Tw: tortury
— Już w porządku — pogładziłam go dłonią po włosach, przyciskając jego głowę do swojego ramienia. Patrzyłam bez wyrazu w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą unosiła się zjawa. Jednak niezłe było z niej ziółko... Nie do końca rozumiałam, co się właśnie wydarzyło na moich oczach. Nie powiedziałabym też, żeby jakoś szczególnie dotknęły mnie słowa kobiety, bym opiekowała się mężczyzną rozklejającym się teraz w moich ramionach. Najpierw wypominać mężczyźnie, którego się kochało, że spotykał się z innymi, gdy umarła, potem przyznać, że sama zrobiła to samo, a na koniec przekazać swoje błogosławieństwo jakiejś obcej sobie lasce... Zdecydowanie ludzkie relacje mnie przerastały. Chyba najlepsze, co mogłam w tej chwili zrobić, to nie porzucić przyjaciela. Nawet, jeśli nie byłam pewna, czy dzisiejszy poranek pozostawił naszą relację w tym samym miejscu, co była wcześniej. Czułam się mocno skonsternowana. Potrzebowałam dystansu.
A mimo to zostałam z nim tam, odsuwając swoje emocje na bok, by skupić się na tym, jak mogę mu pomóc. Dałam mu się wypłakać w swoje ramię. Strata ukochanej osoby musiała cholernie boleć. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, jak bardzo.
— Nie powinniśmy zostawać tu zbyt długo — mruknęłam po kilku długich minutach. — Gdy zniknęła magia wypełniająca artefakt, na pewno ktoś zainteresuje się znowu tym miejscem. Przyjdą zobaczyć, co się stało. Obydwoje raczej nie chcemy bawić się teraz w kolejne walki.
Przytaknął. Gdy pozbieraliśmy się z podłogi oznajmił, że chciałby jeszcze coś zabrać. Nie oponowałam. Wyszliśmy razem z piwnicy na parter, po czym on skierował się z powrotem na górę. Ja zostałam na dole, tłumacząc swoją niechęć do podążenia za nim złymi wspomnieniami z piętrem tego domu. Nie naciskał. Pewnie również wolał być sam.
Przyjrzałam się po raz ostatni wszystkim zdjęciom zdobiącym pomieszczenia na parterze. Starałam się zapamiętać każde z nich. Każdy najmniejszy detal, by raz na zawsze wbić sobie do głowy, że nie mam żadnych szans w porównaniu z tym, co Elias miał w swoim życiu. Westchnęłam ciężko, zerkając na komórkę, która odzyskała zasięg. Nie słyszałam, by mężczyzna zbliżał się z powrotem do schodów, więc odblokowałam telefon i napisałam szybkiego SMSa do brata z krótkim "Przepraszam". Powinien zrozumieć, o co chodzi.
Problemy Eliasa swoją drogą, ale tak się składa, że wraz ze zniszczeniem artefaktu dorobiłam się kilku własnych. Zadzieranie z Mafią to nigdy nie był najlepszy pomysł. Może nie musiałam go przynieść w całości, ale byłam pewna, że nie będą do końca zadowoleni, jeśli wyjdę stąd i po wszystkim oświadczę im, iż przedmiot został zniszczony. Wiadomo, takie było moje zadanie, ale tylko alternatywnie. Dowódcy nie przepadali za tego typu rozwiązaniami.
W końcu mężczyzna zszedł do mnie z piętra. Pod pachą trzymał jakiegoś laptopa. Skinął mi głową i ruszyliśmy do głównego wyjścia. Tuż przed drzwiami zgarnął z wieszaka jeszcze kask motocyklowy, po czym mi go wręczył. Spojrzałam na niego pytająco.
— Przyda ci się. Przyjechałem motorem — wzruszył ramionami, nie patrząc na mnie. Wzrokiem błądził po pomieszczeniu. Pewnie patrzył na nie ostatni raz, na pewno chciał celebrować tę chwilę. Pozwoliłam mu na to.
— Nie spiesz się — powiedziałam, biorąc od niego kask. Poklepałam go wolną dłonią po ramieniu, minęłam go i wyszłam na dwór. Wciągnęłam głęboko świeże powietrze w płuca. Pachniało, jakby zbierało się na deszcz.
Elias dołączył do mnie po chwili. Oczy miał zaszklone, jednak z grzeczności nie patrzyłam na niego za długo. Wodziłam wzrokiem dookoła, upewniając się, że jeszcze nie pojawił się tu nikt niepowołany. Gdy nikogo nie dostrzegłam, złapałam mężczyznę za dłoń, wciąż nie patrząc bezpośrednio na niego, ale zbliżając się o krok tak, że nasze ramiona się stykały.
— Możesz... spalić to miejsce? — spytał cicho. Powstrzymałam grymas niezadowolenia cisnący mi się na twarz. Oczywiście, przecież tylko to potrafiłam — niszczyć.
Zamiast odpowiedzieć, ścisnęłam mocniej jego dłoń, by po chwili ją puścić. Postąpiłam kilka kroków do przodu, by znaleźć się ponownie tuż przy drzwiach wejściowych. Przyglądałam się ciemnemu drewnu przez moment, nim sięgnęłam do niego ręką, przywołując swój żywioł.
W momencie zetknięcia się mojej dłoni z drewnem, zajęły się one fioletowym ogniem, który szybko przybrał zwyczajną, czerwono-pomarańczową barwę i rozprzestrzenił się w ekspresowym tempie na cały budynek. Cofnęłam się pospiesznie, by nie stać tuż przy ogniu i nie prowokować go do dalszego rozprzestrzeniania się. Miałam nadzieję, że nie korzystanie z ognia krzesanego zapalniczką nie było błędem. Czułam jednak podświadomie, że właśnie teraz jestem w stanie panować nad tworzonym przez siebie płomieniem.
Staliśmy koło siebie, patrząc w płomienie trawiące budynek. Nie chciałam patrzeć na mężczyznę, nie zamierzałam brać odpowiedzialności za emocje, które mogły się teraz malować na jego twarzy. Nie byłam pewna, czy byłabym w stanie je znieść. W końcu jednak, po kilku długich minutach bezruchu, splotłam nasze palce i spojrzałam na Eliasa ze smutkiem.
— Czemu wcześniej mi nie powiedziałeś? — może nie było to najwłaściwsze pytanie pod słońcem, jednak potrzebowałam je zadać. Im szybciej, tym lepiej.
— Czego? — nie odrywał wzroku od płomieni. Tworzona przez nie poświata otaczała twarz mężczyzny.
— Że miałeś rodzinę.
— Bo to kurewsko boli, Vi — w końcu na mnie spojrzał, a mnie zabolało serce na widok wyrazu jego twarzy. — Gdy wieczorem spędzasz czas z ukochaną osobą, ze swoimi dziećmi, a następnego dnia nagle umierasz i tracisz to wszystko... W jednej chwili.
Ścisnęłam jego dłoń, by dać znać, że jestem tu, co by się nie działo. Skinęłam powoli głową. W tej chwili nie chodziło o mnie i moje zranione uczucia. Chodziło o jego nieskończone cierpienie. Czułam się paskudnie wiedząc, ile musiał przeżyć. Jak cierpiał.
Chciałabym móc zdjąć to brzemię z jego barków.
— Wracajmy — mruknął, uwalniając dłoń z mojego uścisku i odwracając się do mnie plecami. Przetarł oczy przedramieniem. — Zaparkowałem motor tam — wskazał jakiś punkt przed sobą, od razu ruszając w tamtym kierunku.
— W porządku — ostatni raz zerknęłam na płonący budynek, a potem na wyświetlacz wysupłanej na szybko z kieszeni polaru komórki. Widniało na niej powiadomienie. Liam. "Co znowu zrobiłaś?". Nie odpisałam. Dowie się raczej szybciej, niż później.
Takie jakoś miałam przeczucie, gdyż z krzaków nieopodal, gdy wsiadaliśmy na motor bruneta, przyglądał nam się mężczyzna, który wcześniej wygłuszył dźwięki z domu.
Miałam przesrane.
***
Starałam się jakoś utrzymać kontakt z Eliasem w kolejnych dniach, chociaż zdecydowanie tego nie ułatwiał. Zdecydowałam jednak, że nie mogę pozwolić mu zatracić się po raz kolejny w żałobie do tego stopnia, jak, zdaje się, zrobił to wcześniej. Tamtego dnia odwiózł mnie do domu i chociaż sugerowałam, że może się u mnie zatrzymać na jakiś czas, wolał wrócić do siebie. Nie protestowałam, mimo że widziałam w jego oczach iście nieskończony smutek i obawiałam się o to, co może mu przyjść do głowy, gdy znajdzie się sam. Jednak nie dlatego, że nie chciałam z nim być w tych trudnych dla niego chwilach. Nie mogłam.
Mafia mogła do mnie wparować w każdej chwili. Bez uprzedzenia. Nie zastanawiając się za bardzo, czy zostawi po sobie martwych świadków. Elias może i był potężnym przeciwnikiem, jednak doskonale wiedziałam, kto po mnie przyjdzie w ramach kary. Zdawałam też sobie sprawę z tego, że Elias, z całym swoim bagażem doświadczeń i siły jego zdolności, może sobie z egzekutorami Mafii nie poradzić.
Ja w każdym razie byłam wobec potęgi, szczególnie jednego z nich, bezsilna.
Elias nie odpisywał mi przez kolejne dni na wiadomości, jednak ja wciąż je do niego wysyłałam. Nie próbowałam dzwonić, bo podejrzewałam, że i tak by nie odebrał. Jednak wręcz zadręczałam go SMSami opisującymi, co się u mnie dzieje, dzieląc się z nim śmiesznymi historiami z mojej głównej pracy na pływalni, opowiadałam, jak razem z Kayą robiłyśmy kolejny pokaz psiego ratownictwa wodnego dla dzieciaków. Wszystko, byle by wiedział, że go nie zostawiłam. Że z mojej strony wszystko jest w porządku. Może nie do końca tak, jak wcześniej, ale ostatecznie zdecydowałam, że zrobię to, o co prosiła mnie Olivia — zajmę się Eliasem, na ile jestem w stanie zająć się dorosłym facetem, który ma wolną wolę.
Jednocześnie ciągle żyłam w zawieszeniu. Zrywałam się na każdy, najdrobniejszy szelest za oknem, spodziewając się, że zaraz pojawi się tu on. Minęło już bardzo dużo czasu od popisowo spartolonej przeze mnie akcji, jednak nie wierzyłam, że przewina została mi odpuszczona. Liam się do mnie nie odzywał, a to znaczyło tylko jedno — mój wyrok wciąż czeka na wykonanie, a wściekłego jaszczura pewnie albo gdzieś zamknęli, albo wysłali na drugi koniec kraju, żeby na pewno nie przyszło mu do głowy przychodzić mi z pomocą.
Jakby miał mieć z nim jakiekolwiek szanse.
Minął tydzień od zniszczenia artefaktu. Elias dalej się ze mną nie skontaktował. Tego dnia miałam wolne od obowiązków, postanowiłam więc zmarnować czas na oglądaniu jakiegoś serialu. Psy towarzyszyły mi na kanapie, a ja co chwilę zamiast patrzeć w ekran telewizora, zerkałam na swoją komórkę, by sprawdzić, czy na wyświetlaczu pojawi się w końcu powiadomienie o wiadomości otrzymanej od bruneta. Jednak urządzenie uparcie milczało.
Nagle moich uszu doszedł klik otwieranego zamka w drzwiach wejściowych. W sekundę cała się spięłam i zerwałam z kanapy, upuszczając komórkę na podłogę. Psy zerwały się razem ze mną, zeskakując na podłogę po moich obu stronach, ale nie wydały z siebie żadnego odgłosu. Patrzyły na mnie z zaniepokojeniem.
Ja natomiast z czystym przerażeniem patrzyłam w kierunku przedsionka i niewidocznych stąd drzwi wejściowych. Słyszałam, jak się otwierają. Jak próg przekracza jedna, druga, trzecia para ciężkich butów. W końcu czwarta. Kroki stawiane w tak dobrze znany mi sposób, z nieskończoną pewnością siebie.
Wytarł buty o wycieraczkę. Zawsze to robił. Jakby udając, że przyszedł po prostu w gości i nie chciał nanieść błota do środka. Przerażało mnie to jeszcze bardziej, niż widok jego twarzy tuż przed moją, gdy bił mnie do nieprzytomności. Niż świadomość, że mógłby zabić mnie równie łatwo, jak łamie się wykałaczkę, a powstrzymywał się tylko dlatego, że bawiło go patrzenie, jak cierpię.
— Siemasz, Violet! — usłyszałam nazbyt rozbawiony głos, a zaraz potem zobaczyłam go wyłaniającego się z przedsionka. Dwumetrowy, acz dość chudy mężczyzna, o idealnie czarnych włosach i oczach w kolorze fioletu podobnym do moich. Ubrany w ciemne jeansy i włożoną za pas czarną koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami. Buruu zawarczał. Przesunęłam się tak, by stanąć między psem a Kylanem. Wiedziałam, że nie wahałby się zabić czworonoga, gdyby ten go zaatakował w mojej obronie.
Nie wahałby się przed zabiciem kogokolwiek, kto stanąłby między nim a jego ulubioną zabawką.
— Coś blado wyglądasz — zauważył, przywdziewając na twarz maskę zatroskania. Zza niego wyłoniło się trzech dryblasów mniej więcej mojego wzrostu. Obydwoje zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że byli tu tylko do dekoracji. Nie miałam szans w starciu z mężczyzną w czerni. — Nie cieszysz się na nasze ponowne spotkanie? — uśmiechnął się promiennie, a mnie skręciło w żołądku, a żółć podeszła do gardła.
— Ugościłabym cię chlebem i solą, ale wpadłeś w złym momencie — powiedziałam z fałszywą pewnością siebie. Nie miałam najmniejszej ochoty na potyczki słowne z tym człowiekiem. Tak naprawdę chciałam mieć to wszystko po prostu już za sobą. — Nie zdążyłam pójść na zakupy.
Zmusiłam swoje stopy do ruchu. Powoli, nie spuszczając wzroku z Kylana, podeszłam do drzwi tarasowych. Dwóch dryblasów ruszyło szybko w moją stronę, jednak byłam szybsza. Szarpnęłam drzwi i otworzyłam je na tyle, by w szparze zmieściły się psy. Nie musiałam ich instruować, co mają robić. Nie był to ich pierwszy raz. Uciekać do lasu byle dalej stąd, póki pojazd, którym przyjechali mężczyźni, nie odjedzie.
Ledwo zdążyły umknąć, gdy dwóch wielkich w barach mężczyzn do mnie dopadło. Widziałam, jak jeden próbował jeszcze złapać Buruu, który na moment się zawahał, jednak pies zdołał umknąć. Patrzyłam, jak zwierzaki znikają za linią drzew, gdy silne ręce zaciskały się na moich ramionach i zmuszały mnie, bym stanęła przodem do Kylana.
— Ach, nie opierasz się? — egzekutor brzmiał na szczerze zawiedzionego. — Odkąd przestałaś się tak słodko szarpać, moje wizyty stały się zdecydowanie mniej zajmujące. Mogłabyś się bardziej postarać!
Pierwszy cios nadszedł szybko i niespodziewanie. Jak zawsze. Pięść, o sile nie pasującej do wątłego ciała stojącego przede mną mężczyzny, trafiła mnie prosto w splot słoneczny. Zgięłam się w pół, kolana się pode mną ugięły, ale trzymający mnie faceci nie pozwolili mi upaść. Zaraz za pierwszym ciosem nastąpiły dwa kolejne, każdy trafiał dokładnie tak, by bolało jak najbardziej. Omijał twarz. Jeszcze.
— Ach, gdzie jest ta moja waleczna dziewczynka, którą poznałem pięć lat temu? — uśmiechnął się słodko, łapiąc mnie palcami za podbródek i unosząc moją głowę do góry, bym musiała spojrzeć mu w oczy. — To nie w twoim stylu! Dalej, próbuj mi oddać! Kto wie, może tym razem w końcu ci się uda? — miał twarz zdecydowanie zbyt blisko mojej. Czułam odurzający, ciężki zapach piżma z jego perfum. Widziałam iskierki rozbawienia błyskające w jego oczach.
Nie miałam z nim szans.
— Panowie, puśćcie ją — polecił spokojnie, gdy nie odpowiedziałam na jego zaczepki. Opadłam ciężko na podłogę, uderzając kolanami o posadzkę. W ostatniej chwili podparłam się rękoma, żeby nie wyrżnąć w nią też twarzą. — Co to, czyżbyś wiedziała, że źle zrobiłaś? Że przedkładanie swoich interesów nad te naszej zacnej familii jest niedopuszczalne? — przykucnął, przyglądając mi się z rozbawieniem. — No i po co tak ryzykowałaś? Masz mi może coś do powiedzenia?
Gdybyśmy znajdowali się na dworze, splunęłabym mu w twarz. Jednak tutaj... nie chciałam sobie brudzić podłogi. Chociaż i tak na pewno czekało mnie po tej wizycie porządne sprzątanie.
Zacmokał z dezaprobatą i złapał mnie gwałtownie za warkocz, ciągnąc moją głowę do góry. Wyrwało mi się głośne syknięcie, na co Kylan uśmiechnął się promiennie. Ponownie zbliżył swoją twarz do mojej, a ja cała jeszcze bardziej stężałam, choć nie sądziłam, że to w ogóle było jeszcze możliwe.
— Tak się zastanawiam... Jesteś mądrą dziewczynką — zaczął swobodnym tonem, zupełnie nie pasującym do tej sytuacji. Zacisnęłam zęby, żeby nie krzyknąć, gdy jeszcze raz, zdecydowanie mocniej, szarpnął za moje włosy. — Czy naprawdę nie posłuchałaś rozkazów z miłości, jak insynuował twój pożal się boże brat, mając nadzieję, że jakoś cię tym wybroni? — kpina w głosie mężczyzny była jawna, na ustach pojawił się ten jego firmowy, krzywy uśmiech. Chciałam go spalić. — Może tego twojego kochasia też powinniśmy odwiedzić?
Nie powinnam była reagować. Wiedziałam o tym. Nie przy tym człowieku. Wszystko, co mówił, to była tylko i wyłącznie prowokacja, żebym w końcu zaczęła się opierać. Walczyć. Kylan kochał bawić się swoją zdobyczą. Był jak kot, który mimo, że nie cierpiał głodu, lubił czasem zapolować, by popatrzeć na cierpienie swojej ofiary.
A jednak ostatnie wypowiedziane przez niego zdanie to było za dużo dla mojej samokontroli. Mimo bólu, ruchem tak szybkim, że gdyby Kylan się go nie spodziewał, nie zdążyłby się uchylić, wyprowadziłam cios prosto w szczękę mężczyzny. Jednak on się tym nie przejął. Nie ruszył nawet palcem, zdążyłam zobaczyć tylko szeroki uśmiech szczerego zadowolenia, pojawiający się na jego twarzy, po czym runęłam płasko na podłogę pod niewidzialnym ciężarem tak wielkim, że niemożliwym było ruszenie pod nim choćby palcem.
— No no no! — wstał, wyraźnie uradowany i zwrócił się do swoich ludzi, którzy stali z założonymi za plecami rękami i przyglądali się trwającemu przedstawieniu. A ja czułam, że się duszę. — Widzicie? Mówiłem, że niezła z niej zawodniczka. Nie bez powodu tak ją lubię — z nieznikającym z twarzy uśmiechem, uwolnił mnie nagle spod działania swojej mocy, równocześnie wyprowadzając potężny kopniak w mój bok. Odleciałam w bok, uderzając plecami w ścianę. Powietrze uciekło mi z płuc, poczułam palący ból w potylicy.
Podszedł do mnie niespiesznie, gdy próbowałam się pozbierać po tym ciosie. Patrzyłam na niego kątem oka, pole widzenia zasłaniały mi kosmyki włosów, które wymknęły się z warkocza i przykleiły do spoconego czoła. Kylan złapał mnie za ramię i podciągnął do góry, tylko po to, by wyprowadzić kolejny cios w brzuch, a następnie przycisnąć mnie swoim ciałem do ściany. Był za blisko. Nachylił się, by wyszeptać mi do ucha:
— I gdzie teraz jest ten twój luby, dla którego zaryzykowałaś gniew familii? — spróbowałam się wyszarpać, jednak jedyne, co tym uzyskałam, to głośny śmiech mężczyzny. — No wiesz co, Violet. Myślałem, że masz nieco więcej siły w tym jaszczurzym ciałku.
Powinnam mieć. A jednak nie byłam w stanie go odepchnąć, nie byłam w stanie się w zasadzie wcale ruszyć. Czułam, że poza ciałem mężczyzny do ściany przyciska mnie jeszcze coś. Coś, z czym nie miałam żadnych szans.
Nawet drakonidy nie miały szans w starciu z grawitacją.
Odsunął się nagle, wyprowadził kolejny wzmocniony mocą cios, tym razem w moją twarz. Prawy sierpowy spotkał się z moim policzkiem z taką siła, że głowa odleciała mi na bok, a ja straciłam równowagę i upadłam. Zaraz po tym nastąpił kolejny cios, kopnięcie ciężkim butem prosto w brzuch ponownie wyrwało mi powietrze z płuc. Z trudem łapałam oddech.
Kolejna fala ciosów. Jeden po drugim, aż przestałam być w stanie się kontrolować. Każdemu, wzmocnionego mocą grawitacji ciosowi towarzyszył mój krzyk, z czasem przechodzący w jęki bólu. Dryblasy tylko patrzyły, jak Kylan dawał mi kolejną już w moim życiu lekcję, by nie sprzeciwiać się przełożonym.
Całą wieczność później przygniatający mnie znowu do podłogi ciężar w końcu zniknął. Ostatkiem sił przesunęłam poobijaną, opuchniętą twarz tak, by widzieć, jak Kylan zdejmuje z kanapy jasny koc i ociera w niego swoje nieco poranione kłykcie. Nigdy nie zakładał rękawiczek do pracy. Byłam pewna, że niszczenie sobie dłoni o ciała przestępców w oczach Mafii w jakiś chory sposób go jarało.
Był potworem.
— Cóż, mam nadzieję, że niedługo znowu się spotkamy — posłał mi promienny uśmiech, gdy zdał sobie sprawę, że na niego patrzę. Wzrok mi się zaczynał rozmazywać. — Znając twój przebojowy charakter, nie będę musiał długo na to czekać. Jesteś moją ulubienicą, zawsze mogę z tobą liczyć na dobrą zabawę — moje poobijane w każdym chyba miejscu ciało miało odmienne zdanie na ten temat. Nie byłam w stanie się podnieść, choć leżałam na ziemi na brzuchu. — Pamiętaj, familia ponad wszystko. Kazali mi przekazać, żebyś nie spieprzyła kolejnej roboty, ale wiesz co? — podszedł do mnie, ukucnął przede mną i złapał za włosy, które cudem tylko wciąż jeszcze pozostawały choć częściowo zaplecione. Pociągnął za nie, podnosząc moją głowę nieco do góry. Z mojego gardła wyrwał się zbolały jęk, na który Kylan uśmiechnął się promiennie. — Uwielbiam cię odwiedzać, więc śmiało! Zawalaj robotę za robotą.
Puścił moje włosy gwałtownie, a moja głowa rąbnęła o posadzkę w akompaniamencie kolejnego mojego jęku. Usłyszałam ich oddalające się kroki i głośny śmiech mężczyzny w czerni. Próbowałam jeszcze kilka razy się podnieść, jednak nie mogłam zebrać w sobie wystarczająco dużo sił. W końcu organizm po prostu się poddał.
Straciłam przytomność.
Elias? :c
2959 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz