18 sierpnia 2026

Od Eirika cd. Nivana

Szczerze mówiąc zupełnie straciłem poczucie czasu, odkąd mogłem w końcu korzystać z chwili wytchnienia od tych chorych temperatur w towarzystwie zbawiennego urządzenia zwanego klimatyzacją. Scrollowałem bez celu jakieś losowe rzeczy w telefonie, zastanawiając się, jaki serial tym razem obejrzeć, jednak wciąż nie mogłem trafić na nic godnego uwagi, czego bym jeszcze nie widział. Skądinąd irytująca sytuacja — gdy bardzo masz ochotę obejrzeć coś takiego, co wyrwie cię z kapci, ale jednocześnie jesteś niemal pewny, że nie znajdziesz nic lepszego od tego, co właśnie niedawno obejrzałeś. Zaczynałem się coraz bardziej nudzić, nie będąc w stanie wyjść nawet z domu przez te zakichane, poparzone plecy.
Robiło się coraz później, a Nivan dalej nie upomniał się o klimatyzację, którą podwędziłem z jego sypialni. Spojrzałem z niejakim zaciekawieniem w kierunku wspomnianego pomieszczenia. Zza przymkniętych tylko drzwi docierała do salonu cienka wiązka światła, ale nie słychać było żadnych dźwięków świadczących o tym, że ktoś tam przebywa.
Czyżby zasnął...?
Wstałem gwałtownie, żeby pójść sprawdzić, co u czerwonowłosego, ale z wrażenia potknąłem się o rozwalonego na podłodze pod kanapą Saga. Warknął na mnie gardłowo, gdy przydepnąłem cienisty ogon. Próbując jakoś połapać się, gdzie mogę postawić stopę, żeby znowu nie natrafić na ledwo widocznego w półmroku demona, klnąc siarczyście zwaliłem się w końcu na podłogę, ulegając grawitacji. Upadając, odruchowo próbowałem się złapać czegokolwiek, jednak bez sukcesu. Sag w ostatniej chwili wtopił się w cienie, unikając zostania przeze mnie przygniecionym.
— CO TY ROBISZ, DEBILU?! — wydarł się demon, wyłaniając się z cieni tuż przed moją twarzą. Miałem przemożną ochotę na niego splunąć, ale w mieszkaniu Nivana mi nie wypadało. Pozbierałem więc po prostu siebie i resztki swojej godności z drewnianej podłogi, mając szczerą nadzieję, że przyjaciel nie zauważy akurat tego mojego popisu...
Drzwi do sypialni Nivana stanęły otworem. Światło okalało stojącą w nich postać od tyłu. Założył ramiona na piersi i patrzył na mnie z miną wyrażającą pobłażanie... Nie mogąc wytrzymać jego spojrzenia, sięgnąłem szybko ku klimatyzacji, żeby ją wyłączyć i móc przetransportować z powrotem do jej docelowego miejsca pobytu.
— Wszystko w porządku? — w głosie przyjaciela troska przeplatała się z rozbawieniem. Sag dalej coś tam klął pod nosem, psiocząc na mnie i moją kosmicznych rozmiarów niezgrabność.
— Tak, jezu, już nawet potknąć się nie można... — wymamrotałem pod nosem, składając rurę od urządzenia, żeby nie ciągnęła się w czasie przenoszenia po podłodze.
Usłyszałem kliknięcie włącznika światła i natychmiast salon rozświetliło światło lampy sufitowej. Zmrużyłem oczy, które, przyzwyczajone do półmroku, wręcz zabolały od nagłej jasności. Odwróciłem się, żeby zapytać przyjaciela, po co zapala światło, ale nie zdążyłem, bo zobaczyłem go nagle tuż przed sobą. Zamarłem, zaskoczony, gdy bez zastanowienia sięgnął dłonią ku mojej twarzy. Odgarnął mi włosy z czoła i zbliżył swoją twarz do mojej. Mimowolnie wstrzymałem oddech, a serce chyba na moment zgubiło swój rytm. Ojebałem je natychmiast w myślach za to — no i po co, czego się niby spodziewasz?!
Przyglądał się przez chwilę mojej twarzy, uważnie oceniając ją spod różnych kątów, aż nie mogłem już dłużej wytrzymać presji jego bliskości i musiałem się odsunąć.
— Serio nic mi nie jest — burknąłem, przesuwając klimatyzator tak, że znalazł się między nami. Fizyczna bariera, oto czego w tej chwili potrzebowałem, żeby totalnie się przed nim nie zbłaźnić. — Właśnie, późno już, pewnie będziesz szedł zaraz spać, oddaję klimę — i nie patrząc już więcej na przyjaciela odjechałem urządzeniem do jego sypialni.
— Pewny jesteś? Brzmiało, jakbyś naprawdę mocno wyrżnął — rzucił za mną, ale tylko pokazałem mu kciuka w górę na znak, że wszystko okej. — Cóż, jak chcesz, najwyżej skończysz z siniakiem na pół twarzy...

***

Siniaka na pół twarzy na szczęście się nie dorobiłem i chwała za to opatrzności. W dodatku już kilka dni później po pierwsze — się ochłodziło, a po drugie — moje plecy w końcu przestały tak piekielnie boleć przy najmniejszym dotyku. Mogłem więc w końcu wrócić do pracy, zamiast zabijać czas całymi dniami kisnąc w mieszkaniu Nivana. Nie, żeby legalne opierdalanie się było jakieś nieprzyjemne, co to to nie... Niemniej dziwnie się czułem z tym, że jak ten pasożyt tkwię całymi dniami w mieszkaniu przyjaciela, podczas gdy on zdaje się niemal nigdy nie miał dni wolnych od pracy.
Chciałem się na coś przydać, ale za co bym się nie zabierał jeśli chodzi o obowiązki domowe, kończyło się zawsze tym samym — robiłem tylko Nivanowi więcej roboty. Gotowanie? Obydwoje z Sagiem kategorycznie zabronili mi zbliżać się do kuchenki, a gdy omal nie wysadziłem mikrofali, bo nieopatrznie wsadziłem do środka jedzenie w misce z metalowymi elementami, w ogóle miałem nie wchodzić do tego pomieszczenia. Tak profilaktycznie. Naprawienie cieknącego kranu w łazience? Po moich nieudolnych próbach zalało pół łazienki i ostatecznie i tak to czerwonowłosy musiał spędzić dobrą godzinę po powrocie z pracy na naprawianiu poczynionych przeze mnie zniszczeń.
Na szczęście powrót do pracy nieco rozwiał to poczucie bycia totalnie bezużytecznym. Również roboty w pizzerii narobiło się sporo, więc raptem po kilku dniach regularnego pojawiania się na zmianach miałem wrażenie, jakbym w ogóle nie miał wolnego. Z plusów — zamontowali w końcu normalną klimatyzację, zamiast pokładać nadzieję w tym, że te nieszczęsne wiatraki sufitowe cokolwiek dadzą przy tak tropikalnych temperaturach, jakie panowały tego lata.
— Obsłużysz trójkę? — spytała Sue, wybijając mnie z zamyślenia. Natychmiast schowałem telefon do tylnej kieszeni jeansów, jakbym wcale przez ostatnie kilka minut się w niego intensywnie nie wgapiał, zamiast pracować. Cóż jednak miałem poradzić na to, że Nivan wysłał mi jakąś dziwnie enigmatyczną wiadomość ,,Musimy porozmawiać jak wrócisz". Zestresowało mnie to, tak? Zapytałem od razu, o co chodzi, ale dalej nie odpisał. Musiałem naprawdę stracić poczucie czasu, skoro nie zauważyłem, że do lokalu weszli kolejni klienci.
— Tak! Oczywiście, już biegnę — dwa kroki później potknąłem się o własne nogi, omal nie przewracając. W ostatniej chwili złapałem się skrzydła wahadłowych drzwi do kuchni. Wypuściłem powietrze nosem, sam będąc w szoku, że się z tego wybroniłem.
— Ale nie musisz serio biec, jak się połamiesz to znowu zostawisz mnie samą na kto wie ile czasu — fuknęła moja współpracowniczka, mierząc mnie wzrokiem. Uśmiechnąłem się do niej przepraszająco. Chyba naprawdę miała mi za złe to nagłe wzięcie wolnego i zostawienie jej samej z salą pełną ludzi w zeszły weekend... Ale to była przecież sytuacja niezależna ode mnie!
— Na pewno już będę się regularnie pojawiał, obiecuję! — rzuciłem jeszcze do niej przez ramię, już szybkim krokiem zmierzając do wskazanego stolika.
Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom ukazała się rozpromieniona na mój widok Vanessa w towarzystwie jakiegoś nieznanego mi faceta. Oceniłem go pobieżnie wzrokiem. Całkiem całkiem, jeśli chodzi o samą prezencję. Z jednym ale... czemu siedzi w telefonie, skoro przyszedł tu z dziewczyną?
Uniosłem pytająco brew do koleżanki, subtelnym ruchem głowy wskazując siedzącego naprzeciwko niej a prawie tyłem do mnie gościa. Ta w odpowiedzi przewróciła teatralnie oczami. Ach, czyli na pewno jakiś nowy kandydat na partnera i, jak widać, próba zakończona fiaskiem. Pewnie będzie potem marudzić, że w tych czasach wszyscy przystojni mężczyźni są albo już zajęci, albo są palantami, albo gejami, w dodatku zwykle już zajętymi. Nic już dla mnie nie zostaje, DRAMAT, jak zawsze mówiła po kolejnym nieudanym spotkaniu z jakiegoś portalu randkowego. Coś wspominała, jak byłem ostatnio w odwiedzinach u Nivana w barze, że następny raz przyjdzie do mnie do pracy, żeby w razie czego mieć obstawę u obsługi. Bardzo spodobała jej się opcja naplucia jakiemuś bucowi do jedzenia, gdyby ten ją wkurzył.
— Czy już zdecydowali państwo, czego byście chcieli spróbować? — spytałem, stając przy stoliku i serwując obydwojgu firmowy uśmiech uprzejmego kelnera. Vanessa spojrzała wyczekująco na swojego towarzysza, ten jednak dalej klikał w telefonie, jakby zupełnie nie zauważając mojej obecności. Znowu spojrzałem pytająco na Vanessę, ta zrobiła minę, jakby chciała wymiotować... W tym momencie facet w końcu podniósł wzrok, więc kobieta momentalnie przywdziała na twarz uprzejmy uśmiech, jakby wcale przed chwilą nie wykrzywiała twarzy w kpiącym wyrazie. Z trudem powstrzymałem parsknięcie, za co koleżanka upomniała mnie kopnięciem w kostkę pod stołem. Gdyby siedzący naprzeciw niej gościu nie był debilem, na bank by to zauważył i nici z konspiracji, no ale niech będzie.
— Z czym podajecie pizzę z krewetkami? — zapytał facet. Zamrugałem powoli, popatrzyłem na niego, mając nadzieję, że to był jakiś nieśmieszny żart z jego strony, ale wyglądał śmiertelnie poważnie... Więc śmiertelnie poważnie mu odpowiedziałem.
— Z krewetkami.
Vanessa kaszlnęła w pięść, prawdopodobnie starając się ukryć w ten sposób parsknięcie, które jej się wymsknęło.
— Mhm — przeniósł spojrzenie ze mnie z powrotem na kartę przed sobą. Przewrócił stronę na spis makaronów tylko po to, żeby znowu wrócić do pizz. — A ta grecka?
— Z sosem pomidorowym, mozzarellą, pomidorami, oliwkami i serem feta — odpowiedziałem, starając się utrzymać profesjonalizm, ale było ciężko. — Ogólnie spis składników na poszczególnych pizzach jest spisany pod spodem, gdyby tak było panu wygodniej — zasugerowałem uczynnie temu ślepcowi, wskazując przykładową linijkę tekstu przy pierwszej z brzegu pizzy.
— A, aha... — znowu wrócił do przeglądania menu. Już chciałem zapytać Vanessy, czy może ona się już zdecydowała, żeby dać temu bałwanowi jeszcze chwilę, ale się obyło. — To poproszę grzybową bez grzybów.
Tym razem nie wytrzymałem i wyrwało mi się parsknięcie, przez co znowu dostałem kopniaka w kostkę od koleżanki. Zdaje się, że Sag także parsknął, ale na szczęście siedział gdzieś nieco dalej i grająca w lokalu muzyka oraz rozmowy klientów przy pozostałych stolikach sprawiły, że ten jego śmiech dla osoby niezaznajomionej z demonem łatwo wtopił się w tłum.
— Pizza grzybowa bez grzybów, oczywiście — wydusiłem z siebie, starając się brzmieć normalnie. Nie do końca mi wyszło, ale gościu nadal nie bardzo zwracał na mnie uwagę. Zwróciłem się szybko w stronę Vanessy. — A dla pani?
— Poproszę pizzę z krewetkami bez krewetek — powiedziała śmiertelnie poważnie, zamykając kartę. — I jakiś alkohol... — spojrzała na mnie i, samym ruchem warg, dodała najlepiej mocny.
Poszedłem złożyć ich zamówienie na kuchni u Romana, powtarzając słowo w słowo to, co zamówił towarzysz Vanessy. Kucharz patrzył na mnie przez chwilę jak na debila.
— Ty tak serio? — zapytał w końcu.
— To nie mnie powinieneś o to pytać, tylko tego typa, co to zamówił — pokręciłem głową, wciąż nie wierząc w to, co się wydarzyło.
— Ciekawe, czy na śniadania w restauracjach zamawia jajecznicę bez jajek.
— Nie wykluczyłbym tego.
Zamówienie Vanessy już przearanżowałem, wiedząc, że dziewczyna robiła sobie jaja. Tyle razy jedliśmy razem pizzę, że zdążyłem ogarnąć, jaką lubi najbardziej i co zawsze zamawia. Trzeba było przyznać, że na niezłe ziółko tym razem trafiła, aż żałowałem, że nie mogę zupełnie legalnie stać przy ich stoliku i być aktywnie zaangażowany w prowadzoną przez nich rozmowę. Musiałem się zadowolić okazjonalnym podsłuchiwaniem, jak koło nich przechodziłem, obsługując pozostałe stoliki. Vanessa parokrotnie rzucała mi spojrzenia wyrażające jej niezadowolenie faktem, że tu z nim wylądowała, a jej ekspresyjne miny i przewracanie oczami parokrotnie doprowadziły do tego, że nie dałem rady utrzymać opanowania.
Jakiś czas później w końcu skończyli jeść i poprosili o rachunek. Gdy podszedłem z terminalem do ich stolika, Vanessa natychmiast niemal wyciągnęła swoją kartę w kierunku urządzenia, gdy siedzący z nią debil grzebał w torbie, mamrocząc coś, że on zapłaci. Natychmiast zasłoniłem dłonią miejsce w terminalu sczytujące karty płatnicze i pokręciłem głową. No chyba żartujesz, że jeszcze płacić za niego będziesz. Kobieta jednak nie zamierzała się poddawać i gdy tylko zabrałem dłoń, sugestywnie jeszcze ustawiając urządzenie nieco w stronę mężczyzny, znowu spróbowała zapłacić. Zgromiłem ją wzrokiem, wyrwałem kartę z jej dłoni i upuściłem na podłogę w okolicy jej krzesła. Natychmiast schyliła się, żeby ją podnieść, więc bez chwili wahania przydepnąłem ją jeszcze butem. Posłała mi mordercze spojrzenie, ale nie uległem. Wystawiłem jej tylko język. Niestety nie dane nam było kontynuować tej walki, bo gościu w końcu wydobył z odmętów swojej torby własną kartę i przyłożył ją do terminala. Uśmiechnąłem się do niego promiennie, podziękowałem za skorzystanie z usług naszej restauracji, po czym odwróciłem się z zamiarem powrotu na kuchnię, ale...
Tak się złożyło, że akurat wpadłem twarzą na czyjąś klatę. Omal nie upuściłem terminala, na szczęście znajomo wyglądająca dłoń złapała i urządzenie, i mój nadgarstek, przytrzymując mnie w miejscu. Powoli podniosłem wzrok.
— H-hej, Nivan — uśmiechnąłem się, zaskoczony wizytą przyjaciela... I nagle zdałem sobie sprawę, że skoro stał tak blisko za mną, to musiał widzieć tę scenę, co właśnie odstawiliśmy z Vanessą.
Świetnie. Siara jak ja pierdolę...

Nivan? :3

1970 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz