sierpnia 26, 2025

Od Eliasa cd. Violet +18

Tw.: Bardzo brutalna przemoc (wielokrotne pobicie), wulgaryzmy. 
Widząc, jak stan Violet stopniowo się poprawia, jej rany powoli się zabliźniają, a siniaki znikają pod jej delikatną skórą, czuł się spokojniejszy, każdego dnia przyglądając się jej, bo przecież tak szybko mógł ją stracić. Miał się nie przywiązywać do ludzi, nie pchać się w poważniejsze relacje, lecz Vi działa na niego jak magnes - przyciągała go czymś do siebie, lecz nadal nie był pewny, czym dokładnie, a tym bardziej nie potrafił już tego zmienić. Czas pokaże, jak skończy się ich historia. Z drugiej strony, to ciemnowłosa była tą osobą w tej znajomości, która zawsze pisała pierwsza lub dzwoniła, gdy Cortes za długo się nie odzywał. On po prostu zapominał lub żył w przekonaniu, że przecież wszystko jest dobrze...
Po kilku dniach rekonwalescencji brunet mógł wrócić do siebie, żegnając się z prawie zdrową Violet, która pożegnała go ciepłym uśmiechem oraz długim uściskiem, dobra, nie oszukujmy się, oby dwoje nie mogli się od siebie oderwać, niczym kochankowie, ale czy któremuś to przeszkadzało? Niekoniecznie. Odjeżdżając spod jej posesji, zerknął jeszcze w jej stronę. Stała oparta o framugę głównych drzwi, mając założone ręce na piersi, przyglądając się mężczyźnie, a gdy ostatecznie odjechał, skryła się w środku domu. Przez całą drogę powrotną rozmyślał o ostatnich sytuacjach, które ich spotkały i szczerze, było tego naprawdę dużo, jak na tak krótką znajomość. Violet wiedziała o Eliasie znacznie więcej, niż powinna, ale.. Chyba jej ufał, że nie puści pary z ust, a przynajmniej żył z takim przekonaniem. Przez takie rozmyślanie kilka razy zagapił się na światłach, z czego na jednych przejechał na czerwonym świetle, a na drugim został strąbiony przez kierowcę za nim, bo stał na zielonym. Zaśmiał się w duchu, ostatecznie pokonując kilka ostatnich ulic, dojeżdżając pod bramę swojego domu. Pilotem otworzył garaż i wjechał do środka, gasząc po chwili pojazd, któremu swoją drogą przydałby autodetaling, gdyż przez ostatnie kilka miesięcy nie miał za bardzo czasu pojechać, chociażby na myjkę. Cicho odetchnął, napisał do Violet o dotarciu do domu, po czym wysiadł z audi, zamykając ją pilotem, by następnie drugim kluczem otworzyć drzwi garażowe, przechodząc do krótkiego przedsionka, dzielącego dom od garażu. Był do tego stopnia zamyślony, że nawet nie wyczuł silnych, męskich perfum, które zdecydowanie nie należały do niego.
— Jaka niespodzianka! — usłyszał nagle, gdy przeszedł do salonu.
Wnet dostrzegł czarnowłosego mężczyznę, ubranego w białą koszulę, spodnie od garnituru oraz czarne, lakierowane buty, który siedział wygodnie w fotelu, trzymając nogę na nodze. Cortes od razu sięgnął do kabury w pasie, lecz równie szybko ktoś wytrącił go z równowagi, kopiąc go z całej siły w tył kolan. Nagle zaczął czuć się bardzo dziwnie, jakby ktoś lub coś ograniczało dopływ tlenu do jego płuc, przez co ciało zaczęło mu drżeć oraz ograniczać jego jakiekolwiek ruchy.
— Nie spodziewałem się, że tak szybko się spotkamy. — kontynuował, wstając powoli z fotela. — Szczerze, to miałem nadzieję, że nigdy się nie spotkamy. — podszedł bliżej bruneta, przyglądając mu się, jak walczy o każdy, nawet najmniejszy oddech. — Ale dowiedziałem się, że ktoś mnie szuka i depcze mi po piętach, a nigdy za tym nie przepadałem. — dodał, wykonując zamaszyste kopnięcie prosto w jego brzuch.
— Czego Ty kurwa chcesz? — mruknął, gdy odzyskał władze w ciele.
— Pozbywam się problemów, Elias. — odpowiedział, rozkładając ręce na bok. — A obecnie, każdy Cortes w półświatku jest dla mnie dużym problemem. — dodał, wykonując drugie kopnięcie, tym razem w podbrzusze.
Nie byłby sobą, gdyby teraz dałby się tak okładać przez jakiegoś alfonsa. Zebrał w sobie całą energię i ruszył na Thomasa, który tylko wykorzystał jego pęd i rzucił nim o ścianę, zrzucając dwa duże obrazy, które z hukiem upadły na podłogę, rozrzucając wokół drobinki szkła. Gdy nagle usłyszał śmiech jego ludzi, którzy stali w salonie, wściekł się jeszcze bardziej i nie powstrzymując się, wypuścił na nich wszystkich vantar, który przebił na wylot chyba większość mężczyzn, ale nie Thomasa, który sprawnie zablokował jedną z wielu macek, która jedynie zdążyła drasnąć go po klatce piersiowej, pozostawiając mu rozdartą koszulę oraz draśnięcie na torsie.
— Jesteś żałosny, Elias. — warknął, zbliżając się do bruneta. — Zawsze byłeś słaby, a do tego przekazałeś te beznadziejne geny dalej. Powinieneś zginąć w tym kwasie! — dodał i bez wahania kilka razy kopnął go w brzuch, lecz to tylko jeszcze bardziej go wkurzyło.
Ponownie zerwał się z podłogi i rzucił się na mężczyznę, powalając go na ziemię, wymierzając w jego twarz kilka solidnych ciosów, których nie był w stanie obronić. Niestety nie mógł się tym długo nacieszyć, gdyż zaraz chwyciło go dwóch ochroniarzy Thomasa, którzy na rozkaz brutalnie ogłuszyli Cortesa, kopiąc go do nieprzytomności. Nie mógł już nic zrobić, ponownie ktoś odebrał mu władze w ciele, zrywając jakikolwiek kontakt ze światem.

***

Ocknął się nagle, będąc oblanym kubłem zimnej wody. Próbował szybko połączyć fakty, lecz silny ból głowy uniemożliwił mu jakiekolwiek logiczne myślenie, ostatecznie dając sobie chwilę na pełne wybudzenie. Gdy otworzył oczy, nadal widział głęboką ciemność, a do jego uszu dobiegły jedynie odgłosy kroków wojskowych butów oraz niezrozumiałe rozmowy kilku mężczyzn. Po kilku sekundach zdał sobie sprawę, co się właśnie wydarzyło i w jak bardzo chujowej jest sytuacji. Siedział przywiązany do drewnianego krzesła, ręce miał za sobą, nogi natomiast były tak mocno przywiązane do nóg krzesła, że krew ledwo dopływała do jego stóp. Na głowie natomiast miał mokry, materiałowy worek, związany na szyi, a może to była pętla i za chwilę po prostu zawiśnie...
— Już myślałem, że moi koledzy Cię zabili. — usłyszał śmiech Thomasa, który szybko się do niego zbliżył. — Ogólnie trafiłeś na mój zły dzień, więc muszę się trochę wyżyć... — dodał i nie zwlekając, zaczął z całej siły uderzać w brzuch oraz klatkę piersiową bruneta. Czuł, jak pod każdym uderzeniem pęka mu skóra, tworząc kilka niegroźnych ran, z których powoli wypływała ciemna krew nyxa. Pomimo tego, Elias nawet nie warknął, spinając swoje mięśnie, chroniąc tym wnętrzności. Ewidentnie Thomas musiał mieć założony kastet lub rękawicę z metalowymi knykciami, gdyż ludzka pięść nie byłaby w stanie tak łatwo poranić jego ciała. Swoją drogą, teraz zdał sobie sprawę, że siedzi w samych spodniach.
— Thom, zostaw już go!
Głos kobiety rozszedł się echem po pomieszczeniu, a ciosy czarnowłosego nagle zostały przerwane. Słychać było jego przyspieszony oddech oraz niezdecydowane kroki - niby chciał odejść od bruneta, lecz z drugiej strony nadal myślał kontynuacji tortur.
— Skurwiel. — wysyczał Cortes, co od razu spotkało się z silnym prawym sierpowym prosto w twarz, niemalże przewracając krzesło, do którego był przywiązany. Chyba nawet na chwilę odcięło brunetowi prąd...

***

Ponownie ocknął się po.. po jakimś czasie, gdyż nawet nie wiedział, ile czasu minęło od porwania. Nadal siedział w tym samym miejscu, nadal mając mokry worek na głowie, nadal czując nieprzyjemny ból w ciele, który tylko narastał. Do jego uszu nie docierały żadne nowe dźwięki czy rozmowy, które mógłby zrozumieć. Próbował coś zdziałać mocami, lecz to tylko wywoływało jeszcze większy ból głowy, ostatecznie dając sobie z tym spokój. Jeszcze nie teraz..
— No to skoro mam już całą rodzinkę... — zaczął Thomas, stając może dwa metry od bruneta. — To myślę, że czas pokazać tatusiowi, jak dzieci mu pięknie wyrosły. — dodał, ewidentnie mocując się z czyimś wiązaniem na szyi.
— Pierdol się, fagasie złamany! — głos młodej kobiety, bardzo podobny do tego, który słyszał prawie trzydzieści lat temu. Wnet rozległ się głuchy dźwięk uderzenie z pięści w twarz. — Pożałujesz tego.. — dodała, plując mu pod nogi.
— Pyskata jak stary, haha. — zaśmiał się, podchodząc do kolejnej osoby, której również zdjął zakrycie głowy. Tym razem jednak panowała cisza. — A Ty... Spokojny po mamusi, nie dziwne, zawsze taka była. — dodał. — Cóż, czas na Ciebie...
Gdy Thomas zbliżył się do Cortesa, jego oddech znacznie przyspieszył, a mięśnie żuchwy znowu były widoczne przez nerwowe ich napinanie. Otworzył powoli oczy, czekając, aż worek zniknie z jego głowy, by mógł spojrzeć prosto w twarz oprawcy. Gdy materiał się uniósł, jego wściekłe spojrzenie uniosło się z betonowej podłogi prosto na Thomasa, patrząc na niego spod byka.
— Nie patrz tak na mnie. — uśmiechnął się ironicznie. — Zorganizowałem wam tylko rodzinne spotkanie. — dodał, śmiejąc się prosto w twarz bruneta. Powstrzymywał się od spojrzenia w stronę dwóch pozostałych osób, gdyż nie chciał okazywać swojej słabości.
Gdy tylko mężczyzna obrócił się tyłem do nyxa, zerknął krótko w stronę... swoich dzieci. Ynestra siedziała po prawej, Sevrano natomiast po lewej, oby dwoje po przekątnej, mając widok na siebie nawzajem. Elias nadal zachowywał poważny wyraz twarz, nie dając się ponieść emocjom. Na szczęście, pozostała dwójka to zrozumiała i również wróciła spojrzeniem na Thomasa. Nagle mężczyzna podszedł do młodego nyxa i z całej siły uderzył go w twarz, jednocześnie przewracając jego krzesło na bok, przez co upadł z cichym syknięciem. Bardzo dobrze pamiętał, że Sev ma niski próg bólu, przez co jeszcze bardziej gotował się w sobie.
— Zostaw go, dupku.. — warknęła białowłosa, odwracając tym uwagę od swojego brata. Thom zerknął w jej stronę, unosząc brew oraz masując knykcie swojej dłoni, po czym podszedł do niej i również wykonał cios, tym razem prosto w splot słoneczny.
— A może pobawiłbyś się z kimś na swoim poziomie? — mruknął Elias. Jego głos, niski i lekko ochrypły, rozszedł się po całym pomieszczeniu, co najwidoczniej wkurzyło oprawcę, gdyż nie zwlekając, podszedł szybko do bruneta, od razu wymierzając mu kilka jeszcze silniejszych ciosów.
— Ciebie chciałem sobie zostawić na koniec, ale skoro chcesz, żeby Twoje dzieci patrzyły na to, jak umierasz... — powiedział w przerwie między ciosami. — Ale zanim Cię zabiję, powiem Ci pewną tajemnicę. — zaczął, kucając naprzeciw, chwytając Eliasa za podbródek, by nawiązać z nim kontakt wzrokowy. — Osobiście nasłałem morderców na Twoją żonę, bo urodziła dziecko, którego nie chciałem. — dodał, dając brunetowi chwilę na przemyślenie. Niestety, jego oczy zabłysnęły czystym gniewem i nienawiścią, przez co Thom od razu powrócił do wymierzania kolejnych ciosów. Ta wieść jedynie jeszcze bardziej go wkurwiła, lecz w obecnej sytuacji nie mógł na to jakkolwiek zareagować. Nie w takim stanie, będą jednocześnie blokowany przez jedną z wielu zdolności czarnowłosego.
Bronił się, spinając każdy możliwy mięsień, lecz gdy nagle upadł na podłogę, a jego krzesło, na którym siedział, pękło na kilka części, wszelkie siły z niego uleciały, przez co każdy następny cios lub kopnięcie, jeszcze bardziej przeszywały jego poobijane ciało. Dużo wytrzymał, bardzo dużo, lecz ostatecznie i tak stracił przytomność. Czuł, że pod jego plecami powoli zbiera się ciepła krew...

***

Był pewny, że właśnie zginął, że kolejny Nyxborn pożegnał się ze światem, choć on nawet nie był na to gotowy. Ocknął się nagle, lecz ledwo mógł podnieść powieki, które przez obrażenia były mocno napuchnięte. Leżał na lewym boku, nadal związany, w niewielkiej kałuży własnej krwi, a gdy jego wzrok się wyostrzył, dostrzegł dwa drobniejsze ciała, leżące zaraz przed nim. Do oczu napłynęły mu łzy, które powoli opadały na betonowe podłoże, a jego serce ponownie rozpadło się na milion kawałków. Znowu czuł ten ból, który odebrał mu dech w piersi. Oni leżeli bezruchu, zakrwawieni, poobijani i ranni... Nagle poczuł, jak ktoś obraca go na plecy i choć wywołało to odrętwienie całego jego ciała, ani trochę się nie skrzywił. Rozpoznał ją od razu - ciemnowłosa drakonid, która po raz kolejny ratowała mu dupę, ale czy on wyjdzie z tego żywy? Wątpił w to.
— Przepraszam, Vi.. — wychrypiał, niemalże dławiąc się własną krwią. — Uciekaj stąd, proszę.. — szepnął, pozostawiając ją ze swoim pustym spojrzeniem.
To jednak była cisza przed burzą, bo doświadczonego nyxborna nie da się tak łatwo zabić kilkoma kopnięciami czy ciosami. Jego ciało nagle przybrało smolistą konsystencję, szybko tracąc ludzkie kształty, zabarwiając się w bardzo głęboką czerń. Podłoże całego budynku zaczęło drżeć, powodując liczne pęknięcia, z których wnet zaczęła uwalniać się rozgrzana smoła. Vantar przejął całkowitą kontrolę nad Cortesem, zaczynając siać zniszczenie w najbliższej okolicy, lecz to, co stało się po chwili, było na tyle niespotykane, że sam Thomas zaczął odczuwać.. strach. Smoła stworzyła istotę przypominającą węża, stopniowo dodając cztery kończyny oraz ogromne skrzydła, ostatecznie tworząc... czarnego, blisko dwudziestometrowego, smoka. Z wyglądu nie był idealny oraz spójny, lecz swoją potęgą budził strach we wrogach, a gdy ze smolistego gardła wydobył się wściekły warkot, w hali rozeszły się krzyki paniki oraz odgłosy ucieczki. Jego czerwone ślepia podążały za jednym osobnikiem - Thomasem, który próbował schować się w pomniejszych pomieszczeniach. To jednak dla vantaru nie był żaden problem, gdyż obecnie był on wszędzie, a dzięki swoim mackom, mógł schwytać czarnowłosego i znacznie przybliżyć go do siebie. Choć obecnie to on kontrolował otoczenie, wiedział, że dla Cortesa najważniejsza jest rodzina, więc krótko spojrzał w stronę nieco mniejszego drakonida, dając jej czas na zabranie jego dzieci, a gdy to uczyniła, krzyk bólu Thomasa rozszedł się po całej okolicy. Cierpiał bardzo długi i powoli... Ostatecznie umierając, będąc żywcem podzielonym na kawałki.

***

Jego smoliste skrzydła przecinały gwieździste bezchmurne niebo, kierując się w jedno konkretne miejsce i nie był to dom Cortesa, a posiadłość Violet. Wiedział, że tam będzie bardziej bezpieczny, niż we własnym domu czy gdziekolwiek indziej - złamał prawo i był tego świadom, nawet jako moc nyxborna.
Będąc zaraz nad podwórkiem przyjaciółki, zniżył się do poziomu ziemi, unosząc podmuchem skrzydeł pobliski piach oraz przewracając delikatne meble na tarasie, co od razu wyciągnęło Violet ze środka domku. Po sprawnym wylądowaniu i niezniszczeniu okolicy spojrzał na nią czerwonymi ślepiami i spokojnie wypuścił powietrze z nozdrzy, oddając jej ukochanego przyjaciela, rozpływając się niczym woda, od razu wchłaniając się w jego poobijane ciało. Leżał nieprzytomny, w samej bieliźnie, na wilgotnej trawie, jego powieki powoli opadły, a oddech znacznie się uspokoił. Poczuł nagle, jak dwie osoby go podnoszą, lecz ból, jaki to wywołało, ponownie odebrało mu przytomność... W otaczającej go ciemności widział tylko jedno - czerwone, gadzie ślepia, które patrzyły się wprost na jego ludzkie ciało. Czyżby vantar właśnie ewoluował? Bardzo możliwe.

Violet? :'<
2198 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz