— Kłamca — powtórzył Yassin, jaśniepańsko przymykając powieki, zadzierając nos i krzyżując ręce na piersi. — Nawet nie jesteś człowiekiem, świetnie, Luther. Mogę w ogóle cię tak nazywać, czy to kolejna ściema?
— Mam na imię Luther — uspokoił mężczyzna trochę skonsternowany sytuacją z siostrą i dzieciakami, trochę rozbawiony zachowaniem Yassina i jego Pozą Świętej Obrazy.
— O, proszę, chociaż coś — kontynuował Yassin swoją śpiewkę. — A reszta? A może Lucy wcale nie jest twoją starszą siostrą? A dzieciaki? Całkiem do ciebie podobne, nie uważasz?
— Bo jesteśmy spokrewnieni? Poza tym myślisz, że Lucy zareagowałaby tak entuzjastycznie na twój widok, gdyby naprawdę coś nas łączyło?
— Skąd mam wiedzieć? Może macie luźny układ i pozwala ci kogoś przyprowadzić od czasu do czasu?
— Trochę się zagalopowujesz — upomniał go Luther. — Jesteś zbyt podejrzliwy, zbyt wiele o tym wszystkim myślisz i, na domiar złego, wyciągasz najgorsze możliwe wnioski.
— Jak mogę nie być podejrzliwy, skoro albo ukrywasz przede mną informacje, albo kłamiesz?
— Nie okłamałem cię — powiedział Luther trochę bardziej miękko, próbując załagodzić ton rozmowy, która nieoczekiwanie przyjęła dość nerwowy obrót.
— Och, a kto powiedział, że ma w domu trzy koty, a ma cztery? — wyciągnął Yassin najbardziej niedorzeczny możliwy argument.
— No dobrze, więc okłamałem cię raz — sprostował Luther bardzo cierpliwie. — Do tego niecelowo. Po prostu...
— No?
— Powiedziałem bez zastanowienia, nie doszacowałem. Ludzka pomyłka w obliczeniach, a nie zamierzone wprowadzenie w błąd.
Yassin nadal obejmował się rękami, starał się wyglądać na obrażonego, ale kącik jego ust zadrgał cieniem rozbawionego uśmiechu.
— Cóż. Przynajmniej wariant, w którym jesteś księgowym albo wykładasz matematykę, mogę z całym przekonaniem odrzucić.
Luther przymknął oczy na znak zgody.
— Nie jestem ani jednym, ani drugim.
Yassin westchnął, pstryknął palcami, sprawił, że w powietrzu przed nim zmaterializował się magiczny zwój i farbowane strusie pióro ze srebrną stalówką. Podarunek, z którego często korzystał, kiedyś sprezentowany mu przez ojca.
— Skreśl „księgowy” i „matematyk” — wydał Yassin polecenie. — I w ogóle wszystkie zawody związane z liczeniem.
Luther przechylił głowę w charakterystycznym geście, uśmiechnął się pod nosem, popatrzył z uprzejmym zainteresowaniem, jak piórko odnajduje odpowiednie pozycje na liście i stawia na nich zamaszystą linię. Mężczyzna pierwszy raz widział, gdy Yassin rzuca bardziej skomplikowane zaklęcia, przywołuje magiczne przedmioty i nimi rozporządza? Chyba tak, Yassin do tej pory nie miał wielu okazji, żeby popisać się przed nim podobnymi czarami.
— Co to takiego? — zapytał Luther.
— Och, to. — Yassin chwilę ważył, czy powinien się przyznawać, czy nie. — Od początku naszej znajomości zbieram informacje i wykreślam z listy zawody, które do ciebie nie pasują i mogę je z większą lub mniejszą pewnością odrzucić. No co? — Wziął się pod boki, widząc rozbawienie na twarzy mężczyzny. — Nie chcesz gadać, to sam w końcu dotrę do prawdy.
— Może trochę ci to zająć — zauważył Luther. Rzeczywiście, zwój z listą wszystkich zarejestrowanych w Deiranie zawodów był dość konkretnych gabarytów. — Mogę zapytać, które pozycje już wykreśliłeś?
— Na razie nie ma ich za wiele. Ale pracuję nad tym.
Luther podszedł do magicznego zwoju, rozwinął kawałek, przesunął wzrokiem po liście. Zignorował piórko, które, zaaferowane ingerencją intruza w zapiski Yassina, nastroszyło się i zaczęło skakać wokół niego, giętkim koniuszkiem, jak wskazującym palcem, wytykając jego śmiałe poczynania i alarmując o nich Yassina. Yassin zaśmiał się, skinieniem podziękował piórku za czujność, machnął na Luthera ręką. Niech przegląda, nie było tam zresztą nic ważnego, czego mężczyzna nie mógłby oglądać.
— Widzę, że wykreśliłeś księdza. — Luther pociągnął papier, zwój rozwinął się tak, że musiał podtrzymywać go oburącz. — A płatny morderca i striptizer są co prawda wykreśleni, ale pod znakiem zapytania.
Yassin odhaczył te pozycje na liście po ich ostatniej rozmowie w samochodzie, gdzie Yassin rzucał profesjami, próbując strzelić, czym może zajmować się Luther.
— Co do księdza akurat jestem przekonany. Nie sądzę, że, będąc duchownym, korzystałbyś z portalu randkowego. Ale na płatnego mordercę i striptizera masz pewne predyspozycję. Na płatnego mordercę jesteś wystarczająco bystry i sprawny fizycznie, na striptizera masz urok i dobrą sylwetkę.
Luther parsknął, spojrzał na niego z pytającym rozbawieniem. Pokręcił głową.
— Przecież zaprzeczyłem, gdy o to pytałeś.
— Sądzisz, że uwierzę na słowo? — Yassin, nonszalancko uśmiechnięty, wolno artykułował słowa. Pstryknął palcem, zwój znikł Lutherowi w rękach, a piórko razem z nim. Koniec oglądania. — Za mało o sobie mówisz, masz zbyt wiele sekretów. Podejrzane, nie sądzisz? Zupełnie ci nie ufam. Stawiam znak zapytania, gdy mam za mało danych i trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy z całym przekonaniem mogę coś wykreślić.
Luther uśmiechnął się bezsilnie.
— Oj, Yassin, Yassin... Jak niby miałbym ci udowodnić, że nie jestem striptizerem?
Yassin wiedział, że to pytanie retoryczne, ale nie zdążył ugryźć się w język.
— Och, sam nie wiem. Może gdybyś spróbował zatańczyć i widziałbym, że bardzo ci nie idzie?...
Luther po prostu usiadł i westchnął. Chyba brakowało mu już do niego siły.
— Rozumiem, że nie odpuścisz, póki się nie dowiesz.
— Nie odpuszczę. — Yassin również usiadł, także poczuł nieodpartą chęć, żeby głęboko westchnąć. — Jak mam budować z kimś szczerą relację na niedomówieniach i domysłach? — Dodał, po krótkiej pauzie: — Chyba że szczera relacja nie jest tym, do czego dążysz, a jeśli nie jest, możesz powiedzieć to teraz.
812 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz