— Trochę odwaliłaś — Liam nie brzmiał na wielce wielce oburzonego tym faktem. Nie wyglądał też na zaskoczonego. Z jego twarzy można było wyczytać głównie kiepsko ukrywane rozbawienie. — Spalić cały magazyn? Znowu? Miałaś ich tylko nastraszyć.
Podniosłam wzrok znad komórki i wyświetlających się na niej wiadomości od Eliasa. Ostatnia, jaką wysłał — "Jesteś pewna, że nic ci nie jest?" — pozostała bez odpowiedzi. Nie byłam pewna, co powinnam odpisać. Co czułam. Miałam wrażenie, jakby ogień wypalił we mnie wczoraj wszelkie emocje, sięgając tak głęboko, aż nie pozostało we mnie zbyt wiele z iluzji człowieka, jaką sumiennie plotłam niemal całe swoje życie. Nawet ta cielesna jej część zdawała się wybrakowana. Widziałam się w lustrze — spod głębokiego fioletu moich oczu przezierało smocze złoto. Mimo wielu prób, nie mogłam go ukryć. Jednak nie wywoływało to we mnie zwyczajowej frustracji.
Czułam pustkę.
— Może weźmiesz wolne na parę dni? — ton mojego brata zmienił się diametralnie, gdy spojrzał mi w oczy. Zmarszczył brwi w wyrazie troski wymalowanym na twarzy. Siedział na leżaku, rozłożonym na pomoście na jeziorze przy moim domu. Ja zajmowałam drugi. — Ten pożar był... potężny.
Potężniejszy, niż ostatni. Zdecydowanie. Przynajmniej sądząc po skali zniszczeń, bo gdy byłam w środku... Nie wiem, co się działo, gdy w końcu zostałam zmuszona do sięgnięcia po magię po tym, jak negocjacje prowadzone przez dowódcę grupy, do której mnie dołączyli, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Organizacji Liama bardzo zależało na tym, w czego posiadanie weszli ludzie zajmujący magazyn — jakiś dziwny obraz czy coś. Nie znałam szczegółów, jak zawsze. Miałam tylko prostą robotę do wykonania. Bez emocji, bez wahania.
Skoro mafia nie mogła mieć obrazu, nie pozwoli, by miał go ktokolwiek inny. Więc po prostu go spali.
Osoby na szczycie znały ryzyko. Wielokrotnie już traciłam panowanie nad moją mocą, paląc nie do końca precyzyjnie to, o co mnie proszono. Zwykle nie miało to większego znaczenia, im bardziej wybuchowy efekt, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że kolejni w przyszłości będą chcieli się stawiać, co było dobre dla organizacji w dłuższej perspektywie.
Tym razem jednak w istocie przesadziłam, puszczając z dymem nie tylko interesujący jednych z moich chlebodawców magazyn, ale również cały szeregowiec, w którym ten się znajdował. Temperatura ognia była tak wysoka, że z całego budynku pozostały tylko ustawione na sobie cegły. Wiele przypadkowych osób straciło domy, niektórzy, którzy nie zdążyli na czas uciec, także życia. Gdyby nie to, że w moim zespole był człowiek odpowiedzialny za moje bezpieczeństwo, dzięki swojej mocy niewrażliwy na ogień i zdolny do opanowania mnie (pozbawienia mnie przytomności szybciej, niż zrobi to moja własna moc) właśnie w takich sytuacjach — prawdopodobnie zostałabym złapana przez służby usiłujące zapanować nad pożarem. Jednak wyciągnął mnie z piwnicy, gdy wszystko płonęło. Miałam farta.
Zabrakło go jednak innym członkom mojej drużyny, z których tylko dowódcy udało się uciec z płonącej piwnicy. Nie wiedziałam nawet, kim byli. Kilka godzin przed wypadkiem spotkałam ich po raz pierwszy. Byłam w złym nastroju, chciałam mieć to wszystko jak najszybciej z głowy i wracać do domu, żeby zdążyć na czas na zajęcia z mantrailingu z moimi psami następnego dnia, na drugim końcu Deiranu. Nie poświęcałam wydarzeniom dookoła zbyt wiele uwagi, działałam automatycznie.
Teraz nie potrafiłam zmusić się nawet do wzbudzenia w sobie wyrzutów sumienia.
Telefon w mojej dłoni zawibrował. Rzuciłam okiem na wyświetlacz i powiadomienie przychodzącej wiadomości, które się na nim pojawiło. Znowu Elias. "Mogę przyjechać, jeśli chcesz". Szybko odblokowałam telefon i odpisałam: "Nie trzeba, dzięki. Idę polatać".
— Mogłabyś mnie nie ignorować? Próbuję pomóc — znowu przeniosłam wzrok na brata, odkładając telefon na mebel, na którym leżałam, gdzieś pod swoje udo, ekranem do dołu. Żeby nie spadł przypadkiem na pomost i nie wpadł przez przestrzeń w deskach do wody, bo mógłby być już nie do odratowania.
— Przekaż szefowi, żeby odsunął mnie od misji na jakiś czas — powiedziałam bezbarwnym tonem, przenosząc wzrok na wodę. Migotała pięknie w świetle zachodzącego słońca. Przynosiła ukojenie. — Dlaczego moim żywiołem nie może być woda, jak Azury... — mruknęłam pod nosem. Liam udał, że nie słyszał. Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego tak walczę z własną naturą. Kiedyś mnie za takie wypowiedzi strofował. Teraz chyba już się poddał w próbach przekonania mnie, że powinnam po prostu zaakceptować moją moc, bo dzięki temu korzystanie z niej od razu stanie się łatwiejsze. — Idę polatać — oznajmiłam głośniej, wstając. Telefon zostawiłam na meblu. W przestworzach nie był mi do niczego potrzebny.
— Jest jeszcze widno — brat nie wyglądał na zadowolonego z mojego pomysłu. Nie wstał jednak za mną, by mnie powstrzymać. — Uważaj na siebie. Ja zaraz wracam do moich zwierząt — zasalutował mi.
Prychnęłam, po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam między drzewa, w kierunku polany, z której mogłam wygodnie wystartować.
***
Lot pozwolił w końcu jakimś strzępkom emocji przebić się na powierzchnię spod otaczającej mój umysł mgiełki obojętności. Wzbicie się w powietrze zawsze pomagało, gdy w głowie pojawiały mi się wątpliwości co do obranej przeze mnie drogi w życiu. Pozwalało choć częściowo wyciszyć niechęć do żywiołu, który mnie wybrał.
Znalazłszy się wysoko na niebie, tak wysoko, że na pewno nie zwracałam już niczyjej uwagi, przy okazji oddalając się coraz bardziej od swojego domu, pozwoliłam sobie na wyrzucenie swoich żali i frustracji w głośnym, przeciągłym ryku. Miałam już dość tego wszystkiego, własnej bezsilności w obliczu żywiołu, który powinien być dla mnie opoką. Czułam wszechogarniającą, wciąż wzbierającą wściekłość na ludzi, którzy wciąż chcieli mnie wykorzystywać, na Liama za jego brak zrozumienia oraz na samą siebie, bo nie potrafiłam od lat się ogarnąć, zdobyć doświadczenia w panowaniu nad ogniem na tyle, by nie być chodzącą, tykającą bombą z opóźnionym zapłonem. Tyle lat wiedziałam, jakim żywiołem przyszło mi władać, a wciąż nie robiłam żadnych postępów, choć początkowo naprawdę próbowałam. Szybko jednak zdecydowałam, że najlepsze, co mogę zrobić, to nie korzystać z pełni swoich mocy, o ile nie zostanę do tego przymuszona.
Powinnam była odmówić. Powiedzieć, że jeśli nie zobaczę interesującego nas obrazu, nie podejmę się spalenia magazynu kawałek po kawałku, by nastraszyć przeciwników, bo zwyczajnie tego nie potrafiłam. Jednak zawsze miałam problem z byciem asertywną...
Czułam, jak mimo chłodu panującego na tych wysokościach, robi mi się coraz goręcej. Ogień wzbierał w moich żyłach, żądając uwolnienia. Machnęłam wściekle skrzydłami, by wznieść się jeszcze wyżej, aż w końcu rozrzedzone powietrze sprawiło, że musiałam odpuścić. Mimo wspierania się magią nie byłam w stanie dłużej utrzymać się na tak dużej wysokości. Złożyłam skrzydła ciasno przy bokach i zanurkowałam. Chłonęłam chłodny pęd powietrza, owiewający moje łuski, które nie chciały za żadne skarby oddać swojej temperatury. Nic nie mogło zgasić kotłującej się we mnie mocy, nakręcanej emocjami, które nie chciały zniknąć. Gniew. Rozżalenie. Smutek.
Wszechogarniający strach, że to nie była ostatnia taka sytuacja w moim życiu.
W ostatniej chwili rozłożyłam skrzydła, by zatrzymać upadek, nim zderzę się z ziemią. Podejrzewałam, że z takiego spotkania mogłabym się nie wykaraskać. Nieznośny żar wciąż rozpalał moje łuski, w końcu więc pozwoliłam mu się uwolnić wraz z kolejnym rykiem opuszczającym moje gardło. Słup ognia wystrzelił w niebo, by nie objąć drzew, blisko których się znalazłam. Ponownie poleciałam wyżej, by powtórzyć manewr, kierując się w stronę znajdujących się już całkiem niedaleko gór. Pozwoliłam magii ponownie napłynąć, po czym otoczyłam się magicznymi płomieniami.
Szkoda, że nie mogę spalić samej siebie...
Podczas pikowania płomienie zaczęły przygasać, jednak zmusiłam je, by rozpaliły się ponownie z pełną mocą. Byłam teraz tak daleko od zabudowań, że raczej niemożliwym było, by ktoś mnie zobaczył, nawet mimo, że moje zachowanie nie mieściło się w ramach nierzucania się w oczy nawet dla kogoś o bardzo bujnej wyobraźni.
Tym razem, skupiona na utrzymywaniu w ryzach magicznego ognia, za późno rozłożyłam skrzydła. Widziałam, jak grunt zbliża się coraz bardziej, mimo mojego gwałtownego ruchu, którym miałam nadzieję wyratować się od twardego lądowania. Jednak nic z tego. Zdekoncentrowałam się, ogień o dziwo po prostu wygasł, zamiast zająć drzewa, w które się władowałam, łamiąc je przy okazji. Trzask pękających, wieloletnich pni mieszał się z szelestem milionów poruszanych podmuchem powietrza liści. Machałam bez sensu skrzydłami, mając nadzieję jakoś uratować sytuację, jednak sprawa była już przesądzona. Wylądowałam twardo na ziemi, po której przejechałam jeszcze dobrych kilka metrów, pozostawiając po sobie głęboki rów w gruncie.
Gdy już myślałam, że mogę odetchnąć z ulgą i cieszyć się tym, że mogę się jeszcze ruszać po tym spotkaniu trzeciego stopnia z powierzchnią planety, poczułam, jak ziemia osuwa mi się spod łap. Poderwałam zaskoczona głowę, spróbowałam szybko wbić się w powietrze, jednak po upadku leżałam na jednym ze skrzydeł, które przygniecione nie zechciało współpracować na tyle szybko, by zdołać uratować mnie przed ponownym runięciem w dół, w ciemną, głęboką, wielką dziurę, która pojawiła się jakby znikąd.
Na szczęście, gdy już spadałam, obydwa skrzydła na powrót ze mną współpracowały. Rozłożyłam je, próbując choć trochę spowolnić prędkość upadku. Końcówki skrzydeł zaorały o kamienne ściany. Posypały się iskry, skrzesane tarciem łusek o kamień. Syknęłam, obracając się w powietrzu, próbując wycyrklować, by spadać idealnie środkiem pomieszczenia i nie zrobić sobie krzywdy. Zdawało mi się, że spadam w nieskończoność, jednak w rzeczywistości musiało to trwać znacznie krócej, przecież niemożliwe, by wewnątrz góry wydrążone było aż tak wysokie pomieszczenie...
Rąbnęłam o posadzkę w akompaniamencie potężnego huku. Czekałam, aż do moich zmysłów dotrze ból promieniujący od łap, na które upadłam. Nie nadszedł jednak. Przymknęłam oczy w konsternacji, omiotłam wzrokiem każde ze skrzydeł po kolei, badając pobieżnie, czy są całe. Poza drobnymi zarysowaniami na końcówkach, które zaliczyły bliskie spotkanie ze ścianami, zdawały się być całe. Jak miło. Otrzepałam się jak wychodzący z wody pies, poczynając od głowy, a kończąc na ogonie, po czym zwinęłam skrzydła po bokach ciała. Rozejrzałam się dookoła.
Gdzie ja się, do cholery, znalazłam?
Usłyszałam nagle gdzieś dźwięk pospiesznych kroków. W panice nałożyłam na siebie iluzję, pamiętając dodać sobie jakiś ubrań, żeby nie paradować nago w obcym miejscu. Kroki ucichły. Oby tylko nie znaczyło to, że osobnik, który musiał mnie widzieć, poszedł po wsparcie i zaraz wparuje tu jakaś podziemna armia broniąca tego miejsca, która uzna za zasadne dokonać na mnie eksterminacji, jak na jakimś wielkim szkodniku. Westchnęłam, przenosząc wzrok z jednego z korytarzy odchodzącego od pomieszczenia, w którym zdecydowanie jeszcze przed chwilą ktoś był, na sufit nad moją głową. Światła zamontowanych w pomieszczeniu lamp migotały, a nade mną ewidentnie zamiast dziury znajdował się sufit.
— Co tu się, przepraszam bardzo, odwala? — mruknęłam do siebie pod nosem.
Odruchowo się cofnęłam, by znaleźć się bliżej jakiejś ściany, żeby na pewno nikt nie zaszedł mnie od tyłu, jednak upadek, który przed chwilą zaliczyłam, oraz wcześniejsze dość nieroztropne używanie magii sprawiły, że ruch ten wywołał w mojej głowie istną karuzelę zawrotów głowy. Nim zdążyłam jakoś zrekompensować zaburzoną równowagę, runęłam tyłkiem na posadzkę. Syknęłam, kolejny raz bliżej poznając kamienne płyty podłogi.
Z kolejnym ciężkim westchnięciem ponownie wbiłam wzrok w sufit nade mną. Co to, iluzja? Jeszcze przed chwilą zdecydowanie tego tam nie było. Byłam pewna. Mój obolały tyłek również.
Nie musiałam sprawdzać, wiedziałam, że nie wydostanę się stąd tą samą drogą, co tu trafiłam. Do tego nie miałam przy sobie telefonu, żeby zadzwonić po pomoc, czy sprawdzić, gdzie dokładnie się znajduję. Pociągnęłam za pasemko potarganych teraz włosów, żeby ból temu towarzyszący pozwolił mi się lepiej skupić i wymyślić jakiś sensowny plan, co powinnam teraz zrobić...
Rozmyślania przerwało mi jakiś czas później pojawienie się obcego mężczyzny. Węch szybko powiedział mi, że nie był człowiekiem. Nie był też osobą, której kroki słyszałam — nie wyobrażałam sobie, by drakonid jego pokroju chodził pospiesznie. Raczej z wykalkulowaną gracją i pewnością siebie. Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, jak stary jest.
Oraz czy postanowi skrócić mnie o głowę za wtargnięcie na jego teren.
Miałam za mało do czynienia z innymi przedstawicielami mojego gatunku, by czuć się w jakikolwiek sposób pewnie w towarzystwie tego osobnika. Nawet gdy się przedstawił, gdy mówił te wszystkie miłe słówka — czułam, że to w jakimś aspekcie tylko gra pozorów. Wykalkulowana kurtuazja. Starałam się jednak zepchnąć obawy na bok, w końcu byłam tu zdana na jego łaskę. Powinnam sprawić choć trochę dobre wrażenie, to może mnie oszczędzi. Pozwoli sobie pójść. Oczywiście obiecam, że nie wypaplam nikomu nic o tym miejscu. Prywatny ośrodek badawczy. Dobry żart. A jeśli nawet w istocie nim był, to nie byłam do końca pewna, czy jego istnienie można uznać za legalne.
Szczerze w to wątpiłam.
Na jego komentarz o drakonidzkiej młodości uśmiechnęłam się krzywo. Pozwoliłam pomóc sobie wstać. Spojrzałam na mężczyznę z góry. Ale niski. Od razu zakwitła w mojej głowie ciekawość, jak wygląda tak naprawdę. Uśmiechnęłam się szeroko. Czy też będzie tak znacząco mniejszy? Musiał wywodzić się z odległej od mojej linii, której do tej pory nie spotkałam.
— Nie wiem, czy to zasługa młodości, czy jednak bezwładu. Mój upadek można porównać do pijaka staczającego się ze schodów, który nic sobie nie robi, bo nie próbuje się bronić — nie do końca się nie broniłam, jednak na pewno mogłam się bardziej postarać. Może wtedy bym tu nie wylądowała i nie znalazłabym się w tej całej kabale.
— Ciekawe porównanie — mężczyzna uniósł brew, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
W tej chwili dobiegł nas znowu odgłos kroków, choć inny, niż słyszałam wcześniej. Spojrzałam ponad mężczyzną w jeden z korytarzy odchodzących od pomieszczenia.
— Co to było? — zapytałam, choć nie wierzyłam, bym otrzymała odpowiedź, a już na pewno nie zgodną z prawdą.
— Pracownik. Nie masz się czym przejmować — uśmiechnął się zdecydowanie zbyt promiennie, choć w jego obliczu przez ułamek sekundy dało się odczytać narastającą irytację. Ups. Chyba czas przestać zadawać pytania i się ewakuować.
A jednak ciekawość zwyciężyła, gdy odgłos kroków rozległ się ponownie. Udałam, że rozglądam się z zaciekawieniem po pomieszczeniu, po czym nagle zrobiłam krok w bok i ruszyłam w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Kierowała mną czysta ciekawość, bo kroki brzmiały dziwnie, jakby coś w stylu porcelany miarowo uderzało o posadzkę. Usłyszałam za sobą głośne protesty Nyxariena, na szczęście miałam nad nim przewagę długich nóg. Czy moje zachowanie było dziecinne i małostkowe? Nie zaprzeczam. Miałam jednak dziś kiepski dzień, a zdrowy rozsądek zupełnie wyparował. W zasadzie jakie znaczenie miało, co zrobi ze mną ten drakonid? Nawet jakby uznał, że się mnie pozbędzie, mogę wcześniej spalić mu całą tę placówkę do gołej skały. Więc co mi za różnica?
Wpadłam w odpowiedni korytarz i nie musiałam iść daleko, by znaleźć osobę... hm, może bardziej stworzenie? Odpowiedzialne za dziwne dźwięki.
— Och, najmocniej przepraszam — odezwał się dziwny, chyba porcelanowy twór, od którego się odbiłam, bo wszedł mi pod nogi akurat, jak zerkałam przez ramię, czy drakonid mnie przypadkiem nie dogania. Zatrzymałam się jak wryta i patrzyłam w szoku na stworzenie. Dziwnie pachniał, nie potrafiłam jednak wyłuskać z niego pojedynczych nut, co było... nietypowe.
— Ależ nic się nie stało, to moja wina, nie patrzyłam, gdzie idę — uśmiechnęłam się promiennie. Poczułam na ramieniu czyjąś rękę i owiał mnie zapach drakonida. Spróbowałam zrzucić ją z siebie, ale nie pozwolił mi na to. Posłałam mu najbardziej niewinne spojrzenie, na jakie było mnie stać, jednak nie patrzył na mnie, a na istotę przede mną.
— Co ty tu robisz? — warknął. Odruchowo skuliłam ramiona. Dżizzz, widzę, że gościu potrafi być przerażający. Lepiej przy nim już więcej krzywych akcji nie odstawiać, zanotowane. Odruchowo moc we mnie ponownie zawrzała, rozgrzewając moją skórę na tyle, że ręka mężczyzny zniknęła z mojego ramienia, a on sam przeniósł wzrok z dziwnego osobnika na mnie. Już nie krył poirytowania.
Stojący przede mną osobnik wzdrygnął się, słysząc ton mężczyzny, i od razu cofnął się o krok.
— Tylko przechodziłem, ale już wracam! — wymamrotał, odwracając się na pięcie w towarzystwie malowniczego zarzucenia swoją peleryną. Tym razem jego kroki były jeszcze bardziej pospieszne, niż wcześniej. Peleryna powiewała w rytm jego spierniczania.
Ręka Nyxariena ponownie spoczęła na moim ramieniu, pewnie żeby odwrócić mnie twarzą w jego stronę i wygłosić jakieś kazanie w ojcowskim stylu, który zdawał się idealnie pasować do tego drakonida. Zdecydowanie musiał być stary... Jednak tak szybko, jak kończyna mężczyzny zetknęła się z moją skórą, tak szybko została zabrana. Sama odwróciłam się twarzą do niego, od razu robiąc krok wstecz, bo nie podobało mi się to, jak swobodnie traktował podchodzenie tak blisko mnie. Nie był moją rodziną, co by sobie nie myślał. Wbijał wzrok w swoją dłoń, zaczerwienioną od kontaktu z moim ramieniem. Wciąż czułam, jak moje ciało rozgrzewa się bardziej i bardziej, moc huczała mi w uszach, pragnąc zostać ponownie uwolnioną.
— Sory, nie panuję nad tym — uśmiechnęłam się promiennie, dodając do dystansu między nami jeszcze jeden krok.
— Co ty tu właściwie robiłaś? W tych górach? — spytał, patrząc na mnie spode łba i powoli na zmianę zginając i prostując palce poparzonej dłoni. Wzruszyłam ramionami.
— Potrzebowałam pomedytować.
— Ktoś ci już mówił, że jesteś bezczelna? — fuknął.
— Po prostu szczera — zrobiłam kolejny krok w tył, aż moje plecy napotkały ścianę korytarza. — Medytacja to nie zawsze siedzenie w miejscu i powtarzanie mantry. Może przybierać różne formy, a ma na celu po prostu oczyścić umysł.
— Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś tak wygadany będzie tak kiepsko radził sobie sam ze sobą — zbliżył się (pokonanie odległości, do której pokonania potrzebowałam trzech kroków, jemu zabrało jeden więcej), podniósł głowę, by spojrzeć mi w oczy i założył ręce na piersi. Prychnęłam oburzona, odwracając od niego wzrok. Może i był niski, ale, niech to szlag, nie można było odmówić mu tego, że mimo tego wzbudzał respekt.
— Czasami sama teoria nie wystarcza do osiągnięcia pożądanego efektu — mruknęłam tak cicho, że gdyby nie był drakonidem, na pewno chciałby, żebym powtórzyła, bo by nie usłyszał.
Przeciągnął dłonią po twarzy, mamrocząc coś pod nosem. Pewnie złorzeczył na mnie. Przyznam, nie mogłam się mu za bardzo dziwić.
Zrobiłam krok w bok, bo jednak tkwienie między nim a ścianą korytarza było niekomfortowe. Poza tym czułam, że moc we mnie zamiast się uspokajać, buzuje coraz bardziej. Oparłam się ramieniem o zimną ścianę, która zaskwierczała cicho przy kontakcie z moją skórą. Zmarszczyłam brwi. Chyba mają tu problem z wilgocią. Naraz pomieszczenie zawirowało mi przed oczami. Zamrugałam szybko, żeby pozbyć się dziwnego wrażenia. Coś było nie tak. Coraz ciężej było mi oddychać.
— Wszystko w porządku? — usłyszałam dochodzący jakby z naprawdę daleka głos stojącego przede mną mężczyzny, gdy się zachwiałam. Spróbował mnie chyba podtrzymać, bo poczułam czyjś dotyk na przedramieniu, które nie miało kontaktu ze ścianą, po której zaczęłam się osuwać. Ponownie jednak szybko zniknęło. Kontakt z moją rozpaloną skórą musiał naprawdę boleć, nawet mimo ogniooporności drakonidów.
— Czemu zrobiło się tu nagle tak z-zimno? — przeszedł mnie dreszcz. Założyłam ramiona na piersi, obróciłam się tak, że plecami stykałam się ze ścianą i osunęłam się po niej tak, że znalazłam się w przykucu.
Nic nie czułam, wzrok mi się rozmazywał, słyszałam jedynie huczący pod skórą żywioł, żądający, by go uwolnić. Chaosu i karuzeli przeróżnych emocji w głowie pozazdrościłby mi sam Elias. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.
Chcę do domu.
Nyxarien?
3033 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz