Dzień Quin był wyjątkowo spokojny. Siedziała w swoim niewielkim, prywatnym studiu, szkicując projekty tatuaży. Tym razem nie robiła ich na zlecenie konkretnego klienta. Ot, takie luźne prace. A nuż jak ktoś je zobaczy, to będzie chciał je sobie zrobić. Była zdania, że zawsze warto mieć kilka dodatkowych projektów na zapas. Na dźwięk dzwonka wiszącego nad drzwiami, podniosła głowę i spojrzała w stronę wejścia. Uśmiechnęła się delikatnie na widok przyjaciółki.
— Hejka, jak tam praca?
— Spokojnie. Na razie mam przerwę. Co chcesz? Wiem, że nie przyszłaś tu ot, tak aby mnie zobaczyć — w pełni odwróciła się przodem do banshee i podpierając głowę na ręce, przekrzywiła ją lekko na bok.
— Oj od razu coś chcę — Quinlan spojrzała tylko na nią wzrokiem mający przekazać „serio?” — No dobra. Tak. Mam sprawę.
— Słucham uważnie.
— Dzisiaj wieczorem jest impreza, a wiesz, że chodzenie samemu to nie to samo…
— A pamiętasz, jak mówiłam ci, że dzisiaj miałam pomóc w przewozie towaru?
— Oj tam. Na pewno znajdziesz jakieś zastępstwo. Zresztą! Nie przychodzę z pustymi rękami! — te słowa przyciągnęły uwagę kobiety.
Oczy wręcz jej się zaświeciły na widok dwóch wielkich tabliczek czekolady.
— I co powiesz teraz? Jak się zgodzisz to, to będzie twoje, a nawet mam bonus — na ustach Eliope pojawił się pewny siebie uśmiech, gdy wyciągnęła jeszcze z torebki bombonierkę. Wiedziała, że już wygrała.
— Dobra, niech ci będzie, a teraz dawaj mi już ten pokarm bogów!
Zabójczyni zaśmiała się tylko na widok tego, w jakim tempie tatuatorka zaczęła pochłaniać słodycze. Ona chyba naprawdę byłaby w stanie poświęcić wszystko za czekoladę…
251 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz