Nudziłem się jak mops.
To było wręcz niepojęte, jak można było tak niefartownie władować się do odizolowanego portu dokładnie wtedy, gdy ktoś w końcu uznał za zasadne zrobić coś z kwitnącym w tym miejscu przemytem. Niestety, tak się złożyło, że miałem w Talarze interesy. Tylko głupi by nie skorzystał z przedstawionej nam kilka dni wcześniej oferty — przypłynąłem więc tu razem z kilkoma członkami naszej wspaniałej organizacji, którzy akurat nie mieli nic do roboty, żeby odebrać przeszmuglowane przez inną ekipę Szepczące Wazy, sprzedawane za bezcen w Madkiwe, z potencjałem do otrzymania za nie pokaźnej sumki u kolekcjonera, z którym od lat współpracowaliśmy. Tanio, szybko, bezproblemowo.
Tylko przez tę cholerną Carską Armię cały nasz plan wziął w łeb.
To znaczy towar odebraliśmy. Tylko teraz nie dało się za bardzo opuścić z nim portu, nie ryzykując głową. Mieliśmy ambitny pomysł przytroczyć ładunek do moich pleców, żebym po prostu z nim odleciał w cholerę, niestety okazało się, że nie tylko szlaki morskie są kontrolowane przez nasz wspaniały rząd, drogą powietrzną również nic się w najbliższym czasie raczej nie przeciśnie. Nie pozostało nam więc nic innego jak cierpliwie czekać, aż cała ta sytuacja się uspokoi. Pewnie za całkiem niedługo złapią kilku nieostrożnych, co mimo wszystko będą chcieli opuścić port z kontrabandą pod pokładem, pokazowo przedstawią im publicznie zarzuty, osądzą, po czym dadzą sobie spokój i wrócą do domu. Przecież wszystkich siedzących tu osobistości, mających nie po drodze z przestrzeganiem prawa, nie zamkną. Wystarczyło cierpliwie czekać.
Niestety, od kilku dni moja cierpliwość wisiała na włosku. Siedzenie cicho jak mysz pod miotłą nigdy nie należało do moich ulubionych zajęć. Oddałem więc w końcu Wazy pod opiekę Aarona, wierząc, że jako jedyny z moich ludzi nie spartaczy sprawy jakimś głupim wystawieniem nosa z kryjówki, a sam uznałem, że zdecydowanie najlepszą opcją ukrywania się będzie taktyka ,,najciemniej jest pod latarnią". No bo kto zwróci uwagę na panoszącego się drobnego pijaczka-awanturnika, kiedy stoi przed nim szansa na złapanie jakiejś prawdziwej grubej ryby światka przestępczego, których wedle mojej wiedzy sporo tu utknęło? Fakt, że dzięki tej taktyce monotonia dnia codziennego nagle stała się jakby bardziej znośna, to tylko dodatek, naprawdę! Że niby tylko to mną kierowało, a nie jakieś tajne taktyki? Pomówienia! Ci, co tak twierdzą, nie doceniają mojego geniuszu, ot co!
Ostatecznie, skoro Aaronowi i reszcie taki układ nie przeszkadzał, tym bardziej nie widziałem powodu, by nie móc oddać się ciekawszym zajęciom, niż udawanie całymi dniami, że mnie tu wcale nie ma. Nie byłem powszechnie znany władzy, łatwo mogłem zmienić wygląd, gdyby sytuacja tego wymagała, jak nikt potrafiłem mylić tropy. Z pełnym zaangażowaniem wziąłem więc na siebie rolę odwracacza uwagi. Nie spodziewałem się tylko, że Ted, istny geniusz z mojej ekipy, zacznie jeszcze na dokładkę do tego całego mojego pajacowania rozpowiadać po kątach plotki, że jestem smokiem. Wszystkie matoły, co przyjeżdżając tu liczyły na łatwy zarobek, a skończyły chowając się przed czujnym wzrokiem Carskiej Armii, nagle uznały, że mnie sobie złapią — zapewne z chęci wykorzystania jakoś powstałego nieplanowanie ,,międzyczasu" oraz podreperowania swoich funduszy, uszczuplonych znacznie rozbijaniem się co wieczór po lokalnych tawernach. Nie wiem tylko, skąd w ich głowach pojawił się pomysł, że uda im się mnie porwać.
Cóż, przynajmniej zabawnie było obserwować, jak jeden po drugim robią z siebie debili, próbując.
Pierwszy głupiomądry typek, co podjął się wyzwania, skończył z nosem rozkwaszonym o blat jednego z ciężkich, drewnianych stołów wypełniających podrzędnej jakości tawernę na obrzeżach miasteczka. Poszedłem tam z ciekawości, bo ponoć mimo, że obskurny wygląd nie zachęcał, podawali jedną z lepszych zup rybnych w Talarze. Napakowany łysol, nosem sięgający mi może do mostka, postanowił przerwać mój posiłek, zamaszystym ruchem przewracając stojącą przede mną, pełną miskę. Drogocenny bulion, faktycznie niezwykle smaczny, rozlał się po stole, a wraz z nim mój dobry humor. Facet poległ w może 5 sekund, tyle zajęło mi poderwanie się z miejsca i wyciągnięcie do niego ręki.
Kilku kolejnych uznało, że ,,w kupie siła", zasadzili się na mnie w nieoświetlonej alejce, wcześniej płacąc pewnej popularnej w okolicy pani do towarzystwa, aby mnie do nich doprowadziła. Niestety dla nich, gdy już wyciągnęła mnie na zewnątrz i prowadziła pod ramię do ustalonej lokalizacji, była niezwykle zadowolona z łatwego zarobku, jaki czekał na nią tuż za rogiem. Nie musiałem się nawet jakoś szczególnie wysilać w czytaniu jej, intencje wręcz od niej promieniowały, same pchając się do mojej głowy. Trochę poudawałem, że potulnie za nią podążam, ale gdy tylko wyskoczyło na mnie z ciemności z pięciu typa, nie wahając się znokautowałem najpierw ją, jednym celnym ciosem w splot słoneczny, a gdy ona chwilowo próbowała się pozbierać, rozprawiłem się z ludźmi, którzy jej mieli zapłacić. Ku mojemu rozczarowaniu nie należeli do najbieglejszych w znamienitej sztuce mordobicia, cała aferka rozwiązała się więc znacznie szybciej, niż bym chciał. Zostawiłem ich w zaułku posiniaczonych, jednego z wybitym barkiem, innego pozbawiłem kolejnego zęba...
Sądziłem, że plotki o moich wyczynach szybko się rozejdą po, bądź co bądź, nie tak dużym porcie, ale albo ogólne rozprężenie dotknęło informatorów wszystkich skumulowanych tu grup, albo każdy kolejny śmiałek myślał, że poradzi sobie lepiej od poprzednich. Trudno powiedzieć, czy byli głupi, czy bardzo głupi.
Trudno było mi zliczyć wszystkich śmiałków, w przeciągu ostatnich kilku dni targających się na moje życie. Nie miałem z resztą najmniejszej ochoty poświęcać im więcej uwagi, niż to było konieczne do pokazania, że nie jestem najlepszym celem ich zmasowanych ataków. I tak upływał dzień za dniem, w otoczeniu losowych ludzi uznających moje towarzystwo za ciekawe, grając o duże stawki w karty czy kości, robiąc za atrakcję wieczoru w barowych bijatykach. Przyznam szczerze, szło się do takiego luźnego życia przyzwyczaić. Na brak pieniędzy narzekać nie mogłem, nie hamowałem się więc w żadnym aspekcie. Korzystałem z przymusowego wolnego najlepiej, jak tylko mogłem, choć...
Im dalej w las, tym bardziej powszedniały mi te wszystkie atrakcje. Codzienny schemat picia, flirtowania, barowych nawalanek i robienia z siebie atrakcji wieczoru każdego lokalu, w którym się znalazłem, znudził mi się szybciej, niż bym sobie tego życzył. Adrenaliny nie niosło to już w zasadzie żadnej, wpadłem w jakiś ciąg wręcz automatycznego odhaczania kolejnych codziennych zadań. Powoli zaczynałem realnie rozważać podstawienie się kolejnemu śmiałkowi, co spróbuje urządzić sobie polowanie na smoka, żeby zrobiło się choć odrobinę ciekawiej.
Tylko, jak na złość, przez całe dwa dni po podjęciu przeze mnie tej decyzji, nikt nie próbował.
Czułem się zawiedziony takim stanem rzeczy. Czyżbym naprawdę wszystkich śmiałków już wystraszył? Straciłem już swoją szansę na zabawę w biednego smoka w opałach...?
Nie spodziewałem się, że jeszcze ktoś tego wieczoru postanowi rzucić mi wyzwanie w tym durnym siłowaniu się na ręce. Bladego pojęcia nie miałem, ile kończyn górnych dzisiaj przepchnąłem, ilu z ich właścicieli przestawiłem w nich jakiś staw. Nuda, ukrywana za wystudiowaną miną pełną samouwielbienia i pewności siebie. Już nawet otaczający mnie wianuszek dziewczyn, tak zabiegających o moją uwagę, odkąd tylko już, zadaje się, całe wieki temu, wygrałem bez wysiłku kilka pierwszych zakładów, nie robił na mnie wrażenia. Wszystko to znałem aż za dobrze. Byłem bardziej niż pewny, że każda z nich będzie chciała towarzyszyć mi dzisiejszej nocy. Szczerze, nie miałem powodu, by się na to nie zgodzić. Nie sądziłem jednak, by ich obecność miała się stać remedium na zżerającą mnie nudę.
Jednak tego wieczoru zaszczyt mnie kopnął i szczęście postanowiło się do mnie w końcu uśmiechnąć, a zżerającą mnie od środka monotonię wypaliło bezpardonowe pojawienie się kolejnego śmiałka czającego się na moją głowę. Zaczęło się niewinnie, szczerze mówiąc zupełnie nie dotarły do mnie jego myśli, gdy zajmował z gracją miejsce naprzeciwko mnie po tym, jak zadeklarował chęć pojedynku. Ani gdy dyktował warunki swojego uczestnictwa w kolejnej turze zakładów. Zmierzyłem go oceniającym wzrokiem, zastanawiając się, gdzież zmieściło się w nim tyle pewności siebie, by widząc tę serię porażek swoich poprzedników wciąż zdecydować się złączyć nasze dłonie w pojedynku.
— Bardziej bym się zdziwił, gdybyś chciał się siłować lewą ręką — uśmiechnąłem się drapieżnie, opierając brodę na dłoni i rzucając mężczyźnie przeciągłe spojrzenie. Był przystojny, trzeba mu to było oddać. Zdecydowanie przykuwał wzrok, zdziwiło mnie więc, że otaczająca mnie trójka dziewczyn tylko zadarła wysoko brody i niemal zgodnie prychnęły, wyrażając swoje oburzenie przedstawioną przez faceta propozycją. Zaśmiałem się cicho, pochylając się nad dzielącym nas stołem w kierunku przeciwnika. — Towarzyszące nam damy raczej nie wydają się zainteresowane okazywaniem ci swojej uwagi, ale jeśli tak bardzo chcesz, żeby ktoś cię powachlował, chętnie to zrobię w międzyczasie naszego pojedynku. W końcu jedna ręka mi wystarczy, żeby cię pokonać, drugą będę miał wolną — mrugnąłem do niego porozumiewawczo, ale chyba mogło mu to umknąć, bo ewidentnie patrzył gdzieś ponad moim ramieniem, i to raczej nie stojącą prawie na linii jego wzroku blondynkę, która przedstawiła mi się jako Candence.
Nagle znikąd pojawiła się dziewczyna, która obsługiwała dzisiaj salę i, z tego, co wspominał Aaron, była córką właściciela tego przybytku. Cały wieczór patrzyła na mnie nieprzychylnym wzrokiem, chociaż nigdy nie wszcząłem akurat tutaj burdy! Wszystko z uwagi na dobre relacje z jej ojcem — nie chciałem robić cyrków na terenie faceta, który tak często pomagał nam z przekazywaniem towarów między podgrupami naszej organizacji... Przesłodzony uśmiech brunetki, przyklejony na twarz, gdy stanęła obok zajmowanego przez nas stolika z tacą, wydał mi się już na pierwszy rzut oka podejrzany, a towarzyszące jej skrawki myśli tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że coś kombinuje.
— Proszę, drogi panie, drinki na koszt lokalu — pochyliła się, nieco jakby za bardzo, eksponując obfity biust w moją stronę, gdy stawiała przede mną szklaneczkę alkoholu. Wypełniający kryształową szklankę bursztynowy płyn prawdopodobnie był dobrej jakości whisky. — Za kolejny wieczór zapewniania naszym gościom niezapomnianej rozrywki.
Pokusiłem się o rzucenie szybkiego spojrzenia siedzącemu naprzeciwko mnie blondynowi. Ponad intensywną radość z łatwego zarobku otaczającego dziewczynę oraz nieskończonego szumu myśli tłumu wypełniających tawernę na moment wybiła się pojedyncza emocja, zdaje się, pochodząca od mężczyzny — ulga.
No ciekawe, ciekawe...
Poruszyłem dyskretnie powietrzem znad mojej szklanki w stronę mojego nosa, żeby wybadać, czy nie są przypadkiem w jakiejś zmowie. Dosypać czegoś komuś do drinka nie jest żadnym wyczynem, a skuteczność takiego manewru zwykle oscyluje dosyć wysoko. Sam często korzystałem z podobnej sztuczki, gdy akurat sytuacja wymagała pozbycia się kogoś w bardziej subtelny sposób, niż rozwalić mu butelkę o potylicę w ciemnym zaułku. Z postawionego przede mną drinka nie wyczułem jednak nic poza charakterystyczną wonią alkoholu, drewna, chyba dębowego, miodu, wanilii oraz palonego cynamonu. Ciekawe.
Przed siedzącym przede mną mężczyzną również wylądowała szklaneczka, z podobnym komentarzem, wyglądająca dosłownie identycznie do mojej. Lód stuknął o kryształowe ścianki, a ruch płynu uwolnił zapach uwięziony wewnątrz. Omal nie wyrwało mi się parsknięcie, gdy poza nutami wyczuwalnymi w moim trunku, do mojego nosa dotarła delikatna, kwiatowa woń podszyta gorzkością. Ciekawe, czym chciał mnie podtruć i jak to się stało, że zaraz skończy się na tym, że podtruje samego siebie...
Oczywiście nie zamierzałem na to pozwolić. Jeszcze nic w zasadzie nie zrobił, a już udało mu się mnie rozbawić, szkoda by było, gdyby tak szybko sam siebie poskładał. Miałem nadzieję na emocjonujące rozwinięcie, zżerała mnie ciekawość, co też jeszcze dla mnie przygotował.
— Och, czuję się zaszczycony — spojrzałem dziewczynie głęboko w oczy i uśmiechnąłem się uprzejmie. — Jednak zdecydowanie nie zasłużyłem na takie wyróżnienie... — przeniosłem wzrok na blondyna, przechyliłem lekko głowę, niczym sęp czekający, aż jego ofiara będzie wystarczająco słaba, by nie miała siły już się przed nim bronić. Widziałem, jak przełyka ślinę, a z jego myśli dało się wyczuć nutę zwątpienia. Szybko więc kontynuowałem. — Ale nieuprzejmym by było nie skorzystać z oferty! — szybko zgarnąłem szklankę ze stołu i uniosłem ją do ust, już już prawie moje wargi dotknęły kryształu, widziałem rosnącą w oczach siedzącego przede mną mężczyzny radość... Podniosłem szklankę wyżej, ponad swoje ramię i, obracając lekko głowę w stronę obsiadających mnie dziewczyn, rzuciłem zalotnie: — Drogie panie, może zechciałybyście przyjąć ten drobny podarek w geście podziękowania za wasze niestrudzone kibicowanie mi dzisiejszego wieczoru?
Candence z radością wymalowaną na twarzy przyjęła trunek, chichocząc i zasłaniając usta wachlarzem, którym na moment przestała mnie wachlować. Bez zbędnych ceregieli pociągnęła łyk alkoholu.
Przeniosłem wzrok na mojego przeciwnika i zobaczyłem wymalowaną na jego twarzy panikę. Szybko sięgnął po swoją porcję alkoholu, chyba z tego całego wrażenia po misternym planie, który właśnie wziął w łeb. Oj nie nie, nie na mojej warcie kochany. Nie dam mu się przecież samemu poskładać, nawet jakby było to fenomenalne widowisko... Niestety na dłuższą metę nudne, szczególnie, że facet wydawał się mieć potencjał na zapewnienie mi rozrywki. Wyciągnąłem więc szybko rękę i zgarnąłem jego szklankę, nim zdążył choćby dotknąć palcami szkła. Zakręciłem naczyniem, przyjrzałem się mu uważnie, powąchałem jeszcze raz, choć wątpiłem, żebym lepiej rozłożył na czynniki pierwsze zapach dosypanej do środka substancji, ani tym bardziej nie stwierdzę, co to jest, po czym, patrząc siedzącemu naprzeciwko mnie mężczyźnie w oczy, wypiłem cały bursztynowy płyn na raz.
Nieprzyjemny, gorzki posmak zepsuł niestety dobrze się zapowiadające whisky, no ale... Czego się nie robi dla perspektywy przedniej zabawy.
— Dobrze więc, możemy zaczynać? — wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i, odstawiwszy szklankę na brzeg blatu, oparłem łokieć o stół, gestem palców zachęcając, by blondyn umieścił swoją dłoń w mojej. — A tak w zasadzie, jak ci na imię? — spytałem, gdy w końcu z pewnym wahaniem podjął wyzwanie. Dotyk jego zniszczonych ciężką pracą dłoni na mojej skórze okazał się wcale nie nieprzyjemny, jak się tego spodziewałem. Ścisnąłem mocniej jego palce, bo wbijał wzrok w nasze dłonie, zamiast patrzeć mi w twarz. Trudno mi było czytać jego myśli, tłum dookoła nas się rozemocjonował, pieniądze i zapisywane na strzępkach papieru zakłady zaczęły krążyć z rąk do rąk, a coraz głośniejsze okrzyki zagrzewające nas do walki sprawiały, że nawet własnych myśli nie słyszałem, a co dopiero jego. Lekko mnie to zirytowało, ale nie na tyle, by wytrącić z równowagi i jakkolwiek wpłynąć na jawną przewagę, jaką miałem nad wyzywajacym mnie mężczyzną. Narkotyk również zupełnie na mnie nie wpłynął, tak jak się z resztą spodziewałem. Jednak, tak przyglądając się teraz z bliska ogorzałej słońcem, wiatrem i morską solą skóry twarzy blondyna uznałem, że w zasadzie...
Dlaczego by trochę nie poudawać?
Sabar?
2274 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz