Gdy na rozgrzane ciało inspektora spadły pierwsze krople deszczu, dokładnie pochował rzeczy pod tropik, który sięgał idealnie do ziemi, a te istotniejsze wsadził do środka namiotu, wciskając je w jego kąt. Sam wszedł po chwili, od razu się kładąc, gdyż z siedzeniem nie było żadnych szans. Zdjął buty, żeby nie brudzić wnętrza i podciągnął nogi bliżej siebie, zginając je w kolanach. Przez chwilę siedzieli w ciszy, wsłuchując się w dźwięk opadających kropel deszczu, lecz gdy brunet wyczuł charakterystyczny zapach burzy, wiedział, że zaraz pogoda pokaże, na co ją stać.
— Boisz się burzy? — zapytał spokojnie, wyliczając czas do pierwszego grzmotu. Wyczuwał to napięcie w powietrzu, jakby cała komórka burzowa była właśnie nad nimi.
— Nie, nawet ją lubię.. — odpowiedziała, lecz gdy nagle nad ich głowami rozległ się głośny huk, Alina lekko się wzdrygnęła zaskoczona.
— Ale się wzdrygnęłaś. — spojrzał w jej stronę, lecz nie wyczuł strachu w jej strony. — Chodź, coś Ci pokaże.. — dodał, kładąc rękę na karimacie, dając rudowłosej znać, żeby położyła się obok niego. Patrzyła na niego niepewnie, lecz z nutą zainteresowania. — Przecież nie zaciągam Cię do łóżka.. — zaśmiał się cicho, co znacznie ją rozluźniło.
— Ciężko zaciągnąć kobietę do łóżka, gdy się go nie ma. — odparła, wskazując na karimaty.
— Dla mnie to nie problem. — mruknął, co spowodowało zatrzymanie Aliny w pół kroku. — No chodź. — ponaglił ją z lekkim uśmiechem na twarzy.
Gdy Alina położyła się obok inspektora, kładąc głowę na jego ramieniu, ten uniósł drugą dłoń i zarzucił iluzję na namiot, robiąc z niego przeźroczysty materiał. Ich oczom ukazały się korony drzew, mając idealne okno na niebo, po którym co chwilę przemykał pojedynczy piorun.
— Pięknie to wygląda. — powiedziała po chwili obserwacji. — Ale czy jesteś pewny, że możesz używać mocy? — zerknęła na bruneta.
— Taka iluzja jest mniej męcząca niż chodzenie po lesie. — odpowiedział spokojnie, nie odwracając wzroku od nieboskłonu. Po chwili poczuł, że i jej spojrzenie wróciło w to samo miejsce. Długo mu się przyglądała jak na jedno pytanie...
— Często Ci się zdarzają takie wypady za miasto? — zapytała, przez co Walter na chwilę się zamyślił.
— Kiedyś dużo podróżowałem. — powiedział, cicho przy tym wzdychając. — Teraz... w sumie nie mam na to czasu. — dodał, zakopując w swej pamięci wszelkie wspomnienia z rodziną. Nie dzisiaj, nie tutaj.
— Rozumiem to. Mamy dość czasochłonny charakter pracy. Niby robisz swoje i wychodzisz do domu, ale jednak praca idzie z Tobą. — westchnęła.
Do samej nocy lało i grzmiało, przez co cały czas leżeli obok siebie i rozmawiali o mało istotnych rzeczach. Momentami się prawie kłócili, przy innym temacie śmiali się i smucili, rozmawiali tak dobrze, jakby znali się od dziecka, lecz żadne nie poruszało spraw mocno prywatnych.
Gdy nadszedł czas snu, każde przebrało się w coś luźniejszego, oczywiście szanując prywatność drugiej osoby, choć Walterowi było trudno oderwać wzrok od jej delikatnego ciała. Gdy tylko uniosła koszulkę na wysokość klatki piersiowej, mocniej ścisnął szczękę, ale że nie chciał być burakiem, odwrócił się do niej tyłem. Cicho westchnął, a gdy nadeszła jego kolej na zmianę ubioru, nie krępował się tym. Siedział bokiem do rudowłosej i jednym sprawnym ruchem pozbył się koszulki, oczywiście zahaczając ręką o sufit namiotu. To na szczęście nie naruszyło jego konstrukcji. Gdy brunet zerknął w stronę pani doktor, widział, jak jej spojrzenie wędruje po jego klatce piersiowej.
— Mi zabroniłaś się przyglądać. — mruknął, delikatnie się uśmiechając.
— Ja... Chciałabym sprawdzić Twoją ranę pooperacyjną, wiesz, żeby zobaczyć, jak się goi. — powiedziała, starając się zachować swój profesjonalizm.
— Dobrze, Pani doktor.
Alina podeszła bliżej bruneta, ostrożnie przyglądając się niedawno zamontowanym implantom. W pewnym momencie jej rozpuszczone włosy opadły na twarz, lecz zanim zdążyła je poprawić, Walter zrobił to za nią. Delikatnie założył luźne kosmyki za jej ucho, czego zdecydowanie się nie spodziewała, ale, o dziwo, nie zaprotestowała. Ich spojrzenia skrzyżowały się ze sobą, lecz oboje milczeli. Brunet ponownie dotknął jej policzka, by chwilę później złożyć na jej ustach delikatny pocałunek. Nie wyczuł sprzeciwu, więc ponowił ruch, tym razem spotykając się z odwzajemnieniem. Ostrożnie zmienili pozycję, kładąc Alinę na karimacie, podczas gdy Walter oparł się kolanami o ziemię, podtrzymując jej uda na swoich. Nie przerywał przy tym pocałunku, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej namiętny. Zdrową dłonią dotknął jej talii, powoli przesuwając ją w stronę bioder, by po chwili móc delikatnie dotykać jej ciała pod koszulką. Krążył opuszkami palców po jej talii, przerywając pocałunek tylko po to, by złożyć kolejne na jej szyi. Między nimi zaczęło robić się gorąco i chyba żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Byli już o krok od pozbycia się ubrań, kiedy nagle, zaledwie kilka metrów od nich, uderzył piorun, rozświetlając na moment wnętrze namiotu. Głośny huk poniósł się po okolicy niczym grom z nieba, na co dwójka zdecydowanie nie była przygotowana. To wystarczyło, by wszelkie zapędy momentalnie zostały ugaszone, a Walter zmuszony był ponownie wyciszyć targające nim emocje. Gdy odgłos burzy zamilkł, wnet dało się usłyszeć trzeszczenie połamanych drzew, które z impetem leciały prosto w ich stronę. Widzieli to, gdyż nadal górna część namiotu była pokryta przeźroczystą iluzją. Mercer musiał działać szybko. Bez zbędnego namysłu, wytworzył coś na wzór pół okrągłej tarczy, na której zaraz wylądowało kilka połamanych sosen. Z przytłumionym hukiem odbiły się od magicznej bariery i ciężko opadły na ziemię, pozostawiając po sobie nieprzyjemną ciszę.
— Wszystko w porządku? — zapytał Alinę, widząc strach i niepokój w jej oczach.
— Tak, chyba tak. — odpowiedziała, wysuwając się spomiędzy nóg bruneta, przyjmując pozycję siedzącą. — Nigdy więcej nocowania w lesie podczas burzy. — dodała, na chwilę się uśmiechając.
— Pójdę sprawdzić okolicę, czy aby na pewno nadal jesteśmy tutaj bezpieczni. — powiedział spokojnie, zarzucając na tors jedynie bluzę z zamkiem, którą miał pod ręką.
— W tej ulewie?
— Deszcz mi nie groźny, z cukru nie jestem. — zerknął w jej stronę z delikatnym uśmiechem, po czym sprawnie opuścił namiot.
Tak naprawdę musiał się przejść, schłodzić ciało i umysł, które w obecnym stanie, głównie przez to cholerstwo na ręce, mogły nie działać racjonalnie. Jest jednak w połowie gadem, dzikim stworzeniem o zwierzęcym instynkcie, które lepiej, żeby nie przejmowały nad nim znacznej kontroli. Na samą myśl o Alinie, jej zapachu, delikatnej skórze oraz zjawiskowych oczach, znowu robiło mu się gorąco. Będzie musiał się opanować, jeśli ich znajomość, a może już przyjaźń, ma wytrzymać dłużej niż kilka tygodni...
Gdy wrócił do namiotu, rudowłosa już smacznie spała, zwinięta w kąt, okryta kocem Waltera. Na ten widok lekko się uśmiechnął, ściągnął bluzę oraz spodenki, pozostając w samych bokserkach, po czym sam położył się niedaleko kobiety. Nie potrzebował okrycia, nie było mu zimno, rzadko kiedy to odczuwał...
Przez całą noc wiercił się z miejsca na miejsce, a gdy tylko usłyszał śpiew porannych ptaków, ostrożnie wyszedł z namiotu, ubrał spodenki i skierował się w stronę przerwy między drzewami, która powstała wczorajszego wieczoru. Jak się okazało, nieopodal znajduje się jezioro, które skierowane jest idealnie na wschód, dzięki czemu widok wschodzącego słońca zapierał dech w piersi. Mercer dawno czegoś takiego nie widział i tak bardzo urzekł go ten widok, że musiał usiąść na ziemi, opierając się o świeżo powalone drzewo. Taka spokojna obserwacja doprowadziła do tego, że ostatecznie zasnął, zmieniając pozycję na znacznie wygodniejszą... Choć pewnie i tak wszystko będzie go po tym boleć.
Alinka? c:
1161 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz