Gdy wrócił do swojego domu, wyłożył się na kanapie w salonie i ciężko odetchnął, cały czas rozmyślając o tym, co stało się w tamtym opuszczonym budynku. Wiedział, że coś jeszcze może się w nim obudzić, jakaś zdolność, lecz nie spodziewał się, że będzie to coś związanego z samą perswazją. Przymknął na chwilę oczy, a gdy czuł, że powoli odpływa do krainy snów, lekko się wzdrygnął na dźwięk bezpiecznego telefonu. Mruknął pod nosem kilka nieprzyjemnych słów, był zmęczony i osłabiony, przez co nie miał ochoty na rozmowy, lecz gdy spojrzał na wyświetlacz, cicho odetchnął i odebrał połączenie od informatora.
— Widzę, że nie odczytałeś ode mnie wiadomości, którą rano Tobie wysłałem. — zaczął mężczyzna i nie czekając na odpowiedź, kontynuował. — A skoro już odebrałeś, to musisz coś wiedzieć. Ta kobieta ze zdjęć to faktycznie Twoja córka - Ynestra Cortés, znana w półświatku jako Ines, zastępca szefa jakiejś tajnej organizacji, której nadal szukam. — wyjaśnił. — Ale dodam jeszcze coś ekstra. — zawiesił się na chwilę, trzymając Eliasa w niepewności. — Twój syn też tam jest. — dodał, ze słyszalnym uśmiechem na jego twarzy.
— Nie wnikam, jak do tego doszedłeś, ale jeśli jest to prawda, to Buzz, kurwa... — westchnął z ulgą, siadając na kanapie za sobą. — Znajdź mi ich dokładną lokalizację, a dostaniesz bonus. — dodał.
— Się robi. Bez odbioru.
Gdy połączenie dobiegło końca, brunet jeszcze jakiś czas wpatrywał się w powoli gasnący wyświetlacz telefonu, nadal nie wierząc w to, co właśnie usłyszał. Jego dzieci żyją, choć są zamieszane w jakąś organizację, z czego Ynestra stoi wysoko w hierarchii. Wziął kilka głębszych wdechów, żeby choć trochę ułożyć chaos w swojej głowie, po czym skierował się do biura, gdzie zaczął układać wcześniej zebrane informację.
***
Przez kilka następnych dni siedział głównie w domu, odpoczywając lub skupiając się na nowej zdolności, którą testował na tworach swojej wyobraźni, odcinając od nich kontrolę vantaru, robiąc z nich samo myślące istoty, co prawda na chwilę, zanim się zdezintegrowały przez brak mocy, ale lepsze to, niż testowanie na żywych istotach. Każdego dnia był krok bliżej do lepszej kontroli, lecz czasami wystarczyło lekkie zwątpienie w moc, żeby zaburzyć "rozkaz" wysłany to obiektu testowego, przez co robił coś, czego robić nie miał lub zrobił to inaczej. Cortes musiał uzbroić się w cierpliwość, dając sobie więcej czasu na to, żeby trochę lepiej opanować perswazję.
Każdego dnia kładł się spać wyjątkowo wcześnie, żeby wyrobić sobie stałe godziny snu, lecz akurat tego dnia, a raczej nocy, postanowił sięgnąć po alkohol, płynąc myślami gdzieś daleko, jak najdalej od otaczającego go świata, chcąc, choć na chwilę zapomnieć o problemach i zmartwieniach. Nawet mu się to udało, ostatecznie zasypiając na kanapie, oczywiście wcześniej biorąc ciepły prysznic, inaczej by nie zasnął.
Nagle obudził go dzwonek telefonu, a gdy spojrzał na zegar, trochę się zirytował, widząc godzinę chwilę po piątej rano. Przetarł zaspane oczy, podniósł się do siadu i odebrał przychodzące połączenie. Nie był pewny, kto to dokładnie dzwoni, lecz gdy usłyszał dobrze mu znany głos, wiedział, że to Violet. Słuchał jej uważnie, starając się nie zasnąć na siedząco, lecz gdy tylko usłyszał, że kobieta weszła do jego starego domu, nie potrzebował niczego, żeby rozbudzić się w kilka sekund. Od razu wstał i zaczął się szykować do wyjścia, gdyż bardzo dobrze wiedział, z czym wiąże się wejście do opuszczonej posiadłości. Gdy nagle połączenie zostało zerwane, był już gotów wsiąść do audi, lecz gdy zdał sobie sprawę, że autem zajmie to zbyt wiele czasu, chwycił za kask oraz rękawice, po czym wyprowadził motocykl z garażu. Ubrał wcześniej wspomnianą odzież, zaniedbując resztę swojego ciała, gdyż nigdy wcześniej nie jeździł bez pełnej zbroi, lecz tym razem, nie miał zamiaru za długo jechać. Gdy tylko odpalił maszynę, mignął kilkukrotnie, cały czas poruszając się do przodu. Drogę do starego domu znał na pamięć, a miganie z motocyklem było jak teleportowanie się z drugim człowiekiem, gdzie w przypadku auta, mogłoby być to niemożliwe do wykonania.
Gdy po kilku minutach był w okolicy domku, przypomniał sobie słowa kobiety, która wspominała o jakimś przydupasie na drzewie, który pilnował okolicy. Cortes zdjął kask oraz rękawice, który przyczepił do boku motocykla, po czym rozejrzał się po okolicy, skupiając się głównie na koronach drzew. Gdy ujrzał mężczyznę siedzącego na gałęzi, z którym przypadkiem nawiązał kontakt wzrokowy, zsiadł z maszyny i przeniósł się zaraz za jego plecy. Obcy nie spodziewał się takiego manewru ze strony bruneta, przez co nie zdążył zareagować na atak z jego strony. Chwycił go ręką za szyję i mocno ścisnął, dociskając drugą ręką, odcinając tym dopływ powietrza do płuc. Po kilku sekundach mężczyzna stracił przytomność, a że siedział na gałęzi, jego ciało bezwładnie wpadło w niżej znajdujące się krzaki.
Teraz jednak był najgorszy etap przed nim - wejście do starego domu, przekroczenie bariery, której nie przekraczał przez blisko czterdzieści lat. Musiał jednak wziąć się w garść, żeby wyciągnąć stamtąd Vi, o ile ta jeszcze żyje. Był wściekły na nią, że w ogóle tam weszła i wspomniała o artefakcie, który nie miał prawa się aktywować. Gdyby mógł, zrównałby ten dom z ziemią, lecz jakaś siła mu na to nie pozwalała.
Gdy wszedł do środka, stając w wielkim salonie, poczuł ból w klatce piersiowej, a do jego głowy zaczęły dochodzić liczne odgłosy bawiących się dzieci oraz śmiech Olivii, dźwięki, których już nigdy więcej nie chciał słyszeć. Miał mieszane uczucia - smutek i gniew, a gdy zobaczył swoje stare zdjęcia, jego oczy napełniły się łzami, ciężkimi, gorzkimi łzami, przepełnione smutkiem. Gdy nagle usłyszał głos Vi, który dochodził z pomieszczenia na piętrze, otarł twarz i wszedł po schodach, kierując się od razu do sypialni. Widok, jaki tam zastał, niemalże zwalił go z nóg - zakrwawione łóżko oraz podłogi, tabliczki policyjne po dowodach zbrodni oraz ona - Olivia w poplamionej od krwi koszuli nocnej, którą kupił jej na którąś rocznicę ślubu.
— Nie mówiłeś, kurwa, że twoja żona będzie chciała mnie zabić — wysyczała. — Ja pierdolę, czy naprawdę wszyscy chcą się mnie pozbyć? Można po prostu powiedzieć, żebym zostawiła twojego faceta w spokoju, serio!!! — dodała, krzycząc w sufit.
— Trzeba było tutaj nie wchodzić. — odparł Cortes, lecz jego ton głosu nie brzmiał ani trochę przekonująco. Odchrząknął krótko, nerwowo przełykając ślinę. — Nie powinno Cię tutaj być, rozumiesz? — dodał, marszcząc nerwowo brwi.
Nagle jedna z dużych szaf, stojących obok ciemnowłosej, ruszyła się, przewracając się w jej stronę, na co Elias od razu zareagował, używając smolistych macek. Odepchnął mebel i spojrzał w stronę Olivii, a przynajmniej w miejsce, gdzie wcześniej stała.
— A Ty się w końcu uspokój, dobra?! — krzyknął, lecz nie były to nerwy, a bezsilność. Łzy coraz bardziej cisnęły mu się do oczu, lecz nie mógł sobie na to teraz pozwolić. — Od blisko czterdziestu lat jedyne co robisz, to mnie nachodzisz i wszystko niszczysz! — dodał, przez co większość mebli w sypialni zadrżała. Nagle w pomieszczeniu rozległ się cichy, kobiecy płacz, lecz nie należał on do Violet.
— Nawet nie wiesz, jakie to uczucie być w tym miejscu przez te wszystkie lata. Sama. — powiedziała, lecz jej głos nie rozchodził się w pokoju, a w ich głowach. — Zejdź do piwnicy, proszę. — dodała, znikając.
Brunet spojrzał na swoją przyjaciółkę, która nadal siedziała pod ścianą, po czym opuścił sypialnię, zostawiając otwarte drzwi. Był na nią wściekły, lecz nie chciał wyładowywać na niej swojej agresji czy złości, bo to nie miałoby żadnego sensu i zamiast pomóc, jeszcze bardziej by zaszkodziło. Gdy doszedł do drzwi, za którymi znajdowały się schody do piwnicy, usłyszał za sobą pośpieszne kroki ciemnowłosej, która wnet dotrzymała mu kroku, a gdy jednym ruchem pchnął drewniane drzwi, ciszę przerwało ciche skrzypienie drewnianych schodów, choć jeszcze nikt nie zaczął po nich schodzić. Czuł na sobie spojrzenie Violet, lecz on starał się zachowywać kamienną twarz, ukrywając zeszklone oczy.
— Gdy tego dnia przyszli z armii, byłam pewna, że to Ty wróciłeś już z misji. — zaczęła Olivia, siedząc skulona w kącie piwnicy, zaraz przy kamiennym artefakcie, który emanował zielonkawym kolorem. — Ale on na rękach trzymał zwiniętą flagę, na niej Twoje odznaczenie oraz kopie nieśmiertelnika. Nie był w stanie wydusić z siebie tych słów, że.. nie żyjesz. — mówiła. Jej głos był spokojny, lecz smutny, noszący lekki pogłos w kamiennej piwnicy. — Nawet nie wiesz, ile sprawiło mi to bólu. — spojrzała na niego, przeszywając go swoim niemalże błękitnym spojrzeniem. — Miałam myśli o odebraniu sobie życia, wiesz? — jęknęła cicho, nie mogąc powstrzymać strumieni łez. — Ale nie mogłam tego zrobić ze względu na dzieci.
— Olivia, ja... — zaczął, lecz nie wytrzymał, pękł jak bańka. Upadł na kolana, zalewając się smutnymi łzami, które ciężko upadały na kamienną podłogę. Nie ukrywał tego, jak bardzo jest mu teraz ciężko.
— Podejdź do niego, proszę, ja mu w żaden sposób nie pomogę. — szepnęła Olivia, kierując słowa do ciemnowłosej, czego Cortes nie słyszał, lecz poczuł, gdy delikatna dłoń spoczęła na jego ramieniu.
— Gdybym wiedział, że tak skończy się moja misja, zrezygnowałbym, ale kto mógł to przewidzieć? — mówił, czując coraz cieplejszy dotyk ze strony Vi. — Przecież jak dowiedziałem się, co się z Tobą stało, Olivia, boże... — jęknął, puszczając drobne nicie vantaru, których nawet nie kontrolował, lecz on wiedział, do czego ciągnie jego moc. — Sama widziałaś, jak się staczałem... — mruknął, nie mogąc powstrzymać kolejnych łez.
— I nieźle bawiłeś się z innymi kobietami. — odparła, co spotkało się ze smutnym spojrzeniem bruneta. — Ale nie przejmuj się tym, bo.. bo też zrobiłam coś głupiego, coś, co powinieneś wiedzieć. — dodała, podchodząc bliżej przyjaciół. — Gdy pogodziłam się z Twoją śmiercią, bardzo zaprzyjaźniłam się z Thomasem. Pomagał mi dojść do siebie, czasami opiekował się dziećmi. — zaczęła, kucając naprzeciw Eliasa. — Ja... urodziłam jego dziecko. — dodała, ciężko wzdychając.
— W takim razie szybko pogodziłaś się z moją śmiercią...
— Nie Elias.. — przerwała mu — Ja potrzebowałam wsparcia, zrozumienia, nie miałam nikogo, rozumiesz? — mówiła, chcąc położyć dłoń na policzku bruneta, lecz ta przeniknęła przez niego. — Było mi ciężko bez Ciebie. — dodała.
— W sumie.. teoretycznie nie żyłem, a jeśli to sprawiło, że byłaś choć przez chwilę szczęśliwą, nie mogę mieć Ci za złe. — powiedział po chwili namysłu.
Wnet spojrzenia wszystkich skierowały się na artefakt, który powoli zaczął pękać przez silne nicie vantaru, który miał za cel zniszczyć ów obiekt. Poczuł, jak dłonie Violet lekko ściskają jego ramie, bo przecież to ten artefakt miała ukraść, natomiast na twarzy Olivii pojawił się ciepły uśmiech.
— Zanim zniknę.. — zaczęła, skupiając na sobie uwagę przyjaciół. — Znajdź Thomasa, znajdź moją córkę, proszę... A Ty, Violet, zaopiekuj się tym durniem. — dodała, ze smutnym uśmiechem, żegnając się ze światem żywym w momencie, gdy magiczny przedmiot rozkruszył się w drobny mak.
Cortes poczuł nagłą pustkę w sercu, lecz z drugiej strony towarzyszyło temu uczucie ulgi i lekkości, jakby pozbył się jakiegoś ciężaru, który nosił czterdzieści lat na swoich barkach, natomiast chaos w jego głowie.. on.. on zaczął się układać w całość, co Vi również zauważyła, mając więź z jego umysłem. W domu nastała nagła cisza oraz spokój, coś, czego nie było tutaj od lat.
— Przepraszam... — szepnął Cortes, spoglądając w stronę kobiety. — Ja nie mogłem inaczej zareagować. Nie bez powodu tutaj nie wchodziłem. — dodał, spuszczając wzrok na podłogę. Wtem poczuł, jak Vi siada obok niego i szczelniej go obejmuje.
Violet? :<
1784 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz