23 sierpnia 2026

Od Luthera — Droższe nie znaczy lepsze

Dzień rozpoczął się od porannego spaceru z Delicją, na którym spędzili dobre trzydzieści minut. Ulice Deiranu były o tej porze puste, a poranna rosa pozostawała na butach i łapach. Delikatny powiew chłodnawego powietrza, przyjemnie łaskotał nos. Ułożone włosy zostały rozmierzwione przez te lekkie powiewy wiatru. Uliczne kawiarenki były pozamykane, wszystkie krzesła ułożone na stołach budowały wrażenie, jakby były to szkolne sale. Wyglądały na, delikatnie mówiąc, opuszczone. Gdyby nie to, że budynki są nowoczesne i w centrum miasta, to mogłyby posłużyć dla osób, które lubią zwiedzać opuszczone miejsca, poznając ich całą historię. Na szczęście, to, że lokale wyglądają na opuszczone, jest tylko w momencie, gdy nie są dobrze oświetlone i w środku panuje półmrok, potem wszystko wraca do codzienności. Choć zapewne na Halloween może to niektórych przyprawić o zawał, gdy w środku będą znajdowały się różnego upiorne ozdoby. A jeszcze trochę i w sklepach na półkach pojawią się takowe dekoracje.
Delicja radośnie biegła w kierunku Luthera ze swoją nową zdobyczą, czyli wielką gałęzią, która musiała spaść na ziemię. Luther patrzył z wymalowanym rozbawieniem i niedowierzaniem na twarzy. Ta nowa zabawka była na tyle duża, że psina kilkukrotnie robiła przerwy, aby odpowiednio złapać gałąź. Ostatecznie i tak położyła ją u nóg właściciela, radośnie merdając ogonem, przybierając pozę do zabawy. I nie było zmiłuj, że on nie chce. 
— No już, już — uspokoił Delicję, gdy ta zaczęła szczekać na niego w oczekiwaniu na rzut gałęzią. Podniósł zabawkę z ziemi i rzucił w przeciwnym kierunku, a sunia pędem ruszyła w pogoń za latającym przedmiotem.
Wrócili do domu już bez nowej zabawki, bo Luther nie zamierzał mieć w domu składowiska badyli do ogniska. Kominka nie miał, a domku sezonowego jeszcze nie kupił. Może w końcu to zrobi i poranne ekspansje z Delicją w końcu będą miały sens. Choć domyślał się, że jak wrzuci te wszystkie gałęzie do ogniska, to się na niego o to obrazi. 
W mieszkaniu zabrał Delicję do łazienki, gdzie wysuszył jej łapki z porannej rosy zmieszanej z piaskiem. Dopiero potem wpuścił ją do Yassina, który słodko spał w najlepsze w sypialni. Luther umył ręce i poszedł do kuchni, zabierając się za przygotowanie śniadania. Chociaż dochodziła dopiero siódma dwadzieścia, to chciał już wszystko mieć przygotowane, żeby potem tylko dokończyć robienie. Dzisiaj na śniadanie postawił na naleśniki. Nie chciał robić nic bardziej wykwintnego ze względu na dzisiejszą wizytę w restauracji. 
Yassin wstał chwilę po dziewiątej, zastając Luthera w salonie, gdzie skakał po kanałach w telewizji. Czarnowłosy nieumiejętnie się zakradł, aby zasłonić oczy partnerowi.
— Zgadnij, kto to! — zaśmiał się uradowany, że nie został zauważony. Lu teatralnie złapał się za pierś, okazując, że został wystraszony. Co z tego, że już usłyszał kroki partnera i kątem oka widział, jak zmierza do niego.
— Ah! Nie wiem! Jakiś duch? — zapytał Luther, starając się ściągnąć dłonie ukochanego, ale ten uparcie je trzymał. 
— Beeep! Źle! 
Firebane udawał, że zaczął się zastanawiać, rzucając różne imiona znajomych mu osób, aż w końcu powiedział:
— Yassin!
— Taaak! Brawooooo! Wygrałeś uwaga-uwaga — zdjął ręce z oczu Luthera, aby obejść kanapę i stanąć naprzeciw niego, zaczął grać na niewidzialnej perkusji, wydając z siebie coś pokroju tururururu, aby na końcu wykrzyczeć: — Buziaka!
Dotrzymał słowa i złożył czuły pocałunek na policzku partnera, przy okazji władowując mu się na kolana. Przyległ do ciała Luthera niczym mała koala do własnej matki. Raczej nie planował się z tej pozycji ruszać. Dlatego też Firebane objął ciasno Yassina w pasie, opierając swój policzek o jego głowę i przymknął powieki, rozkoszując się chwilą spokoju. Nie trwało to za długo, bo w końcu przybiegła Delicja, która z impetem wbiegła w mężczyzn, doprowadzając do rozłamu uścisku i sama zajęła wcześniejsze miejsca Yassina. Dumnie wypięła pierś, patrząc na czarnowłosego z góry, a następnie podstawiła pysk do Lu w celu uzyskania miziania. Oczywiście, że jasnowłosy jej nie odmówił. Jednak już po chwili Yassin objął Delicję i siłą ściągnął ją z Luthera, kładąc się na plecach, powiedział, że mężczyzna może uciekać. 
Firebane zaśmiał się, wstając z kanapy, patrząc, jak Delicja wierzga, aby stanąć na łapach, co Herreira jej skutecznie uniemożliwiał. Jednak w końcu się poddał, a psina pobiegła za Lutherem do części kuchennej. Mężczyzna zabrał się za smażenie naleśników, w międzyczasie wstawiając wodę na kawę, która już była przygotowana w ulubionym kubku jego narzeczonego. Tak dla ścisłości, był to kubek z lwem. Dlatego był jego ulubionym. 
Kiedy śniadanie było gotowe, Yassin usiadł przy stole ze słoikiem nutelli i dżemem malinowym, zastanawiając się, z czym chce jeść. Nie potrafił się zdecydować, więc jednego naleśnika zjadł z nutellą, a kolejnego z dżemem. 
— Dzisiaj idziemy do tej restauracji, do której wygrałeś w Wielkiej Loterii? — zapytał mężczyzna, wkładając kolejny kawałek naleśnika do buzi.
— Tak, mamy rezerwację na szesnastą — odparł Lu, krojąc naleśnika. Kiedy nabił go na widelec i skierował w swoim kierunku, zauważył, jak Yassin się w niego wpatruje, a raczej w kawałek słodkości. Firebane westchnął, po czym podsunął naleśnika pod usta partnera. — Zrób aaa —  zademonstrował, a Yassin powtórzył, a następnie wziął słodkość do ust. 
Udał, że się rozpływa, poprzez trzymanie się za policzki i mamrotanie, że jakie to dobre! Po zjedzonym śniadaniu i wypitej kawie Luther poszedł wziąć prysznic, bo nie zrobił tego po porannym spacerze. Oczywiście, jak już Herreira nie spał, to nie było mowy o samotnej kąpieli. Już po chwili dołączył do jasnowłosego, przytulając się do jego pleców. Wspólny prysznic nie trwał za długo, bo Delicja ciągle czatowała pod drzwiami od łazienki, intensywnie wąchając, wzdychając, a nawet i piszcząc. Czarnowłosy wyszedł pierwszy, więc sunia za nim pobiegła do sypialni, ciągle na niego skacząc. 
— No zostaw mnieeee! — żachnął się Yassin, unikając Delicji łap niczym ognia. 
Luther w tym czasie ominął dwójkę i przebrał się w czyste, schludne ubrania. Jeszcze mieli sporo czasu do wyjścia, więc nie zakładał garnituru. Jednocześnie nie uśmiechało mu się chodzić nago albo w dresie. Biały t-shirt i czarne spodenki idealnie się komponują. Szczególnie kiedy koszulka przylega do ciała, a nie zwisa, jak worek od ziemniaków.
Yassin wskoczył na Luthera, ręką pokazując, że ma zabrać swojego psa, bo jest przez niego nękany. Firebane zaśmiał się perliście, łapiąc partnera pod udami, delikatnie podrzucając go do góry, aby wygodniej go trzymać. 
— Jestem twoim rycerzem?
— Tak! Teraz musisz mnie pocałować! — Lu nie miał nawet czasu na reakcję, a Yassin złączył ich usta w czułym pocałunku.
Herreira ułożył dłonie na policzkach Luthera, delikatnie je gładząc opuszkami palców. Zassał się delikatnie na dolnej wardze jasnowłosego, prosząc w ten sposób o pogłębienie pieszczoty. Nie musiał długo prosić, bo mężczyzna sam wsunął język do ust narzeczonego, zaczepnie pocierając o ten jego. Yassin mruknął zadowolony, ciaśniej zaciskając uda wokół bioder Luthera, aby nie spaść. Jednak nic co dobre, nie trwa wiecznie, bo Delicja zaczęła wokół nich skakać, głośno szczekając. Czarnowłosy gestem ręki wskazał, aby się uciszyła, ale na marne. Dlatego odsunął się do tyłu, spoglądając na sunie. 
— Atencjuszka i zazdrośnica — wytknął jej język, a następnie raz jeszcze połączył swoje usta z tymi Firebane'a, na koniec zasysając się na dolnej wardze. 

*

Para pojechała do restauracji tym razem samochodem, żeby nie przyciągać aż tak uwagi. Swoim ubiorem nie wyróżniali się na tle pozostałych gości. Zajęli stolik, który został im wskazany przez kelnera. 
— Czyli co? Dzisiaj pizza? — spytał Yassin, przechylając głowę na bok, przyglądając się partnerowi. 
— Musisz ocenić, kto robi lepszą. Ja czy tutejszy kucharz — odpowiedział Lu, posyłając mężczyźnie delikatny uśmiech.
Herreira odwzajemnił uśmiech, opierając się łokciami o stolik, nachylając się delikatnie w kierunku partnera. Zamówili jeszcze lemoniadę do picia, aby, w razie, gdyby pizza okazała się tragiczna, mieć posmak cytryny w buzi, która zabije nieprzyjemny smak. Ich zamówienie przyszło po dobrych dziesięciu minutach. Pizza była mała, może trochę większa niż standardowa w fast foodach. Zapach był znośny. Para popatrzyła na siebie, a następnie na danie. Żaden z nich nie chciał próbować pierwszy. Dlatego po dłuższej batalii na spojrzenia, oboje wzięli po kawałku na swój talerz, a następnie sztućcami ukroili kawałek. Choć zawsze jedzą pizzę, trzymając ją w dłoni, to teraz dostosowali się do restauracji, w której się znajdowali. 
Pierwszy kęs nie przebijał wszystkich smaków, które znajdowały się na pizzy. Ciasto było dobrze wyrobione, ale mogło być lepiej. Trochę za bardzo przypieczone w kilku miejscach, więc przebijał się delikatnie smak spalenizny. Ser nie był najlepszych lotów w odczuciu Luthera, nie miał tego przyjemnego posmaku, o ciągnięciu się zapominając. 
Kolejny kęs to było już natknięcie się na całą gamę smaków, które były zaserwowane, czyli kawior z jesiotra, trufle, foie gras, 24-karatowe jadalne złoto, przebijane smakiem sera cabrales. Pojedynczo smakowałoby to tragicznie, ale razem było zjadliwe, ale nadal bez szału. 
Ponownie ukroił kawałek pizzy, wziął go do buzi, dokładnie przeżuwając. Pozwolił, aby gama smakowa ponownie uderzyła w jego kubki smakowe. Jednak czy była to eksplozja dla jego podniebienia? Nie. Jadł lepszą pizzę w pobliskich pizzeriach, już nawet nie wspominał, że jego pizza smakuje milion razy lepiej, niż ta tutejsza.
Każdy kolejny kęs sprawiał, że pozostawał w ustach nieprzyjemny posmak, przez co popijał każdy gryz lemoniadą. Nie dało się tego jeść bez picia. 
Spojrzał na Yassina, którego mina mówiła wszystko: co to za gówno niezjadliwe. Luther z trudem powstrzymał się od parsknięcia. Odłożył sztućce, a następnie sięgnął do dłoni ukochanego.
— Nie jedz, jeśli ci nie smakuje — powiedział nieco ściszonym głosem, aby nie zwracać uwagi innych gości.
— Nie mam zamiaru — odparł czarnowłosy, popijając pizzę napojem. — To był dobry pomysł z tą lemoniadą. 
— Wiem — zaśmiał się Lu, wracając do jedzenia.
Zostały mu trzy kawałki, a niezbyt widziało mu się jedzenie tego. Jednak zmusił się, żeby to zjeść. Niestety, ostatecznie dwa kawałki pozostały na stoliku. Po wszystkim opuścili restaurację, wzdychając z ulgą. Popatrzyli na siebie, kręcąc głową, że nie była to gra warta świeczki.
— Dobrze, że to było za darmo! — oznajmił Yassin, krzyżując ręce na znak litery „x”. — W życiu bym nie zapłacił takiej kolosalnej ceny! To nie jest tyle warte! A to złoto? Obrzydliwe! To tak źle smakowało. Jeszcze zostawiało nieprzyjemny posmak na podniebieniu. 
— Zgadzam się, nie jest to warte takich pieniędzy. Spróbowaliśmy za darmo, to już wiemy, czego unikać — odparł Luther, otwierając drzwi od strony pasażera. — Teraz jedziemy na prawdziwą pizzę.
— Twoją?
— Nie, do naszej ulubionej pizzerii! 
Yassin radośnie zaklaskał, podskakując w miejscu, po czym wsiadł do auta, robiąc delikatny ukłon w stronę Luthera. 
— A, właśnie! Miałem ocenić, która pizza lepsza. To raczej logiczne, że twoja! — powiedział entuzjastycznie, zapinając pasy. — W tej restauracji, to dobra chyba tylko lemoniada była.
— No ja myślę — odparł Lu, pstrykając partnera w czoło.
— A to za co?! 
— Dla zasady.
Mężczyźni pojechali do swojej ulubionej pizzerii, gdzie każdy zamówił coś dla siebie. Kiedy otrzymali swoje dania, przyjemny zapach świeżej pizzy uderzył w ich nosy. Wzięli po jednym kawałku do ręki, po czym ugryźli kawałek i wydali z siebie ciche mruknięcie. Tak, to była najlepsza pizza, a nie tamto cholerstwo, które jedli. Zwykła, prosta pizza smakowała milion razy lepiej, bo była dobrze zrobiona. Ciasto było puszyste, nie było gumowate ani spalone. Wszystko było wypieczone idealnie, a ser cudownie się ciągnął.
Wyszli z pizzerii po opłaceniu rachunku i skierowali się do pobliskiego parku, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. 
— To co, gdzie następna randka? — zapytał Luther, układając dłoń na udzie Yassina. 
— Nie wiem, na pewno nie w tamtej restauracji! — odpowiedział, przez co Firebane parsknął, kręcąc w niedowierzaniu głową.
— Zgadzam się, skarbie. Na pewno tam już nie pójdziemy — zapewnił, nachylając się w stronę ukochanego, aby złożyć delikatny pocałunek na jego czole. 
— Pfff! Droższe nie znaczy lepsze! — podsumował Herreira, na co Lu się zgodził, cmokając narzeczonego w usta. 
— Kocham cię — wymruczał prosto do ucha Yassina, nosem delikatnie je pocierając.
— Ja cię też, Lutek — odpowiedział czarnowłosy, opierając swoją głowę o tę partnera. 

1888 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz