Zajęcia przebiegły płynniej, niż się spodziewałam. Zazwyczaj nie prowadziłam tego przedmiotu, ale znajomy poprosił mnie o zastępstwo. W swoim monologu, jaki przy tym wygłosił, wspominał coś, że ma od dawna umówionego na ten dzień lekarza, do którego czekał pięć lat (choć potem była mowa o dwóch latach? roku?), potem napomknął, iż tematem przewodnim tego tygodnia są kitsune, patrząc na mnie z jakimś takim dziwnym błyskiem w oku, którego genezy nie potrafiłam wyłapać. Na koniec, ponieważ wciąż nie rozumiałam, dlaczego w zasadzie to ja mam wziąć zastępstwo, a nie ktoś z jego katedry, kto faktycznie studiuje rasy magicznych stworzeń, popisowo załamał ręce, popatrzył na Mel, w tym czasie siedzącą przy swoim biurku obok, z każdą chwilą zdawało się, że z coraz większym trudem powstrzymuje się od śmiechu.
— Lucille, nie znasz przypadkiem jakiegoś kitsune? — zapytała w końcu, odpowiadając na spojrzenie czarodzieja. — Wydaje mi się, że prawie tydzień przychodził tu z tobą taki jeden... Jakby się zastanowić, to dość często go z tobą widuję. Wiesz, ten, co mówisz, że to tylko przyjaciel.
Uniosłam pytająco brwi na te dosadnie podkreślone ostatnie ze słów koleżanki.
— Bo to jest tylko przyjaciel? A kim niby miałby być? — przeniosłam spojrzenie na stojącego przede mną mężczyznę, który właśnie uderzył się otwartą dłonią w czoło. Jakby miał do czynienia z debilem i właśnie ostatecznie się załamał moją osobą. Westchnęłam, zakładając ramiona na piersi i odchylając się w fotelu. — To, że znam kilka kitsune, nie znaczy, że mam kompetencje do prowadzenia zajęć o nich...
— Och, ale wiesz, kto ma kompetencje? — czarodziej oparł się o moje biurko i pochylił nade mną, błyskając śnieżnobiałymi zębami w szerokim uśmiechu. — Kitsune, które znasz. Może poproś, żeby ci pomogli, hm? Na pewno nie odmówią. Szczególnie jeden...
Znowu rzucił jakieś dziwne spojrzenie Mel, która zasłoniła usta dłonią, odwracając od niego wzrok. Jeszcze bardziej zmarszczyłam brwi.
— Mogę zapytać, ale nie gwarantuję, że...
— Świetnie! To jesteśmy dogadani! — mężczyzna wyciągnął w stronę Mel dłoń z uniesionym kciukiem, na co ta parsknęła śmiechem, po czym ulotnił się, nim zdążyłam zapytać, co ich niby tak bawi...
***
— Ej, serio, przestań — spróbowałam zrzucić ramię Minkiego ze swojej szyi, ale nieskutecznie. — Ciężki jesteś.
— Już się próbujesz wymigać od naszej umowy? — spytał, jawnie rozbawiony, sięgając dłonią do luźnych kosmyków moich włosów, które wymknęły się z niedbałego koka, który byle jak złapałam rano klamrą. — Jestem zawiedziony, Lu.
— Po prostu... — pacnęłam go w dłoń, żeby zostawił moje włosy i sama założyłam je sobie za ucho, raz jeszcze próbując uciec od bliskości przyjaciela. Oczywiście bezskutecznie. Jak się już zaparł, to koniec. Nawet moją próbę odjechania na krześle zatrzymał stopą podstawioną pod kółka. Więc cały zadowolony z siebie siedział dalej, na fotelu podwędzonym Mel, która wyszła na swoje zajęcia, bok w bok ze mną, z ramieniem przewieszonym przez moją szyję i narzekając, że nie ma tu jakiegoś wygodniejszego miejsca, żeby usiąść.
— No nie spodziewałem się tego po tobie, Lu. Kto jak kto ale sądziłem, że ty dotrzymasz umowy... Ja swoją część wykonałem śpiewająco, nie powiesz, że nie!
Poddałam się. Chociaż naprawdę jego ręka na moich ramionach wydawała się niemiłosiernie ciężka i było mi niewygodnie tak siedzieć, z nim używającym mnie jako jakiegoś swojego podłokietnika. Oparłam się więc po prostu łokciem o biurko, nachylając się nad rozłożonymi na nim kolokwiami do sprawdzenia, mając nadzieję, że może zmiana mojej pozycji sprawi, że Minkiemu też zrobi się niewygodnie i sobie daruje... Tak tak... Na moment zapomniałam, z kim mam do czynienia.
Oczywiście, że nie zdjął ze mnie swojej ręki. Więcej, w którymś momencie uznał, że nudzi mu się tak bardzo, bo nie zwracam na niego uwagi, że zacznie mnie masować po głowie. Powolnymi, pewnymi ruchami palców zataczał drobne kółka na jej czubku.
— Jak ci się nudzi, to możesz iść do domu — burknęłam, patrząc na niego zirytowana. Nie mogłam się skupić na pracy, gdy non stop mnie dotykał.
— Och, nie, jest świetnie — wyszczerzył się jak głupi do sera, po czym położył głowę na biurku, nie spuszczając ze mnie wzroku i nie zaprzestając gładzenia mojej głowy. — I chyba zaraz kończysz? Wrócimy razem, zaoszczędzimy na paliwie... To znaczy, ty zaoszczędzisz na komunikacji miejskiej.
Dlaczego dyskusja z nim zawsze była tak bezcelowa...?
***
Ledwo Minki odwiózł mnie do domu, zaparkował na parkingu podziemnym i zadzwonił do niego Hyuk z prośbą, żeby podjechał po niego do pracy. Obydwoje spojrzeliśmy w tym samym momencie na zegarek na płycie rozdzielczej samochodu. Faktycznie, dochodziła dwudziesta. W drodze tutaj zatrzymaliśmy się w sklepie, żeby zrobić zakupy na kolację i uzupełnić zapasy produktów z długą datą przydatności, które się pokończyły. Widać zeszło nam na tym dłużej, niż sądziliśmy.
Przyjaciel chciał pomóc mi wnieść to wszystko na górę, ale uspokoiłam go, że dam radę sama, a bez sensu, żeby latał w tę i z powrotem. Wyjątkowo pomogłam sobie magią, gro toreb utrzymując w powietrzu właśnie przy jej pomocy, zamiast jak zwykle w rękach. Dorobiłam się dzięki temu rozbawionego spojrzenia od kitsune, który oparł się bokiem o samochód i przyglądał mi się z krzywym uśmieszkiem.
— Co, jednak można używać magii w codziennych czynnościach, hm? — spytał zaczepnie, na co wystawiłam mu język. Błąd. Nim się spostrzegłam, złapał mnie za niego, uniemożliwiając mi schowanie go.
Wytrzeszczyłam oczy z zaskoczenia, a moja pięść wręcz odruchowo wycelowała w jego brzuch. W akompaniamencie szczerego śmiechu puścił mnie, żeby zrobić unik.
— Nie wystawiaj języka, bo... — zaczął, ale nie dokończył. Przywołałam podmuch wiatru, który, uderzywszy w jego plecy, popchnął go tak, że musiał zrobić parę kroków, żeby utrzymać równowagę i nie wylądować twarzą na betonowej posadce parkingu.
— Jedź po brata w końcu.
Jakimś cudem obyło się bez dalszych dyskusji. Zapowiedział od razu, że tu z nim wróci, więc nasz plan na kolację aktualny. Machnęłam tylko ręką mówiąc, że co zdecyduje, to to zaakceptuję, tylko żeby dał znać, gdyby jednak jego brat potrzebował pojechać gdzie indziej. Szczególnie, że po niego zadzwonił — na pewno potrzebuje dostać się gdzie indziej, niż swoje mieszkanie.
Doniosłam wszystkie zakupy bez problemu, od razu z rozpędu rozpakowałam je używając magii. Byłam naprawdę zmęczona po dzisiaj, prowadzenie zajęć z Minkim u boku może i było z jednej strony zabawnym, całkiem przyjemnym doświadczeniem, z drugiej jednak zmęczyło mnie bardziej, niż zawsze. Te niekończące się pytania studentów po zajęciach, niezwiązane z tematem, a raczej relacją między nami, którą w zasadzie każda grupa zajęciowa nam przypisywała. Tłumaczenie raz za razem, że to nie powinien być ich biznes i nie, nic między nami nie ma, mijało się w zasadzie z sensem. Po pierwszych dwóch maratonach pytań pozwoliłam Minkiemu samodzielnie ogarniać rozplotkowanych studentów. Radził sobie z nimi zaskakująco wręcz dobrze.
Spojrzałam na zegarek. Minęło piętnaście minut, odkąd Minki odjechał. Zastukałam paznokciami w blat, popatrzyłam na pozostałe na blacie składniki, które miałam wykorzystać do przygotowania pinsy. Jeszcze szybkie spojrzenie na komórkę potwierdziło, że przyjaciel dalej nic nie napisał. Uznałam ostatecznie, że bez sensu czekać, upiekę po prostu połowę jednej dla siebie, a bracia sami sobie upieką drugą i resztę mojej, jak przyjadą. Szybko przygotowałam pesto z bazylii i pestek słonecznika, posmarowałam półgotowy wypiek i wsadziłam do piekarnika. Poprzekrajałam pomidorki koktajlowe na pół, szykując też porcję dla przyjaciół.
Zdążyłam wszystko przygotować i jeszcze zjeść, a wiadomości od Minkiego dalej nie dostałam. Posprzątałam więc pobieżnie kuchnię, zostawiając naszykowane składniki do ich kolacji w miseczkach, a sama poszłam z telefonem usiąść na kanapie. Nie miałam nic sensownego do roboty, zaczęłam więc skakać bez większego zaangażowania po kanałach.
Mój telefon rozwibrował się powiadomieniami tak nagle, głośno i długo, że aż podskoczyłam w miejscu, zaskoczona. Natychmiast chwyciłam urządzenie i spojrzałam na wyświetlacz, bo przecież jak dostałam tyle wiadomości na raz, to musiało się stać coś poważnego...
Zobaczyłam od razu sześć wiadomości, wysłanych dosłownie w tym samym momencie, od sześciu różnych osób, w tym obydwóch braci, współpracowników Hyuka, przyjaciela jednego z nich i... Mel. Co...
Każda wiadomość mówiła, żebym oddzwoniła jak najszybciej. Ta od Minkiego pojawiła się na samej górze, więc z automatu wręcz kliknęłam w nią i przez okno z wiadomościami zadzwoniłam do niego, zastanawiając się, o co chodzi, poza tym, że chyba właśnie wymyślili wspólnie jakiś plan, na pewno w ich oczach z gatunku tych ,,sprytnych".
Minki odebrał w zasadzie od razu, ledwo rozbrzmiało pół sygnały.
— No hej — wypowiedziane przez przyjaciela rozbawionym tonem natychmiast kazało mojemu ciału się spiąć, a gdzieś w głowie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Zdecydowanie coś knuli.
— O co chodzi z tymi wiadomościami? — spytałam, pocierając czoło w konsternacji. Zostawić ich na chwilę samych...
— A, taki tam, zakład — wyjaśnił kitsune. Westchnęłam ciężko, gdy w tle usłyszałam jakieś niezrozumiałe słowa wypowiadane przez kilka osób.
— Wygrałeś chociaż? — spytałam, w moim tonie słychać było zmęczenie. Ten dzień robił się stanowczo za długi.
— Hmm, to zależy... — wymruczał w słuchawkę, po plecach przeszedł mi dreszcz. Zaraz powrócił jednak do normalnego tonu, mówiąc tylko wręcz przesadnie głośno, jakby chciał się upewnić, czy wszyscy słyszą. — Dlaczego do mnie pierwszego zadzwoniłaś?
Zmarszczyłam brwi. Dziwne pytanie.
— Bo pokazałeś się jako pierwszy w powiadomieniach, a ponieważ wysłaliście te wiadomości w tym samym czasie założyłam, że na pewno jesteście wszyscy razem i robicie sobie jakieś jaja...?
— Mówi, że jak zobaczyła mój numer, to pomyślała, że bardzo chciałaby usłyszeć mój głos w pierwszej kolejności — wersja zdarzeń według Minkiego opuściła jego usta bez nawet cienia zawahania. Prychnęłam w słuchawkę, trochę z niedowierzania, trochę z rozbawienia i podziwu dla bajkopisarstwa przyjaciela.
Gdzieś w tle co jakiś czas słyszałam głośne wybuchy śmiechu. Nagle po drugiej stronie słuchawki rozbrzmiał wyjątkowo wyraźnie głos Mel i wypowiadane przez nią pytanie.
— Ej Minki, masz kogoś?
Oczami wyobraźni widziałam uniesione brwi Minkiego, który chyba odsunął telefon od ucha, bo z kolei jego głos był mniej wyraźny, niż jeszcze przed chwilą.
— Co?
— No dziewczynę. Chłopaka. Nie masz?
— Nie — odpowiedź przyszła bez wahania, choć wciąż nieco cichsza, jakby nadal nie miał telefonu tuż przy uchu. Albo włączyli mnie na głośnik.
— Coooo, czemu? — dociekliwy męski głos, nienależący do Hyuka. Zmarszczyłam brwi. Nie znałam współpracowników młodszego kitsune na tyle, by być w stanie z kiepskiej jakości audio stwierdzić, kto konkretnie to powiedział.
— Booo... — przeciągnięta samogłoska, początkowo wciąż jakby przytłumiona, na końcu rozbrzmiała w pełni. Minki musiał z powrotem przyłożyć telefon do ucha. — Lucille ciągle nie chce się ze mną umówić.
Zamrugałam raz. Drugi. Znaczenie jego słów dotarło do mnie z opóźnieniem. Poczułam napływające do policzków gorąco, zakrztusiłam się wodą, której łyka postanowiłam wypić, gdy oni gadali między sobą. Zaczęłam kaszleć, opuściłam na moment telefon, żeby odkaszlnąć wodę z oskrzeli, uderzając się w dół mostka, jakby to miało jakoś znacząco pomóc. Dopiero po dłuższej chwili podniosłam telefon, zobaczyłam, że połączenie trwa, więc z powrotem przyłożyłam go do ucha.
— Ha, ha, kurwa, bardzo zabawne — wykrztusiłam, opierając głowę o zagłówek kanapy. Podciągnęłam kolana pod brodę. — A teraz się rozłączam.
— Widzicie, jaka nieczuła? — znowu oczami wyobraźni zobaczyłam jego minę. Usta wygięte w smutną podkówkę, mina wyrażająca wręcz teatralny smutek. A w oczach pewnie błyszczało mu to samo psotne rozbawienie, co zawsze.
— Widzę, że dobrze się dzisiaj bawicie moim kosztem — fuknęłam, na co przyjaciel się zaśmiał. — Wiesz co, pierdol się.
— Z tobą? Z przyjemnością — w jego tonie zdecydowanie słyszałam uśmiech, a ja ponownie poczułam gorąco na twarzy. — Jakbyś serio chciała, to wiesz, ja tam mogę.
Przyłożyłam palce do skroni i przycisnęłam mocno. Z tego wszystkiego zaczęła mnie boleć głowa.
Już chciałam coś jeszcze odpowiedzieć, ale uznałam, że nie ma sensu z nim rozmawiać, jak jest w tym stanie jakiejś potężnej głupawki. Po prostu się rozłączyłam.
Dłuższą chwilę potem spędziłam na kanapie, obejmując kolana ramionami i patrząc tępo przed siebie. W głowie raz po raz mieliłam słowa, które właśnie usłyszałam, a powstała w czasie naszej rozmowy irytacja tylko z każdym momentem we mnie rosła. Dawno już mnie tak nie wytrącił z równowagi, jak dzisiaj. Co to w ogóle za teksty?! Wypił za dużo, czekając na brata? Nie, przecież będzie musiał prowadzić...
Tysiąc myśli na sekundę, żadna nie mająca większego sensu, wszystkie skupiające się ostatecznie na tym, jak bardzo Minkiego dzisiaj odkleiło od zdrowych zmysłów. Pewnie mózg mu się stopił z gorąca czy coś... Co jakiś czas zerkałam w telefon, sprawdzając, czy może znowu nie napisał, ale urządzenie uparcie milczało.
Nim się spostrzegłam, z tego czekania tak, jak siedziałam, zapadłam w niespokojny sen.
Minki?
1989 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz