby za mnie w ogień za browara lub dwa. Kogoś takiego właśnie potrzebowałem.
Zaciągnąłem się mocno papierosem wypatrując swojej ofiary. Ale zanim go dostrzegłem, mój nos wyłapał dość charakterystyczny zapach.
— Mam cię... — mruknąłem pod nosem i odbiłem się od ściany ruszając w kierunku smrodu, aż dostrzegłem swojego upragnionego menela. Siedział skulony na ławeczce i mruczał coś do siebie pod nosem. Był jeszcze jeden, który awanturował się z jakimś przechodniem. Krzyczał do niego, że ten znalazł się na jego terenie a biedny facet próbował odepchnąć żula parasolką. Biedny wkroczył na menelskie królestwo.
— Kierowniku, sprawa jest! — krzyknąłem spoglądając w ich stronę, oboje odwrócili się w moją stronę a ich oczy się zaświeciły. Bez wahania oboje ruszyli w moim kierunku, już nawet facet z parasolką poszedł w zapomnienie. Muszę później namówić Marco by zorganizował jakąś walkę żuli o skrzynkę browara. Oboje byli już tak napierdoleni, że ledwo trzymali się na nogach.
— Chcecie coś zarobić?— spytałem od niechcenia i zaciągnąłem się papierosem wydmuchując dym wprost na nich. Nawet się nie skrzywili. — Mam dla was małą misję zakupową. Nie musicie przy niej za dużo myśleć, z resztą nawet bym was o to nie podejrzewał.
— Ooo panie!— odparł jeden prawie się przewracając.
— Widzicie jak cudownie się składa?— zaśmiałem się pod nosem i wyrzuciłem niedopałek papierosa na chodnik. — Musicie kupić woreczki strunowe.
— Woreczki... Co?— zapytał jeden z nich, był bardziej obdarty od tego drugiego.
— Strunowe. — mruknąłem cicho. — Takie do zamykania, takie malutkie, plastikowe.
— Aaa, czyli takie do wiadomo czego?— zapytał jeden z meneli. Oboje wyglądali jakby nie mieli jeszcze skończonych pięćdziesięciu lat. Jeden z nich był dość niski, o zapadniętej twarzy i sporej brodzie, w której widziałem nie jedno. Nosił znoszoną kurtkę i buty z popękanymi podeszwami. Cały był brudny, a na ubraniach miał sporo plam. Nawet na spodniach, podejrzewałem nawet co to może być... Drugi był znacznie wyższy i miał długie włosy, które aż zakręciły mu się na karku. Miał na sobie podartą już kurtkę wojskową. Uznałem, że tego pierwszego będę nazywał brodaczem, a tego drugiego loczkiem.
— Nie, nie do tego, co myślisz. — sprostowałem od razu. — Potrzebuje ich do przechowywania drobnych przedmiotów, totalnie legalnych. — wymyśliłem na szybko.
— Czyli jednak jakieś podejrzane. — odparł loczek mrużąc swoje oczy na mnie. Co było całkiem zabawne, bo miał problem, by stać prosto. Zresztą tak samo, jak jego kompan.
— Słuchajcie. — zacząłem spokojnie. — Jeśli będę chciał kupić narkotyki, to zrobię to bez waszej pomocy. Potrzebuję tylko woreczków na różne rzeczy jak monety? Śrubki?
— Ale wiesz, że jak dwóch pijanych facetów kupuje te woreczki to wygląda gorzej niż gdybyś kupił sam?— zapytał brodacz a mi już powoli kończyła się cierpliwość. Od kiedy żule mają takie zasady? Ja pierdole...
— Tak i dlatego wy to zrobicie. Nie będę pierwszy na liście podejrzanych.
— Czyli mamy wejść, kupić woreczki i wyjść?
— Genialny plan.— powiedziałem i aż mi zaklaskałem w dłonie. — Zawiera aż trzy kroki, ale spróbujcie nie umrzeć po drodze.
— A ile dostaniemy?— zapytał podejrzliwie loczek a brodacz również zmarszczył na mnie brwi.
— Za poprawne wykonanie dostaniecie jedną flaszkę na głowę. Za potknięcie i wszczęcie awantury, pół flaszki.
— To my idziemy!— zawołał radośnie loczek już zmierzając w stronę papierniczego, szedł dość koślawo. Miałem tylko nadzieję, że sprzedawca nie wypierdoli ich z tego sklepu za wcześnie.
— Będziemy profesjonalistami! — zawołał za nim brodacz. Obserwowałem tylko jak pijani weszli z trudem do sklepu. Już na początku ich wrogiem były drzwi, z którymi mieli niemały problem. Naprawdę ciężko im się było zmieścić we framudze. Dopiero po paru minutach wrócili trzymając w dłoni te jebane woreczki. Nie wierzę... Udało się im.
— Panie kierowniku, misja wykonana!
— Cudownie. — mruknąłem odbierając od nich opakowanie z setką woreczków strunowych. Szybko skoczyłem do jakiegoś spożywczego sklepu i kupiłem im po flaszce na głowę.
— Nigdy mnie nie widzieliście.— powiedziałem do nich tajemniczo i odszedłem ze swoim łupem.
*
W drodze powrotnej zwerbowałem już jakiegoś dzieciaka do roboty, za paczkę chipsów i butelkę Coli był gotowy zrobić wszystko. Wpadł do sklepu jak błyskawica i kupił wszystko czego potrzebowałem. Jednorazowe rękawiczki, białe koperty. Nawet znaczki mały skurczybyk znalazł. Wypadł zadowolony i wręczył mi wszystko w niewielkiej reklamówce.
— Dzięki młody, masz tu kasę i kup sobie co tam chcesz.— mruknąłem podając mu banknot. Gówniarz bez wahania zabrał gotówkę i pobiegł w stronę sklepu spożywczego. Chyba nie musiałem się martwić o to, że coś powie swoim starym. Bo od razu po wyjściu wyzerował pół butelki. Usiadł na ławce i zaczął wpieprzać chipsy. Na razie wszystko szło zgodnie z planem. Teraz musiałem zrobić temu gagatkowi małą przesyłeczkę.
Wróciłem do domu i od razu wziąłem się za robotę, przesypałem trochę mąki do woreczków i je zamknąłem. Robiłem wszystko w rękawiczkach by policja nie dała rady pobrać z tego materiału dowodowego.
Woreczki schowałem do koperty i zaadresowałem ją na odpowiednie dane tego skurwysyna. Miałem plan, by powysyłać mu różne dziwne rzeczy, które na pierwszy rzut oka wyglądają na nielegalne. Tylko po to by wezwał odpowiednie służby i wyszło, że ktoś zrobił mu kawał. Chciałem go tylko wystraszyć i by wiedział, że jest przez kogoś obserwowany. W nocy poszedłem na małe poczty, przy których nie było żadnych kamer i wrzuciłem przesyłki do różnych skrzynek, które były opróżniane raz na tydzień. Powrzucałem je w różnych miejscach, nawet oddalonych od Deiranu o spory kawałek drogi. W jednej kopercie miał woreczki strunowe z mąką, w drugiej trzy skręcone blanty z sianem, w trzeciej podróbkę kryształu a w czwartej odwzorowany przeze mnie haszysz. Gdy wróciłem na mieszkanie wystarczyło tylko chwilę poczekać aż cały ten rozpierdol się zacznie.
*
I nie myliłem się. Frajer, gdy tylko dostał przesyłki od razu wezwał policję. Chodził wystraszony po mieście bojąc się o własne bezpieczeństwo. Wszystko dzięki małym liścikom, które dostał w każdej z kopert. Każdy w mieście naśmiewał się z niego, a policja jak szybko rozpoczęła sprawę, tak szybko ją umorzyła.
— Jeszcze jeden wywiad i będziesz miał medal kretyna roku...
1463 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz