11 sierpnia 2026

Od Sabara do Liama

Ziewnąłem w pięść. Obowiązkowe zebrania Ansarich często mi się dłużyły, miewałem momentami problemy ze skupianiem się i zapamiętywaniem informacji. Przepraszam, ale wszystko było ciekawsze od ględzenia Fadiego, łącznie z bujaniem się na krzywym krześle, ćmą obijającą się o lampę i dziurą w stole, nie wspominając o zabawie w skanowanie wzrokiem min równie znudzonych piratów i wybieraniu tej najzabawniej nieobecnej (dla mnie wygrywał Jasar, przełożył opaskę na zdrowe oko, wyłupione zakrył włosami, skrzyżował ręce na piersi i bezczelnie spał na siedząco). Oczywiście, z całym szacunkiem dla pana kapitana, ale przemawiał najmniej charyzmatycznie pod słońcem, jego głos poza tym wykazywał się wręcz niesamowitą zdolnością do usypiania słuchaczy. Sądząc po subtelnym pochrapywaniu w tle gdzieś za mną, nie tylko ja i Jasar tak sądziliśmy. 
Streszczając, ja i grupa przemytników z Jokasty utknęliśmy w porcie w Port-Res-Talarze. Carska flota obstawiła cieśninę, którą zamierzaliśmy przepłynąć na kontynent, szmuglując orientalne towary z wysp. Kontrole, zatrzymania, aresztowania, przesłuchania, bla-bla-bla, straszne rzeczy, w skrócie, mysz się nie przeciśnie, nikt nie wypłynie z portu ani nie wpłynie do niego nieskontrolowany. Szczerze mówiąc, wcale nie zdziwiło mnie, że car w końcu zdecydował się tym zająć, bardziej, że tak późno. Każdy, kto miał kiedykolwiek z Talarą albo przemytem na kontynent cokolwiek wspólnego, wiedział, że w Port-Res-Talarze od lat kwitnie kontrabanda, piractwo, kurestwo, złodziejstwo i różne inne wesołe procedery, jak, na przykład, handel zwierzętami, organami, ludźmi i nie tylko. Także ja i załoga Jokasty utknęliśmy w Talarze, Hogan wraz z resztą załogi miał dopłynąć do nas dwa tygodnie temu, nie dopłynął i nie zapowiadało się, że w najbliższym czasie dopłynie. Chwilowo mieliśmy związane ręce, mogliśmy tylko siedzieć bezczynnie, nie wychylać się i czekać na okazję. Albo liczyć, że car wkrótce zabierze stąd statki i żołnierzy. Na co chyba się nie zapowiadało aktualnie. 
Wyglądało więc na to, że Ansari, chwilowo zamknięci w Talarze, udający dla niepoznaki miejscowych marynarzy, zagranicznych kupców czy turystów z wysp, mieli sporo wolnego czasu. Jedni szlajali się po tawernach, drudzy uganiali za portowymi dziewuchami, trzeci odpoczywali na zapas, czwarci nie wychodzili z kaca, ktoś odwiedził rodzinę, ktoś zaczął dorabiać sobie na kutrze rybackim, ktoś pobił się z kimś w kolejce i były problemy, typowe pirackie zajęcia. Naszym jedynym obowiązkiem stało się meldowanie na co parodniowych zebraniach. Takich jak to właśnie. I nikomu nie chciało się na nie przychodzić. Mnie, naturalnie, też. 
— Oprócz tego, nasz lokalny informator, Nikay, całkiem nieźle wykonał powierzone mu zadanie, dzisiaj rano wręczył mi spis tożsamości ciekawszych osób, które ostatnio przyuważył w porcie. Jedna z nich zainteresowała mnie, nie powiem, że nie. — Fadi wyjął spod klapy płaszcza mocno wymiętolony wydruk czyjegoś zdjęcia robionego chyba tosterem.  — Wygląda na to, że mamy w Port-Res-Talarze smoka.
Każdy (kto nie spał) patrzył na zdjęcie, nikt nic nie powiedział, bo na zdjęciu, choć niewyraźnym, ewidentnie uwieczniono jakiegoś młodego faceta.
— Złe zdjęcie — podpowiedział Hakim teatralnym szeptem. 
— Dobre zdjęcie, jełopie — odpowiedział Fadi cierpliwie. — On się zmienia w smoka, nie paraduje tak po ulicy, rozumiesz? To smok i członek mafii innej, co też tu towary przemyca, bogaty i ważny, można najpierw wziąć za niego okup, a potem sprzedać. W całości, albo w częściach.
— Chyba w całości. — Hakim, zupełnie niewzruszony, że Fadi publicznie nazwał go jełopem, zaciągnął się niechlujnie skręconym papierosem. — Najlepiej do Katii z Rudej Syreny, to będziemy mieć wieloletni dochód pasywny od połowy zysku od każdego klienta.
— Chybaś na łeb upadł — wyśmiała go Hazan, jedyna kobieta na zebraniu. — Przecież to grosze jakieś wyjdą na głowę, jak chcemy się dzielić po równo. Łapiemy, najpierw okup, potem rach-ciach! — Walnęła pięścią w stół. — Sprzedajemy od razu, w częściach. Wy chyba, biedaczyska, nie wiecie, ile to jest wszystko warte? Taki smok to żyła złota. Krew na eliksiry, zęby na talizmany, kości i organy do rytuałów, pazury na amulety, łuska na zbroje, kolce na biżuterię, czarodzieje na czarnym rynku płacą za magiczne relikwie sumy bajońskie.
— Ma rację — poparł ją Fadi. — Można zarobić bardzo przyjemnie. I praktycznie od ręki. Rzadkie okazy szybko znajdują poważnych i odpowiednio zamożnych kupców. Poza tym Hogan się ucieszy, że, mimo zablokowania cieśniny, nie przejadamy głupio zapasów i zajmujemy się czymś pożytecznym. 
Westchnąłem w myśli, bujając się na krześle nieco agresywniej. Kolejny świetny pomysł, idioci, tak, brawo, złapmy sobie smoka, czemu nie, to wszystko takie proste.
— Tooo — zaczął Hakim ostrożnie, chyba nie chcąc, żeby ktoś trzeci raz na niego naskoczył. — Kto się tym zajmie?
Bujnąłem się za mocno i straciłem równowagę. Krzesło gwałtownie przechyliło się ze mną w tył, poczułem, że lecę. Wyratowałem sytuację w ostatniej chwili, desperacko łapiąc się stołu, który, pociągnięty, zaszurał głośno.
— O, Shams — ucieszył się Fadi, po czym wesoło wyjął pióro i nabazgrał moje imię na zdjęciu z tostera, podkreślając całość zamaszystą kreską. — Świetnie. 
— Ja? Nie. Ja nie!
— Trudno, już cię zapisałem.
— Ale ja się nie zgadzam!
Fadi wziął się pod boki.
— No dobrze. W takim razie uczciwe głosowanie. Kto jest za tym, żeby Shams złapał smoka?
Wszyscy, jak na komendę, wytrzeźwieli albo się obudzili, w górze wyrósł las rąk.
Poderwałem się na równe nogi.
— Co to ma być?
— Uczciwe głosowanie — wyjaśnił Fadi.
— Litości! Jak ja mam niby złapać smoka?
— Skąd mamy wiedzieć — odpowiedziała Hazan jedwabiście, rozciągając wargi w uśmieszku. — Wymyśl coś.
— Wykaż się jakąś, nie wiem — zgodził się Riffat, malowniczo poruszając palcami. — Finezją.
— Nic prostszego, upij go i zwiąż. — Hakim zrobił kółko z dymu. — A potem po nas zadzwoń i po robocie.
— Wsyp mu to do jedzenia. — Rzucił we mnie woreczkiem Tamer, nasz zaufany usypiacz i podtruwacz. — Zaśnie jak dziecko.
— Zakuj go w to. — Rzuciła we mnie Hazan czymś metalowym i grzechoczącym, co, lądując na podłodze przed moimi butami, okazało się łańcuchem z kajdankami. — Stop dwimerytu. Blokuje przepływ energii i uniemożliwia nieludzkim istotom posługiwanie się mocami. Facet, mając to na sobie, nie wyleci ci z żadnym czary-mary. A ze smokiem pozbawionym magii to chyba już jakoś sobie poradzisz, hm?
— Najlepiej po prostu zwab go w zasadzkę i gdzieś zamknij — ziewnął Jasar, przekładając opaskę na właściwe oko. — A resztę zostaw nam. 
— Jaką zasadzkę — jęknąłem, osuwając się z powrotem na krzesło. 
— No tą — kontynuował Jasar powoli, nieco nieprzytomnie. — Którą sobie wymyślisz i zaplanujesz.
Jęknąłem tym głośniej.
— Taki sprytny Shams — czarowała dalej Hazan. — A nie poradzi sobie z byle głupim gadem?
— O. — Uderzył pięścią w stół Hakim, olśniony genialnym pomysłem. — Zaśpiewaj mu coś i zagraj, a potem zbij! Jak uśpisz jego czujność, to masz go w garści.
— Zajdź go od tyłu — poparł go Riffat. — I rozbij mu butelkę na potylicy. Raz tak dostałem i trzy dni spałem.
Zawziąłem się w sobie, skrzyżowałem ręce na piersi i hardo zadarłem brodę.
— Nikogo nie będę łapał. Nie zmusicie mnie.
Fadi wywrócił oczami.
— Powiemy Hoganowi, że spałeś z Sarą.
— Co? — zakrztusiłem się, chciałem popatrzeć na niego z politowaniem, ale, gdy się dusiłem, w oczach stanęły mi łzy. A potem szybko przemyślałem sprawę, zawahałem się, bo czasem piłem za dużo i nie wszystko dokładnie pamiętałem. Zrobiłem rachunek sumienia, po czym powiedziałem z pełnym przekonaniem: — Nie spałem z córką Hogana.
— Szczegół. Powiemy, że spałeś.
— Przecież nie ma dowodów, skoro nie spałem.
— Kto potwierdzi, że spał? — zapytał Fadi głośno.
Wokół las rąk. 
Skurwysyny.
— Gdzie znajdę tego smoka? — powiedziałem w końcu zrezygnowany, upodlony jak pies, zbierając do torby fanty, jakie mi rzucono. Z jednej strony nie widziałem w nich potencjału, z drugiej nie dysponowałem niczym przydatniejszym. Lepsze to niż nic.
— Wszystkie potrzebne informacje na odwrocie. — Fadi podszedł powoli, stukając obcasami. Złożył zdjęcie, wsadził mi je pod klapę płaszcza, całość przyklepał, niemo życząc powodzenia. — Jakby co to dzwoń. Miłego weekendu, nie rozrabiajcie za bardzo, widzimy się w przyszły poniedziałek. Koniec zebrania!

*

Na odwrocie zdjęcia, jakie dał mi Fadi, znalazłem kilka przydatnych informacji. Dowiedziałem się na przykład, gdzie obecnie Smok rezyduje i, nie zwlekając, zamówiłem pokój w tej samej tawernie, na tym samym piętrze, drzwi w drzwi. Niestety, na piętrze nie byliśmy sami, pozostałe pokoje zajmowali jego wspólnicy. Nie byłem szczególnie szczęśliwy z tego powodu, ich obecność mogła utrudnić mi zadanie, im mniej świadków, tym lepiej.
Smok nazywał się Liam Everglade, miał dwadzieścia trzy lata, trudnił się przemytem (kolega po fachu, widzę), tyle że on specjalizował się w przedmiotach magicznych, a ja przemycałem przedmioty różne. Zgaduję, że również przybył tu w interesach i, jak Ansari, utknął w Talarze, gdy otoczono port carską flotą, skutecznie blokując wszelki morski transport i handel. Szkoda. Wyglądało na to, że już nigdy go nie opuści. A przynajmniej tak widział to Fadi. Ja tam bym zostawił go w spokoju, nie wiem, po co robić sobie i innym dodatkowe problemy. Poza tym, o ile dobrze zrozumiałem, facet należy do gatunku zagrożonego wymarciem, więc chyba nieodpowiedzialnie go tak jeszcze bardziej wymierać. Ja tam na przykład nie chciałbym potem mieć całej rasy na sumieniu. Generalnie: cały ten pomysł z łapaniem smoka uważałem za co najmniej niedorzeczny. Sam nie wiedziałem, jak się za to zabrać, tym bardziej, że Ansari wstępnie chcieli dostać go w całości i żywego. Na razie postanowiłem poznać przeciwnika, trochę wybadać, z kim w ogóle mam do czynienia, ocenić, czy będzie ciężko, a jeśli będzie, to jak bardzo.
Okazało się, że będzie bardzo łatwo. Zasięgnąłem języka u Nikaya. Wyglądało na to, że nasz drogi smok chętnie korzystał z uroków Talary, szczególnie tutejszych barów i tawern. W skrócie: pijak, casavnowa, entuzjasta hazardu, lania po mordzie i głośnych awantur ze sobą w roli głównej, bo do dwóch lokali otrzymał już zakaz wstępu. Chyba nie mogłem sobie wymarzyć prostszego zdania: pijany cel to łatwy cel. W zasadzie nie musiałem nic robić, wystarczyło czekać, obserwować i wypatrywać okazji.
Nazajutrz, zgodnie z rezerwacją, odebrałem klucz od swojego pokoju. Poznałem właścicielkę i jej kota, pouśmiechałem się, dowiedziałem na przykład, co dzisiaj na obiad, jaka pogoda na ten tydzień, co sądzi o blokadzie portu (Wspaniale! Ktoś nareszcie postanowił zrobić z tą morską bandyterką porządek, a i ona zarobi, skoro turyści również utknęli w Talarze). Zasmucona, poskarżyła się na trzech chuliganów, którzy u niej rezydują, a z którymi od początku miała same utrapienia. Spróbowałem pociągnąć ją za język, niczego się nie dowiedziałem, poza tym, że hałasują, niepokoją rezydentów i co wieczór sprowadzają gości. Nazwiska nie padły, ale domyśliłem się, kogo mogła mieć na myśli.
Wieczorem zjawiłem się w Syreniej Przystani, speluniastej tawernie nieopodal plaży, gdzie, według Nikaya, smok lubił się bawić. Nic zresztą dziwnego, różne legendy o tym miejscu od lat krążyły po porcie. Sam zresztą, z takich czy innych powodów, kiedyś odwiedzałem je regularnie. Piraci uwielbiali tam przesiadywać, raz, że klimat, dwa, że tanio, trzy, że muzyka i tańce, cztery, że właściciel, Kamal, sam był piratem, lubił się dobrze zabawić, nie przeszkadzały mu ekscesy zgromadzonych, trzeba się było naprawdę postarać, żeby stamtąd wylecieć. Nie trudno za to było skończyć bez pieniędzy, godności i z wybitymi jedynkami, także na rodzinny obiad z dziećmi raczej nie rekomenduję. Poza tym było otwarte całą dobę, a Kamal miał pokoje na górze i umowę z Katią, że jej dziewczyny mogą u niego przesiadywać i korzystać z piętra w zamian za procent od każdego klienta. Także, cóż, sporo atrakcji. 
Podłoga, jak zawsze, się kleiła. Kapela cięła szantę równie nieprzyzwoitą, co wpadającą w ucho, niektórzy, z racji późnej pory, śpiewali z muzykami. Czyjaś papuga skandowała: du-pa, du-pa. Wszędzie albo pito, albo tańczono, albo w coś grano, albo robiono tawerniane biznesy. Smoka poznałem od razu. Gwiazda konkursu w siłowaniu się na ręce, bo, o ile dobrze zrozumiałem, wygrał już z którąś z kolei chętną się z nim sprawdzić osobą. Otaczał go wianuszek roześmianych dziewczyn. Pracownice Kati? Zwykłe fanki? Pierwsza, blondynka o syreniej urodzie, chłodziła go wachlarzem z taką miną i rewerencją, jakby usługiwała samemu carowi. Druga, z czarnymi włosami do pasa, masowała mu ramiona w przerwach między przeciwnikami. Trzecia, szatynka z talią osy, poiła go alkoholem. Wokół mężczyźni robiący zakłady, głośno dopingujący swoich faworytów, jeszcze głośniej klnący, jeśli ich faworyt akurat został pokonany i przegrał ich pieniądze. Klasyk.
Podszedłem do baru. Zahra polerowała szkło. 
— Co podać? — powiedziała, znudzona, a potem podniosła wzrok, otworzyła oczy szerzej i na chwilę zaniemówiła. — Shams, a niech mnie! Co słychać? Od kiedy jesteś w Talarze?
— Cześć, Zahra. — Uśmiechnąłem się powiekami do najstarszej córki Kamala. — Jakieś trzy tygodnie.
— I dopiero teraz nas odwiedzasz? Z jaką knajpą nas zdradzasz, draniu?
— Nie szlajam się po knajpach — skłamałem gładko. — Uważam na carskich żandarmów, siedzę w dziupli z resztą Ansarich. Słuchaj. — Nachyliłem się nad barem i konspiracyjnie zniżyłem głos. — Jest sprawa. Ozłocę cię.
Zahra wywróciła oczami, rzuciła ścierą z westchnieniem.
— No?
— Protokół trzeci — wymruczałem hasło usługi, przesuwając po blacie w jej stronę proszek od Tamera, zakrywając go ręką od góry przed ewentualnymi wścibskimi spojrzeniami. — Niebieskooki blondyn od siłowania się na ręce. Ten wysoki i głośny. 
Syrenia Przystań miała dla wybranych gości specjalną kartę usług. Na przykład można było rękami obsługi wręczyć komuś napój wzbogacony o... dodatkowy składnik. Zero ryzyka. Zawsze działa. Alkohol wychodził już z kuchni odpowiednio przygotowany, Zahra jedynie podstawiała go wskazanej osobie pod nos. 
— Avon — parsknęła na mnie Zahra, zadzierając nosek, ani myśląc, żeby zabrać ode mnie proszek. — Już myślałam, że się stęskniłeś i przyszedłeś na wino i ploty.
— A, przepraszam. — Podałem jej pod blatem hojnie wypchany mieszek. — Zapomniałem o najważniejszym. Kup sobie coś ładnego.
Sakiewka prysnęła, proszek, po chwili, również.
— Teraz rozmawiamy. — Zahra rozciągnęła usta w uśmiechu znudzonej lwicy. — Kiedy mu to zaserwować? Co powiedzieć? Jakieś większe życzenia?
— Zaraz pójdę tam, usiądę z nim i wezmę udział w konkursie. Przyniesiesz dwa drinki, powiesz, że na koszt firmy i prezent od właściciela dla zwycięscy, który... Nie wiem. Zapewnia nam takie atrakcje i zabawia gości. Wymyśl coś wiarygodnego. Tylko ich znowu, kurwa, nie pomyl.
— Czy ja pomyliłam cokolwiek kiedykolwiek? 
Westchnąłem. Nie chciałem znowu wyciągać jej tej historii. Przynajmniej się wtedy wyspałem jak nigdy i, gdy już się obudziłem, w końcu nie bolały mnie plecy.
— Idę — rzuciłem na odchodne. — Jak się spiszesz, odpalę ci coś ekstra.
Wybrałem nienajgorszy moment, bo zbliżyłem się akurat, żeby zobaczyć z bliska, jak smok, ku uciesze zgromadzonych, z całkiem imponującą przewagą pokonuje kolejnego śmiałka. Chyba przestawił mu bark. Monety grzechotały, podawane z rąk do rąk, ale coraz mniej osób się zakładało, skoro zwycięzca stał się już oczywisty.  
— To co? — przekrzyczał smok muzykę, uśmiechając się pod nosem z całkiem sporym samozadowoleniem, strzelając kostkami leniwie, z pewną dozą nonszalancji. — Ktoś jeszcze?
Stłumiłem westchnienie. Czego się nie robi dla Al-Ansar.
— Jeszcze ja — odkrzyknąłem. 
Mężczyźni przede mną obrócili się, niektórzy po prostu zrobili mi miejsce, inni przepchnęli mnie do stolika, jakby obawiali się, że jeszcze zmienię zdanie i skrócę im rozrywkę. Usiadłem na krześle, spojrzałem na smoka i blondynkę, czarną i szatynkę, uśmiechające się zza jego pleców jak trzy harpie. 
— Ale najpierw chcę trzy dziewczyny jako wsparcie moralne, trzy próby i siłować się prawą ręką — zacząłem się panoszyć. Nie dlatego, że zależało mi na wygranej, dlatego, że grałem na czas, czekając na drinki od Zahry. — Coś do picia również by się przydało, ten wachlarz w sumie też poproszę.

Liamik?

2426 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz