Ach, naprawdę, dawno nie spotkałem równie zabawnego człowieka jak ten, co właśnie prowadził mnie po schodach na górę, na piętro z pokojami do wynajęcia. Fascynującym było, jak gładko łyknął tę całą moją ściemę, że niby tak mnie proszek, którym doprawili z córką właściciela drinka drobny szczegół, że nie tego, co trzeba, sieknął. Zdecydowanie porwał się z motyką na słońce, nie zrobił żadnego rekonesansu w zakresie tego, jak najlepiej osłabić drakonidy, skorzystał z najgorszej z możliwych metod zatrucia i to jeszcze proszkiem, który tak łatwo dało się wywąchać. Moja siostra w pięć sekund byłaby w stanie wyrecytować dokładny skład tej mieszanki, ja niestety mogłem powiedzieć na jej temat wyłącznie tyle, że była zbyt słaba, by wyrządzić mi realną krzywdę. Nawet po wypiciu całej zawartości szklanki na raz, tylko na moment straciłem ostrość widzenia. Tymczasem facet ewidentnie wierzył, że jego plan jednak się powiódł, cały zadowolony parł właśnie niestrudzenie przed siebie, nawet mimo tego, że z każdym krokiem opierałem się na nim coraz bardziej, w połowie schodów już w zasadzie na nim wisząc.
Mimo wszystko trzeba mu było przyznać, że jak na człowieka był silny. Zdawało się, że nie rusza go zupełnie mój ciężar, ani razu się nie zachwiał ani nie zawahał, stawiając kolejny krok. Korzystając z różnicy wzrostu między nami oraz tego, że mój porywacz zwracał większą uwagę na otoczenie, niż na przyćpanego, półprzytomnego smoka, którego prowadził, poświęciłem dobrą chwilę, żeby mu się przyjrzeć raz jeszcze z bliska.
Miał niezwykle apetyczną aparycję. Aż żałowałem, że spotkaliśmy się w takich, a nie innych okolicznościach, bo może moglibyśmy spędzić wspólnie czas w nieco luźniejszy sposób. Niemal bezwiednie musnąłem palcem zniszczone morskim wiatrem i solą włosy mężczyzny, przerzucając mu ramię przez szyję i jeszcze bardziej, już zupełnie popisowo, się zataczając. Utrzymał mnie, objął ręką w pasie, mruknął coś pod nosem, że ,,jeszcze kawałek" i kontynuował nasz przemarsz półmrokiem wąskiego korytarza. Zdawało się, że większość i tak kiepskiej mocy żarówek oświetlających to miejsce była poprzepalana, przez co w części wspólnej dla gości nad plamami żółtego światła zdecydowanie dominowały głębokie cienie, dając nieco upiorne wrażenie. W pewnym momencie ktoś przypadkowy pojawił się na naszej drodze, jakaś młoda para, przyglądająca się nam podejrzanie. Shams uśmiechnął się do nich rozbrajająco, uspokajając, że ,,Kolega nieco przesadził z alkoholem, ale wszystko pod kontrolą, pomagam mu wrócić do pokoju". Opuściłem głowę, udając jeszcze większy bezwład, żeby ukryć cisnący się na usta krzywy uśmieszek. Także jego kłamstwa ludzie ewidentnie łykali jak pelikany.
Naprawdę interesująca z niego osoba. Szkoda tylko, że wybrał sobie dzisiaj zły cel. Mogłem jeszcze jakiś czas pociągnąć tę szopkę, dla czystej przekory i płynącej z niej dobrej zabawy, jednak ostatecznie, na koniec tego jakże fascynującego wieczoru, facet może skończyć tylko w jednym miejscu. I raczej nie będzie z tego zadowolony.
Ostatnie metry dzielące nas od drzwi pokonaliśmy już naprawdę wolno, bo intencjonalnie zahaczałem nogami raz o rozłożone na drewnianej podłodze dywany, raz o jakieś wybrzuszone wiekiem i wilgocią deski. Biedny Shams musiał się naprawdę namęczyć, żeby ustać ze mną w pionie. Zaczynałem czuć podziw dla niego, że jeszcze nie uznał, że po prostu będzie mnie ciągnąć po korytarzu za nogi, żeby było mu lżej. Chciał jednak pewnie do końca sprawiać pozory, szczególnie, że w czasie naszej wędrówki spotkaliśmy jeszcze kilka osób, to wracających do swoich pokoi, to wybierających się na jakieś nocne przechadzki.
Klamkę nacisnął łokciem, ciężkie, drewniane drzwi pchnął kolanem, żeby się otworzyły. Gdy tylko przekroczyliśmy próg pokoju, opadła z jego twarzy maska uprzejmego zaniepokojenia stanem kolegi, zastąpiona już zdecydowanie zmęczonym grymasem. Bez dalszych ceregieli rzucił mnie na spore, dwuosobowe łóżko, stojące na środku pokoju. Starałem się zachować jak największą bezwładność, upadając na średnio miękki materac. Wysłużone sprężyny zaskrzypiały w proteście, moje nogi od kolan w dół wystawały poza mebel, a Shams stanął nade mną, zamknąwszy uprzednio drzwi, z ramionami założonymi na piersi. Pospiesznie zamknąłem oczy, ciesząc się, że nie zapalił jeszcze światła.
W końcu jednak to zrobił, usłyszałem kliknięcie włącznika, a światło, które zalało pokój, widziałem i przez zamknięte powieki. Nie mogłem zobaczyć, co robi, słyszałem tylko nerwowe krzątanie się po pokoju, przerzucanie jakiś klamotów, aż w końcu brzęk, lekki stukot, jakby wielu elementów o siebie. Z trudem powstrzymałem przemożną ochotę, by uchylić powieki. Naprawdę chciałem zobaczyć, co też takiego właśnie skombinował, ale musiałem pozostać w roli... Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.
Jęknąłem przeciągle, że niby tak mnie po tym specyfiku bolała głowa, mężczyzny to jednak nie ruszyło chyba jakoś szczególnie. Poczułem po chwili na swoim prawym nadgarstku pewny uścisk spracowanych palców, który jednak szybko został zastąpiony chłodem jakiegoś materiału. Obręcz? Bransoleta? Uchyliłem lekko powieki, ponownie jęcząc cicho, przekręcając głowę tak, żeby mieć lepszy widok na prawą rękę. Od ciemnej, metalowej obręczy ciasno obejmującej mój nadgarstek odchodził łańcuch wykonany z tego samego materiału, co kajdany. Ciekawe...
W międzyczasie materac gdzieś obok mnie się ugiął, a zaraz potem poczułem nad sobą czyjeś ciało. Zamachnąłem się wolną, lewą ręką, ale tak nie za zgrabnie, mając nadzieję trafić faceta, ale zrobił unik. Ostatecznie okryłem oczy przedramieniem, że niby po to właśnie machnąłem w ogóle ręką, narzekając pod nosem na okropny ból głowy. Shams, który chyba się nade mną na łóżku pochylił, zamarł na moment, wyraźnie słyszałem zżerające go stres i napięcie. Mimo wszystko jednak sięgnął także po moją drugą rękę i na niej również zapiął ten sam przedmiot, co wcześniej na drugiej. Tym razem dość wyraźnie poczułem promieniujące z przedmiotu, znajome drgania.
Dwimeryt? Czy on mnie właśnie zakuł w dwimeryt?
Naprawdę z trudem powstrzymałem się, żeby nie parsknąć śmiechem. Nie zdołałem już jednak dłużej wytrwać w roli przyćpanego biedaka. Otworzyłem gwałtownie oczy, a pierwszym, co zobaczyłem, były szaroniebieskie tęczówki mojego towarzysza, które niemal natychmiast zmniejszyły się, zastąpione rozszerzoną do granic źrenicą. Wyraz jego twarzy z lekko spiętego także w mgnieniu oka się zmienił — na jawnie przerażony. Tak szybko spróbował wstać, żeby znaleźć się jak najdalej ode mnie, jak to było możliwe, że biedak stracił równowagę i upadł, lądując na mnie. Natychmiast spróbował się podnieść, ale specjalnie ruszyłem się w krytycznym momencie, żeby mu się to nie udało i musiał jeszcze chwilę dłużej spędzić z twarzą na mojej klacie. Wciąż ledwo dusiłem w sobie wybuch śmiechu.
— Oj, ale spokojnie, nie przeszkadzaj sobie. W sumie jestem ciekawy, do czego zmierzałeś — uśmiechnąłem się do niego zalotnie, sugestywnie poruszając biodrami. Facet natychmiast dostał nowych sił witalnych i, tym razem skutecznie, zerwał się z łóżka, po czym uciekł pod ścianę, byle dalej ode mnie. Spróbowałem wstać, ale kajdany, przyczepione chyba do ramy łóżka? jednak dość skutecznie mi to uniemożliwiły. Przynajmniej w pierwszej chwili. — Kurcze no, skoro bawią cię takie atrakcje... — potrząsnąłem kajdankami, unosząc znacząco brew.
— To dwimeryt — wyrzucił z siebie mężczyzna, zakładając ramiona na piersi. Nie byłem pewny, na ile jest to gest wyższości nade mną, a na ile raczej swego rodzaju samoprzytulenie w ramach dodania sobie otuchy.
Ugryzłem się w język w ostatniej chwili, żeby nie powiedzieć, że przecież widzę, co to jest. Zamiast tego zrobiłem jedną ze swoich lepszych, pokazowych, przerażonych min, wytrzeszczając oczy i lekko rozchylając usta w wyrazie szczerego niedowierzania tym, co właśnie usłyszałem.
— Nieładnie tak odbierać komuś jego moce, nie sądzisz? — spytałem, wywijając usta w smutną podkówkę.
— To ze względów bezpieczeństwa — sięgnął do kieszeni spodni, wyłowił z nich komórkę. No nie, serio, tak szybko...? Myślałem, że nieco dłużej będzie chciał ze mną pogadać. Żałosne. — Przynajmniej teraz mogę mieć pewność, że nic mi nie... — napiąłem mięśnie rąk i jednym, gwałtownym ruchem szarpnąłem kajdany, które poddały się, jakby były zrobione z papieru, a nie litego metalu — ...zrobisz — dokończył, ale minę miał nietęgą.
Widziałem, jak mimo tego, co zobaczył, zawzięcie klika w telefonie, zerwałem się więc z łóżka, na które mnie rzucił i w dwóch susach znalazłem się przy nim. Szybciej, niż zdążył zarejestrować, złapałem za jego nadgarstki i bez większego wysiłku przycisnąłem je do ściany nad jego głową. Pochyliłem się do mężczyzny tak, że nasze nosy niemal się stykały.
— Kurcze, muszę ci podziękować za dostarczenie mi dzisiaj rozrywki — zacząłem, sunąc powoli palcami w górę po nadgarstku dłoni, w której trzymał komórkę. — Tylko widzisz, niestety, nie zamierzam dać się nigdzie zaciągnąć, mam już inne plany — złapałem wspomniane urządzenie i odrzuciłem, blokując je, na łóżko za moimi plecami. — Oj, chyba nici z wzywania wsparcia — nachyliłem się do faceta jeszcze bardziej, ustami niemal muskając płatek jego ucha. — Także zostaliśmy sami... Ciekawy jestem, jakie jeszcze asy masz w rękawie, hm? Do tej pory plan, muszę przyznać, miałeś w zasadzie dobry... Tylko wykonanie wyszło chujowo, sugeruję ci zmienić informatora, bo straszny z niego konował, skoro dał ci te wszystkie cuda obiecując, że pomogą ci złapać smoka.
Nie byłem co prawda pewny — z tego, co udało mi się wyczytać z jego głowy — czy aby na pewno dostał te wszystkie rzeczy od jednej osoby. Może było ich kilka? Nie miało to jednak większego znaczenia, bo jaka by nie była pełna prawda, teraz głośno i wyraźnie słyszałem wyjącą w jego głowie, z każdym moim słowem coraz bardziej, panikę.
Wypuściłem powietrze nosem tak, że owiało jego kark, poruszając luźnymi kosmykami spalonych słońcem włosów. Aż chciałoby się skosztować...
Sabar? :3
1476 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz