12 sierpnia 2026

Od Lucille cd. Minkiego

— W każdym razie dam radę, bez szpilek nawet w za dużych butach idzie się znacznie łatwiej — burknęłam tylko, unikając wzroku przyjaciela. Wyraźnie czułam dotyk jego palców na swojej dłoni. Choć nie było to w zasadzie nic niezwykłego w jego wykonaniu, nagle stałam się wyjątkowo świadoma jego bliskości. Może przez to, że usłyszałam dzisiejszego wieczoru te wszystkie komentarze osób, które w zasadzie nas nie znały, a jednak po samym naszym zachowaniu wyciągały wnioski niemające nic wspólnego z prawdą. Choć przyznaję, ze statystycznego punktu widzenia mało prawdopodobne, żeby aż tyle osób się pomyliło nie mając ku temu żadnego konkretnego powodu...
Czułam się źle z tym, że nagle czuję się w jego towarzystwie lekko niekomfortowo, a jednak nie potrafiłam do końca odsunąć od siebie myśli powtarzającej mi w kółko w głowie ,,na zbyt wiele sobie przy nim pozwalasz".
— O czym myślisz? — szturchnął mnie nagle, wyrywając z zamyślenia. Podniosłam wzrok na niego, musiałam zadrzeć brodę wyżej niż zwykle. W tych szpilkach miał chyba z dwa metry wzrostu.
— Ładny mamy dziś wieczór — rzuciłam pierwsze, co przyszło mi na myśl. Było w istocie ciepło, lekki wiatr podwiewał mi kosmyki włosów, które uciekły z upiętej przez przyjaciela fryzury. Wieczorny koncert świerszczy ucichł już jakiś czas temu, pozostawiając świat w nocnej ciszy, przerywanej jedynie raz po raz szelestem liści i poruszanych wiatrem traw porastających pobocze drogi, którą szliśmy. Idealna sielanka, dająca chwilę wytchnienia od zgiełku miasta, możliwość kąpania się w blasku tak pięknie jasnych gwiazd w tym nieskalanym światłem kawałku świata. — Nie sądziłam, że na takim wygwizdowiu może być tak pięknie.
Mimowolnie mój wzrok powędrował z kontemplacji krajobrazu na twarz Minkiego, który teraz sam zadał brodę, by przyjrzeć się nocnemu niebu. Było ciemno, a jednak subtelny blask odbijanego przez księżyc światła zarysowywał krawędzie jego profilu, podkreślając swoją miękkością urodę mężczyzny...
Natychmiast uciekłam wzrokiem, wbijając wzrok w ziemię pod moimi stopami. Za duże buty przyjaciela nieco klapały na moich nogach, łatwo byłoby mi się potknąć, gdybym pozwoliła sobie na zbytnie odpłynięcie myślami poza ,,tu i teraz".
— Hm, tak, zdecydowanie jest w tym miejscu to coś — ścisnął krótko moje palce, więc spojrzałam na niego pytająco. Patrzył na mnie z delikatnym uśmiechem na ustach. — Miło jest czasem tak spokojnie pospacerować, nie przejmując się niczym.
Nie mogłam się nie zgodzić.

***

Owo ,,nieprzejmowanie się niczym" niestety nie trwało długo. Zaraz po powrocie obydwoje padliśmy zmęczeni w zasadzie tak, jak staliśmy, zostawiając kąpiel i generalnie ogarnianie się po imprezie na później. Nawet do sypialni nie zdążyliśmy dojść, po prostu zasnęliśmy na kanapie. Następnego dnia okazało się, że kolejny z amuletów Minkiego, mający utrzymywać iluzję ukrywającą znak na mojej twarzy, przestał działać.
— Okej, to dziwne — burknął pod nosem kitsune, przyglądając się uważnie błyskotce, jakby mógł w ten sposób stwierdzić, co poszło nie tak. Podczas gdy on walczył z amuletem, ja szykowałam nam śniadanie - z turbanem z ręcznika na mokrych włosach i w podwędzonej z szafy Minkiego, za dużej na mnie koszulce i jakiś spodenkach od pidżamy, które tu kiedyś zostawiłam. Nie przemyśleliśmy tematu i nie zabrałam żadnych ubrań na zmianę.
— Dasz radę to naprawić? — spytałam, w moim głosie na pewno słychać było czający się w umyśle niepokój. Powinnam następnego dnia pojawić się w pracy, a szans na dopełnienie mojej części umowy w jedno popołudnie nie było.
— Musiałbym wiedzieć, co poszło nie tak, a nie mam bladego pojęcia — rozłożył bezradnie ręce.
No to chuj, dupa i kamieni kupa.

***

Minki pojechał do mojego mieszkania po jakieś ubrania dla mnie, żebym mogła przebrać się w coś bardziej nadającego się na wyjście z domu, łażenie po lesie i jak debil szukania tego nieszczęsnego ptaszydła. Z plusów — miałam nieco więcej doświadczenia, niż w dzień, gdy pierwszy raz spotkałam kitsune, do którego obecności tak już się przyzwyczaiłam.
— Tej sroki czy innej mewy, co wtedy szukałaś, też nie mogłaś zwabić tym zaklęciem? — spytał Minki, siedzący w swojej lisiej formie na zwalonym pniu drzewa, przyglądając się mi, jak chodzę dookoła machając rękoma i mamrocząc pod nosem zaklęcie, które jakiś czas temu znalazłam zakopane gdzieś w odmętach biblioteki mojego ojca. Tym razem nie potrzebowałam żadnych ptasich atrybutów, jedynie jasny obraz szukanego ptaka w głowie.
— Wiesz, mawiają, że człowiek całe życie się uczy i głupi umiera — posłałam mu mordercze spojrzenie przez ramię. — Nie wiedziałam wtedy, że można sobie tak życie ułatwić. Teraz już jestem mądrzejsza.
— O, widzisz? Wszystko dzięki mnie! — machnął zadowolony ogonem, zrzucając kilka suchych liści spoczywających sobie spokojnie na pniu za nim.
— Sama znalazłam to zaklęcie — wystawiłam mu język i wróciłam do rozkładania zaklęcia. Minki ani jednak myślał zakończyć dyskusji.
— Ale patrz o ile mniej problemów masz, odkąd mnie poznałaś. Musisz to przyznać! — położył uszy po sobie, wypiął dumnie pierś.
— Serio? A myślałam, że wręcz odwrotnie.
Coś tam marudził, na co tylko zaśmiałam się pod nosem. Dokończyłam zaklęcie, uplotłam ostatnią nitkę tej wirtualnej klatki, w którą miał wpaść ptak, po czym cofnęłam się do miejsca, gdzie czekał na mnie przyjaciel. Psioczył coś dalej, udawał wielce obrażonego, a gdy przysiadłam obok niego na chropowatej korze powoli butwiejącego drewna, odwrócił się do mnie tyłkiem, jeszcze sprzedając zamaszyste pociągnięcie puchatym ogonem po twarzy. Kichnęłam, gdy miękka sierść połaskotała mnie po nosie.
Musieliśmy spędzić tu jeszcze trochę czasu, a Minki ani myślał się odobrazić. Leżał tyłem do mnie, bijąc mnie ogonem albo pacając łapą za każdym razem, jak próbowałam go dotknąć. W końcu skapitulowałam, z nim nie dało się szarpać w ten sposób, bo nie było szans, że się wygra. W pewnym momencie mój wzrok przykuło skromne poletko stokrotek, tworzących swego rodzaju dywan małych, białych kwiatków wśród zieleni trawy porastającej łąkę na skraju lasu. Wciąż zupełnie ignorowana przez przyjaciela, postanowiłam podejść tam. Przykucnęłam na skraju tego skupiska, sięgając od razu po pierwsze kilka kwiatków.
Jakiś czas później Minki, chyba w końcu zmartwiony moją długą nieobecnością przy nim i być może lekko zainteresowany tym, co robię, pojawił się obok. Przysiadł u mojego boku, wgapiając się w to, co trzymałam w rękach.
— O wow, potrafisz pleść wianki? — spytał, zaglądając mi pod ramieniem na moje dzieło. — Ale chyba trochę za małe na twoją głowę — zauważył, z resztą trafnie.
Nim zdążył w jakikolwiek sposób zaprotestować, władowałam na jego lisią głowę splecione ze sobą zielonymi łodyżkami, białe kwiatki o intensywnie żółtych środkach. Ruszył się natychmiast, wianek omal nie spadł na ziemię, w ostatniej chwili jednak zatrzymał się na jednym z jego szpiczastych uszu. Zaśmiałam się na widok jego zszokowanej miny.
— To dla ciebie, dlatego taki mały — poprawiłam wianek na jego głowie, żeby lepiej leżał, a nie zasłaniał mu jedno oko i groził upadkiem w każdej chwili. — Patrz, idealnie wymierzyłam.
Patrzył na mnie jakby zszokowany, mrugając powoli. Już chciałam zapytać, o co mu chodzi, ale właśnie w tym momencie poczułam naprężenia na skonstruowanych niedawno nitkach zaklęcia. Natychmiast wstałam, odwracając się na pięcie, szukając wzrokiem tego niepozornego, niebieskiego ptaszka, podobnego do zwyczajnego wróbla, gdyby nie intensywny błękit, w który się ubrał. Przysiadł na gałązce krzaka w samym środku magicznej klatki i patrzył na mnie, przekrzywiając głowę jakby pytająco.
— Minki,  patrz! — uśmiechnęłam się promiennie do przyjaciela, wciąż siedzącego z wiankiem ze stokrotek na głowie. — Mamy go!

***

Co prawda radość była nieco przedwczesna w tamtym momencie, przyznaję. Zaklęcie do zwabienia odpowiedniego ptaka nadało się całkiem zacnie, ale niestety nie zatrzymało go do końca tak skutecznie, jak bym chciała. Uroki łapania magicznych istot — zawsze będą o krok przed tymi, którzy próbują je złapać. Trzeba wykazać się odrobiną finezji, zdolnością przewidywania...
Cóż, przynajmniej w teorii. Okazało się, że lekko podkurwiony kitsune sprawdza się wystarczająco dobrze. Po jakiś dwóch godzinach latania za ptakiem, jakiś podchodów, prób spętania go kolejnym zaklęciem, które oczywiście na zbyt długo go nie zatrzymywało, cierpliwość Minkiego w końcu się wyczerpała. Zwyczajnie zasadził się na niego w lisiej postaci w jakimś krzaku, gdy ja średnio zgrabnie próbowałam dziergać zaklęcie, które tym razem na pewno go zatrzyma. Złapał go w pysk i przytrzymał na tyle mocno, by zniechęcić biedaka do kolejnych prób kombinatorstwa.
Dostarczyliśmy go jeszcze przed północą, przyjaciel robił za mojego ochroniarza, stojąc mi centralnie za plecami, jakby chciał fizycznie ciałem odgrodzić mnie od wszystkich niebezpieczeństw i dosadnie dać do zrozumienia facetowi, z którym zawarłam umowę, że ma niczego nie próbować. A już na pewno nigdy więcej ma nie zawierać ze mną żadnych tego typu umów. Jeszcze lepiej jakby w ogóle zapomniał o moim istnieniu.
— I z głowy — mruknął kitsune, gdy facet cały w skowronkach oddalał się ciemną uliczką, trzymając klatkę z błękitnym ptakiem w środku niczym jakieś trofeum. Dobrze, że przed przyjściem tutaj zakryłam ją magicznym materiałem, mającym tłumić moc zamkniętego w środku ptaka i zmylać oczy osób postronnych. Jeszcze tego mi brakowało, żeby miała go wyłapać policja, bo jak skończony debil paraduje w tak ostentacyjny sposób środkiem miasta...
— Szybko poszło — zauważyłam, już chciałam się odsunąć, bo bliskość mężczyzny za plecami zaczynała być już irytująca, ale nie pozwolił mi. Oparł brodę na czubku mojej głowy i objął mnie ramionami od tyłu za szyję. — Minki...
— Ciiiii — skarcił mnie, zasłaniając mi usta jedną dłonią. Chciałam spojrzeć w górę na niego, ale unieruchomił mi głowę na tyle skutecznie, że mogłam poruszyć w zasadzie tylko gałkami ocznymi. — Ktoś idzie — mruknął po chwili nasłuchiwania.
Bez ostrzeżenia złapał mnie za ramiona, obrócił do siebie, po czym płynnym ruchem łapiąc mnie w talii podniósł mnie i zamaszystym ruchem władował do pobliskiego kontenera na śmieci. Z trudem powstrzymałam pisk zaskoczenia. Wylądowałam na jakiś pojedynczych workach, na szczęście szczelnie zamkniętych, ale i tak poczułam podchodzący z żołądka obiad. Kitsune wskoczył do środka tuż za mną, lądując w zasadzie na mnie, zamykając za sobą pokrywę śmietnika i okrywając nas w całkowitej ciemności. Otworzyłam usta, żeby go opierdolić za całą tę akcję, zasłonił mi je jednak natychmiast dłonią.
— Ani drgnij, Lucille — rozkazał, a ton jego głosu kazał mi zaprzestać wszelkich protestów. Brzmiał śmiertelnie poważnie, jak nie on.
Faktycznie zaraz potem moich uszu dobiegły zbliżające się kroki i jakieś głosy. Po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Co tu się właśnie odstawiało...?


Minki?
1614 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz