18 sierpnia 2026

Od Ardala — Pięć urzędniczych pensji

W przeciwieństwie do Luci, pracował na etacie (jeszcze. Czasem się zastanawiał, jak to możliwe, że nadal nie wręczono mu wypowiedzenia). Funkcjonował według stałego rytmu dnia, od rana był na nogach, czy akurat miał wolne, czy nie. Luca spał, do której chciał, czasem wstawał późno, bo, jak dzisiaj, odsypiał walkę. W takie dni czasem wstawał nie w humorze, niewyspany i obolały. Ardal nawet mu się nie dziwił.
Dochodziła jedenasta. Sprzątnął kuchnię i przygotował im śniadanie, myśląc, że skoro i tak nie śpi, to chociaż zajmie się czymś produktywnym. Poszedł do sypialni z talerzami, stanął nad Lucą, zastanawiając się, jaki będzie najbardziej humanitarny sposób, żeby go obudzić. Wiedział z doświadczenia, że zrzucenie go z łóżka charakteryzowało się najlepszą skutecznością (choć zawsze było obarczone pewnym ryzykiem, Luca jeszcze ani razu nie puścił mu tego płazem), kradzież kołdry i poduszek też działała, choć nieco gorzej. Tyle że Ardal nie miał dobrego powodu, żeby od rana traktować swojego partnera z buta, nie przypominał sobie żadnej sytuacji z ostatnich dni, za którą mógłby się odegrać, a nie lubił wyzłośliwiać się bez powodu. Luca, jak na siebie, zachowywał się ostatnio całkiem przyzwoicie. 
— Kochanie — odkaszlnął Ardal w pięść — śniadanie.
Luca, zaplątany w kołdrę, z twarzą w poduszce i włosami na oczach, ani drgnął. Ardal najpierw położył talerz Luci na komodzie, potem trochę się zagapił na cudzy biceps i kawałek odkrytych pleców.
— Śniadanie. — Połaskotał odkrytą skórę na boku. — Będziesz jeść zimne.
Luca mruknął w poduszkę.
— Wiem, że nie śpisz. — Ardal usiadł obok na materacu, zaczął chrupać tosta. — Wstawaj.
Luca, nie zmieniając pozycji, spojrzał na niego jednym okiem. Dość podejrzliwie.
— Od kiedy robisz mi śniadania do łóżka?
— Czasem robię przecież. Jak zasłużysz. A dzisiaj jest dzień dobroci dla zwierząt — uśmiechnął się pod nosem, gdy Luca w końcu usiadł. Wręczył mu talerz. — Sto lat.
— Bez przesady z tym „sto” — ziewnął Luca. Przeciągnął się leniwie jak rozespany lew, położył rękę na barku, trochę go porozciągał. Miał poprzedniego wieczora ciężką walkę, może się nadwyrężył? (Ardal znał na to sposób, pomyślał, że potem się tym zajmie.) Dodał, z teatralną przesadą, przeczesując wzrokiem sypialnię: — No dobrze, gdzie znajdę mój prezent?
— Ohohoho. Jajecznica i tosty ode mnie zaserwowane pod sam nos nie są wystarczającą niespodzianką? 
— Szczerze? — Luca popatrzył na talerz z półżartobliwym krytycyzmem. — To nie. Kiepski warsztat kulinarny, jadałem lepsze. Ta jajecznica jakaś taka za bardzo przysmażona. A tosty za suche. Przaśne i zupełnie bez polotu. 
— O — wytknął mu Ardal. — Właśnie dlatego cię nie karmię. Ale spodziewałem się, że nie docenisz, więc dalsza część prezentu czeka na dole, następna do odebrania na imprezie wieczorem.
Luca zaaprobował uśmieszkiem i przymknięciem powiek.
— Teraz rozmawiamy.
— Kończ jeść, to nawet cię zaprowadzę.
Luca po chwili zwrócił mu pusty talerz, wrzucił koszulkę na grzbiet, wciągnął na siebie pierwsze lepsze spodnie. Ardal, ubrany od dawna (tak samo formalnie jak zawsze, ale w bardziej nieformalnym wydaniu z wywiniętymi rękawami i guzikami odpiętymi pod szyją) nie odmówił sobie przyjemności poprawienia mu wystającej kieszeni czy tego jednego kosmyka, który lubił spadać na czoło i wchodzić do oka. A potem dał znać, że, no, teraz to mogą wychodzić.
Zaprowadził Lucę na parking. Stanął przed jego urodzinowym prezentem, uśmiechnął się z wielkim samozadowoleniem, jak kocur prezentujący wyjątkowo tłustego szczura, którego sam właśnie upolował, ukatrupił i przyniósł. Rozpoczął wykład, bardzo w swoim stylu:
— Tylko się znowu nie rozbij. Ani nie potrąć kogoś. Masz jeździć przepisowo, nie wyprzedzać na podwójnej ciągłej, żadnego ścigania się z losowymi osobami, przeciskania się między tirami i gazowania na zakrętach. — Ardal rzucił mu kluczyki do Yamahy F1 Race, sportowo-wyścigowego motocykla, o którym pomyślał, że może się Luci przydać. I, przede wszystkim, spodobać. — Masz nosić kask. I nie rozpieprz go od razu, to nie są tanie zabawki.
Luca stał nieruchomo z kamienną twarzą.
— Chyba żartujesz — powiedział w końcu, ale chyba nie na kazanie Ardala, a bardziej... sam prezent? Mimo to przechwycił kluczyki z cieniem drapieżnego uśmieszku i charakterystycznym błyskiem w oku.
— Nie. — Ardal przymknął powieki, sugestywnie nadstawił policzek. — Wszystkiego najlepszego.
Luca miał jego policzek w nosie. Złapał go wpół przez plecy, przyciągnął do siebie, pocałował w usta. Ardal nawet nie protestował, wsunął mu palce we włosy, wiedział, że Luca to lubi.
— Ale — momentalnie się zreflektował i wrócił do swojej ojcowsko-moralizatorskiej śpiewki — masz nie zapierdalać po mieście dwieście pięćdziesiąt na godzinę. Słyszysz? Bo go zarekwiruję, papiery są na mnie. Zrobię z niego wieszak na ubrania.
— Dobrze, tato. — Luca puścił go, żeby z bliska obejrzeć motocykl. Dotknął poszczególnych części, przesunął palcem po kierownicy, sprawdził silnik. Pewnie na pierwszy rzut oka potrafił wyczytać z maszyny więcej niż Ardal, który nigdy nie interesował się motoryzacją i nie miał o niej szczególnego pojęcia. Było tak źle, że nie rozpoznawał wszystkich popularnych marek samochodów, Luca czasem musiał mu mówić po kolorach. Poza tym nie zrobił też prawa jazdy. Na cóż mu ono było, gdy umiał się teleportować? — Ileś za to dał, hm? Dwie, trzy swoje urzędnicze pensje?
— Drobiazg — uciął Ardal, nie chcąc rzucać kwotami i przyznawać się, że to nie były ani dwie pensje, ani trzy. — To co? — Pstryknął palcami, w jego ręce zmaterializował się kask, który kupił Luci do kompletu. — Jazda próbna? 
— To wskakuj.
Ardal cofnął się, zaśmiał.
— Och, nie, myślałem o tobie.
Luca przerzucił nogę przez motocykl, przekręcił kluczyk w stacyjce, zamruczał silnikiem, aż zadymiło mu się pod nogami.
— Naprawdę dasz się prosić?
Ardal westchnął, ale z nawyku, miał całkiem dobry humor. Usiadł za Lucą, złapał się jego ramion, a gdy Luca mruknął z niezadowoleniem, skorygował się, przeniósł ręce na brzuch. Luca obrócił się przez ramię, wcisnął mu swój kask na głowę.
— Tylko jedź pow- — zaczął, nie skończył, bo motocykl ruszył z piskiem opon, a wiatr wepchnął mu słowa z powrotem do gardła. Kompulsywnie zacisnął się na Luci, gdy pęd rozpędzającej się maszyny wcisnął go w tył przy gwałtownym ruszeniu. Ardal najpierw miał wrażenie, że Yamaha na chwilę spod niego uciekła, potem, że podskoczył razem z nią, gdy Luca przemocą sforsował wysoki krawężnik. Zrobiło mu się słabo, gdy zobaczył pierwszy zakręt, oczywiście, nie pomylił się, Luca wszedł w niego z takiego rozpędu, że prawie położył maszynę. — Masz przejebane — ostrzegł, ale wiedział, że słowa porwał wiatr i ryk silnika, a Luca prawdopodobnie i tak nie usłyszał ani słowa.

1010 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz