23 sierpnia 2026

Od Sabara cd. Liama

Zachowałem kamienną twarz, dopilnowałem, żeby nawet nie drgnęła mi powieka, gdy dotarło do mnie, że poniosłem jedno wielkie fiasko. Poczułem nieodpartą chęć, żeby jęknąć i uderzyć czołem w stół, ale, cóż, musiałem ciągnąć przedstawienie, nie mogłem wypaść z roli i dać po sobie poznać, że byłem w tarapatach i misterny plan A diabli wzięli. Smok nie wypił alkoholu z proszkiem od Tamera, choć Zahra, zgodnie z dobitym wcześniej targiem, zaserwowała mu go pod nos (aczkolwiek sztuczne łaszenie się i świecenie mu biustem przed oczami mogła sobie darować, niepotrzebna, zbytecznie zwracająca na nas uwagę szopka, takie zachowanie zupełnie nie leżało w jej naturze i na co dzień raczej łypała na piratów, niż słała im czarujące uśmiechy i spojrzenia spod rzęs). 
Plan B z kolei, cóż, nie istniał, nie miałem innych mocnych kart w rękawie, same blotki, jak śmiały pomysł z butelką w potylicę lub liczenie, że mój czarujący głos uśpi czujność smoka piosenką, a ja wtedy zrobię właściwie-nie-wiadomo-co, może zakuję go w dwimeryt od Hazan i będę się modlił do Al-Lat oraz Al-Uzzy, żeby zadziałało. Generalnie, jeśli pomysł z otruciem spalił na panewce, mogłem jedynie próbować szyć na bieżąco, ale Ansari na zebraniu podsunęli mi rozwiązania tak niedorzeczne, że chyba zrobiłbym najrozsądniej, gdybym przestał robić z siebie durnia i wykonał taktyczny odwrót.
Zresztą, najdroższe boginie, co tu się właściwie wydarzyło? Zahra przyleciała, pouśmiechała się, zaeksponowała wdzięki (bardziej ku entuzjazmowi piratów niż smoka, kilka osób za mną zagwizdało). Smok z kolei zachował się... niepokojąco nieoczywiście. Coś w jego gestach upojonych własną siłą i spojrzeniu polującego drapieżnika budziło we mnie wzmożoną czujność, wywoływało poczucie, że coś jest nie tak, sprawiało, że wszystkie zmysły biły na alarm, krzycząc: nie masz tu czego szukać, za silny oponent, czas brać nogi za pas. Smok najpierw sugestywnie podniósł kieliszek do ust, zamarkował, że zamierza upić łyk, w końcu się rozmyślił, wesoło podarował swój alkohol blondynce, a dziewczyna zanurzyła w nim wargi bez cienia refleksji (Cholera! Na co mi ta mała ladacznica? Tyle dobrego proszku jak krew w piach. Co ja zrobię, jeśli zaraz padnie mi tu trupem? Zostawię, pójdę, jak gdyby nigdy nic? Zresztą, nieważne, na pewno zaraz zlecą się chętni, żeby się nią zająć, w końcu jesteśmy w Syreniej Przystani. Reguły gry od początku były znane, mogła tu nie przyłazić, niewinni czasem, w takich miejscach, obrywają rykoszetem).
Jedna z moich teorii zakładała, że smok jakimś sposobem wyczuł proszek Tamera w swoim alkoholu i teraz, już w tym momencie, wiedział, co się święci. Nikay zresztą ostrzegał mnie, że drakonidy mają zmysły ostre jak brzytwa, ale jakoś tak... nie przywiązałem do tego większej wagi, narkotyki Tamera nigdy mnie nie zawiodły. Proszek nie miał ani smaku, ani zapachu, kiedyś, przez niekompetencję Zahry, miałem okazję wypić z nim drinka, nic nie poczułem, a o tym, że zostałem otruty, dowiedziałem się dopiero, gdy przedmioty wokół mnie zaczęły falować konturem w odcieniu płynącej, morskiej zieleni. Z drugiej strony... To, że nie był wyczuwalny dla ludzi, nie oznaczało, że nie był wyczuwalny dla smoków. Co jeśli szanowny pan Liam Everglade wiedział, że mam dla niego drinka z niespodzianką już w momencie, gdy postawiono przed nim alkohol? Jeśli wyczuł śladowe ilości proszku w mojej kieszeni, w której wcześniej trzymałem woreczek?
Brałem pod uwagę jeszcze jedną zmienną. Smok wypił mojego drinka. Całego. Jednym haustem. Jeśli tylko Zahra się pomyliła, a smok nic nie poczuł i nadinterpretowałem jego zachowanie... Istniała szansa. Niewielka, wiem. Powiedziałbym wręcz: nikła. Zahra na pewno by mnie nie oszukała, ale może znowu się pomyliła? Cholera jasna. Zbyt wiele niewiadomych i zmiennych, niczego nie mogłem być teraz pewien poza jednym: oba drinki zostały wypite, musiałem jedynie czekać i obserwować, które z nich zacznie się słaniać.
W międzyczasie rozpoczął się konkurs. Oceniałem swoje możliwości realistycznie. Nie czarowałem się, że mam większe szanse w pojedynku ręka na rękę ze smokiem z krwi i kości, tym bardziej, że widziałem, jak z niewymuszoną swobodą pokonuje poprzednich śmiałków. Stwierdziłem, że włożę w to tylko tyle energii i siły, ile będzie konieczne, żeby wiarygodnie zapozorować, że zgłosiłem się do konkursu dlatego, że naprawdę wierzę we własne zwycięstwo. Cóż, w innej sytuacji może poprzepychałbym się ze smokiem dla sportu, ale byłem w pracy, nie czas na zabawę. Poza tym nie mogłem sobie pozwolić na kontuzję, potrzebowałem sprawnej ręki, a ostatni pirat, który wyzwał smoka na pojedynek, wyszedł z niego z dość nieciekawym urazem barku. Zastanawiające swoją drogą, czy smok zerwał mu ścięgna, więzadła, złamał kość ramienną czy wybił cały staw. 
I, dla zupełnej jasności, to nie tak, że uważałem się za słabeusza. Zahartowały mnie lata fizycznej pracy na statkach przemytniczych, pracy, której nie każdy zdołałby sprostać. Jokasta na przykład, ulubiona łajba Hogana, była starą galerą, w dnie, które nie było wiatru, trzeba było wiosłować, czasem do utraty tchu i sił, szczególnie, gdy mieliśmy obsuwę w transporcie albo ogon. Napędzanie dwustutonowej, wyładowanej towarem galery siłą ludzkich mięśni, mhm. Jedno z moich ulubionych wspomnień. I jeden z powodów, dla których nie dawałem się ostatnio wrabiać w pływanie na Jokaście. Więc, wracając do smoka... prostu wiedziałem, kiedy należy schować ego do kieszeni. Nie miałem do czynienia z ludzką istotą, powątpiewałem zresztą, by jakikolwiek człowiek zdołał go pokonać.
Unikałem wzroku smoka, nie chciałem wdawać się z nim w zbędne przepychanki na spojrzenia. Poza tym nie zapominałem, że gad dysponuje bliżej niesprecyzowanymi przez Nikaya magicznymi zdolnościami. Zwykła prewencja na wypadek, gdyby smok, patrząc komuś w oczy, potrafił z nich czytać i mogła zdradzić mnie jakaś nieostrożnie sformułowana intencja.
— Możemy zaczynać? — błysnął smok zębami w pewnym siebie uśmieszku, oparł łokieć o blat, ruchem palców zachęcił do pojedynku.
Nie odpowiedziałem, stłumiłem westchnienie po raz kolejny tego wieczora. Dobre boginie, czego się nie robi dla Ansari? Miejmy nadzieję, że Hogan mi to wynagrodzi. Podałem smokowi rękę, ale nie jakoś chętnie, czułem się, jakbym wsadzał ją w pułapkę na niedźwiedzie. Skóra smoka nosiła wszelkie pozory ludzkiej fizyczności i tekstury, jednakże... bił od niej chłód przywodzący na myśl zimno gadziej łuski. 
— A tak w zasadzie, jak ci na imię? — zagaił, a gdy moje palce zasadziły się na jego, ścisnął moją rękę, jak się domyślałem, chcąc skupić na sobie mój wzrok i uwagę.
Planowanie porwania, zasada numer jeden: nie spoufalaj się z potencjalną ofiarą, nie podawaj żadnych informacji na swój temat. 
— Janek — palnąłem. — A tobie?
Nie żebym nie wiedział.
Smok zaśmiał się wesoło, dźwięcznie, z zaraźliwą swadą, trzeba było przyznać, potrafił się śmiać, bo nawet poważne dotąd dziewczyny, uśmiechnęły się lekko. Zręcznie zmienił układ naszych palców, potrząsnął moją ręką na powitanie z nutą teatralnej przesady.
— Miło mi poznać, Bonifacy jestem.
Nieznacznie uniosłem brew, popatrzyłem na niego z uprzejmym politowaniem. Przecież-wiem-że-nie. Smok uśmiechnął się pod nosem, odpowiedział spojrzeniem równie wymownym. Nie-ma-nic-za-darmo-prawdziwe-imię-za-prawdziwe-imię.
— Shams — ustąpiłem. Może i był to pewien ukłon w stronę smoka, choć, szczerze mówiąc, ani nie najszczerszy, ani nie najgłębszy. Takie imię nigdy nie istniało, nie konfigurowało w żadnym oficjalnym spisie i rejestrze. Któż zresztą ośmieliłby się je nosić? Słowo pochodziło ze staro-reyańskiego, oznaczało „słońce”. Symbol, jakim posługiwałem się w Ansari.
— Li- — zaczął smok, ale nie skończył, jego oczy na chwilę zaszły mgłą, uścisk na mojej ręce nagle zwiotczał. Stłumiłem ochotę, żeby podskoczyć na krześle. Czyżby? Blondwłosa piękność z kolei trzymała się nieźle, stała z biodrem wypchniętym w bok, wachlowała smoka niestrudzenie, z ustami wydętymi w grymasie w połowie świadczącym o pewności siebie, w połowie o pewnym znudzeniu sytuacją. Smok zamrugał, popatrzył na mnie chwilę, jakby łapiąc ostrość. Czyżby komuś objawił się słynny zielony kontur? Dodał po chwili, gdy jego spojrzenie odzyskało bystrość: — Liam. To co, rozumiem, że gotowy?
Podniesiony na duchu, płynąc sobie na chmurce nadziei, że Zahra pomyliła drinki, a smok lada moment odpłynie w gwiazd eony, uniosłem brodę, odpowiedziałem z umiarkowanie zaangażowanym półuśmieszkiem:
— Jeśli spełnisz moje warunki — upomniałem się o wachlowanie. 
Smok ani nie musiał blondynki prosić, ani nawet jej rozkazywać. Nie zmieniając pozycji, nie zaszczycając jej choćby spojrzeniem, jedynie sugestywnie nadstawił wolną rękę. Blondynka prychnęła jak kotka w złym humorze (ewidentnie na mnie), niechętnie wsunęła Liamowi w palce swój wachlarz. 
Poczułem na twarzy przyjemny podmuch powietrza.
— Usatysfakcjonowany? — zainteresował się smok. Uśmiechał się co prawda, ale miał we wzroku coś drapieżnie protekcjonalnego, trochę jak kot obserwujący wyjątkowo zabawną mysz. 
— Może być — odparłem niezobowiązująco, od niechcenia przepychając rękę smoka, że niby jestem gotowy i możemy zaczynać. Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Zastanawiające, czy smok kiedykolwiek brał pod uwagę scenariusz, w którym mysz, i to w pierwszym akcie, postanawia zapolować na kota.
Liam przepchnął moją rękę nieco, miałem wrażenie, że nie użył do tego pełni swoich sił. Zobaczyłem, że zamrugał, jakby próbował odzyskać ostrość widzenia na obrazie powoli rozmywającym się mgłą sennej zieleni. Zaśmiałem się w myśli, za tę pomyłkę z drinkami tym razem chyba Zahrę wyściskam. Zwęszywszy słabość przeciwnika, porzuciłem dotychczasowy plan, stwierdziłem, że nie wykorzystać takiej okazji byłaby wielka szkoda. Złapałem krawędź stołu wolną ręką, zacisnąłem zęby, zaparłem się na krześle, chcąc skończyć smoka szybko, bez zbędnych ceregieli, póki proszek Tamera trochę zaszumiał mu w głowie. Byłem blisko, bardzo blisko zwycięstwa, gdy smok przepchnął moją rękę z taką mocą, że, gdybym w porę nie rozluźnił mięśni i nie poddał się miażdżącej sile przerzutu, skończyłbym jak poprzedni śmiałek.
Wokół: okrzyki, wiwaty na cześć smoka, brzęk monet przechodzących z rąk do rąk, ktoś gwizdnął, ktoś zaklaskał, ktoś rzucił jakiś, ładnie mówiąc, nieuprzejmy komentarz na mój temat, bo, o ile dobrze usłyszałem, przegrałem mu zakład. Kapela dalej cięła w tle.
Smok, o dziwo, entuzjazmu z wygranej nie okazał, ba, jakby nieco spoważniał, a przynajmniej opuściła go dotychczasowa wesołość, znikł gdzieś upojony własną wspaniałością uśmieszek. No proszę, chyba coś sprawiło, że trudno było cieszyć się z kolejnego zwycięstwa. Och, wielka szkoda.
— Zamów mi wodę — polecił Liam blondwłosej dziewczynie, która, bez komentarza czy cienia sprzeciwu, czym prędzej skierowała się do baru.
Uśmiechnąłem się pod nosem, rozmasowując bark. Sucho w ustach po proszku Tamera, co?
— Może chciałbyś pójść na górę i trochę odpocząć? — Szatynka chyba zauważyła, że coś jest nie tak. Złapała smoka za brodę, spojrzała mu w oczy, dodała z czułością: — Musisz być zmęczony, chętnie się tobą zaopiekuję.
— Ty? — czarnowłosa parsknęła, odepchnęła ją, jak na kobietę, dość agresywnie. — Miałaś go ostatnim razem, moja kolej. 
— Przykro mi, drogie panie, że muszę popsuć wam wieczór. — Podniosłem się z krzesła, przepchnąłem się przez dziewczyny trochę nie po dżentelmeńsku, bezpardonowo wziąłem smoka pod ramię. Smokowi chyba się pogorszyło, bo nawet już nie oponował. Brak sprzeciwu całkowicie mnie uspokoił. Zamierzałem zabrać go na górę i tam w spokoju zdecydować, co dalej z nim zrobię. — Ale pan Everglade dzisiaj idzie ze mną.

Liam?

1733 słowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz