Jednak się przeziębiłam.
Potężne kichnięcie, któremu towarzyszyło to charakterystyczne drapanie w gardle świadczące o tym, że to nie tylko alergia, przerwało moją wypowiedź skierowaną do telefonu, a konkretnie osoby na drugiej stronie linii — mojej matki, która musiała wyrazić swoje niezadowolenie, iż uciekłam przed nią z domu, a miałyśmy pogadać. Znaczy się miała przeprowadzić dochodzenie, czy to ten lis odprowadził mnie do domu, dlaczego to zrobił, że był prześliczny, a to w jego przypadku nie świadczyło za dobrze, a poza tym co on w ogóle ze mną robił. Słowem: miało to być przesłuchanie, na które zupełnie nie miałam ochoty.
Teraz, idąc przez Most Tysiącletni do pracy, słuchałam jej niezadowolonego trajkotania tak czy tak. Dopiero kolejne moje kichnięcie przerwało jej monolog.
— Jesteś chora — to nie było pytanie. — Czemu w sumie nic sobie nie zabrałaś ciepłego? Przyszłaś w bluzie tego chłopaka, prawda?
— Bo nie planowałam wychodzić? — mruknęłam. — Znajomi dosłownie wyciągnęli mnie na tę imprezę z mojego mieszkania.
— A gdzie byli, że wracałaś tylko z nim do domu? — w jej głosie nie było wyrzutu, a rozbawienie, jakby dopowiadała sobie do całej tej sytuacji coś, czego w niej nie było. Westchnęłam ciężko.
— Wiesz, że nie lubię imprez. Wyszłam przed nimi i tyle.
Po tym ponownie zalał mnie jej monolog, który zajął moje uszy przez resztę drogi po budynek główny AUM, gdy brałam klucze do sali z szatni, oraz gdy zapraszałam studentów do środka. Wtedy w końcu powiedziałam, że naprawdę muszę już kończyć i się rozłączyłam.
Dlaczego wszyscy traktują mnie jak małe dziecko, pomyślałam, ciągnąc nosem i wchodząc w końcu do sali, by rozpocząć zajęcia.
***
Trzy dni później czułam się już znacznie lepiej. W poniedziałek myślałam, że zakicham się na śmierć, jednak zbyt często brałam chorobowe przy poważniejszych problemach zdrowotnych (jak oberwanie nożem pod żebra), by zwykłe przeziębienie miało mnie zmusić do opuszczenia dnia prowadzenia przeze mnie zajęć.
Tego dnia Mel przypomniała sobie, że potrzebuje jakiegoś ciasta na urodziny swojej ciotki i podeszła przed jednymi z moich zajęć dla pierwszaków, żeby obgadać sprawę i zapytać, czy mogłabym ją poratować. Żadna cukiernia nie miała możliwości przygotować tortu na tak krótki termin do przodu. Ja sama będę miała problem z wyrobieniem się na czas, jednak zgodziłam się. Naprawdę miałam problem z odmawianiem. Nasze ustalanie szczegółów odnośnie formy torta, smaków i dekoracji przerwało niespodziewane pojawienie się znajomego kitsune. Moja koleżanka zauważyła go pierwsza, o czym zaalarmował mnie szeroki uśmiech, który nagle pojawił się na jej twarzy. Zaskoczona spojrzałam ponad swoim ramieniem w kierunku, w którym patrzyła. Szedł pewnym krokiem, nie odrywając ode mnie wzroku, a mnie momentalnie przeszedł dreszcz. Mel poszła sobie jeszcze zanim pokonał całą dzielącą nas odległość, rzucając za sobą dziwnym tonem "To ja zostawię was samych...".
Nie spodziewałam się go tutaj. Zdecydowanie nie byłam mentalnie na spotkanie z nim przygotowana. Tak samo jak na wygłoszoną po krótkiej wymianie zdań propozycję. Stałam więc tam jak wryta, gdy on odchodził, mieląc w głowie raz po raz jego propozycję. W końcu, po dłuższym czasie, otrząsnęłam się i zerknęłam na godzinę na wyświetlaczu telefonu. Za sześć godzin...
Gdy podniosłam wzrok znad urządzenia, zdałam sobie sprawę, że wszyscy się na mnie gapią. Opuściłam rękę, w której trzymałam wręczone przez mężczyznę koperty tak, że zwisała luźno przy moim boku, odkaszlnęłam, po czym, odwracając się do drzwi sali zajęć, szarpnęłam za klamkę i wskazałam czekającym na korytarzu studentom wnętrze pomieszczenia.
— Jak rozumiem wszyscy jesteście nauczeni na dzisiejsze kolokwium? — fuknęłam, nagle zirytowana całą tą sytuacją. I po co cała ta scena, Minki? Studenci nagle spuścili wzrok i grzecznie skierowali się do sali, wbijając po drodze ostatni raz spojrzenia w notatki, z których się uczyli, mając nadzieję, że zapamiętają coś jeszcze. — Siadajcie co drugie miejsce. Bez kombinowania.
***
Gdy skończyłam wszystkie zajęcia tego dnia, była piętnasta. Poszłam jeszcze szybko odnieść Mel zdjęcia, które dostałam od Minkiego, po czym pospiesznie opuściłam kampus, kierując się przez Most Tysiącletni do zmotoryzowanej części Deiranu, po drodze dzwoniąc po taksówkę. Miałam nadzieję, że zdążę na czas. Nie chciałam znowu mu się narażać, chociaż w mojej głowie było to irracjonalne. Nie powinno mnie obchodzić, jeśli nawet kolejny raz zraniłabym jego uczucia w tak dosadny sposób — zupełnie go ignorując.
A jednak obchodziło.
Na szczęście mimo wzmożonego ruchu taksówka podjechała niemal od razu, gdy doszłam na miejsce, w które ją zamówiłam. Wsiadłam w pośpiechu bez zastanowienia, zerkając na telefon, by sprawdzić godzinę. Zostało mi trzydzieści minut. Odetchnęłam z ulgą, podając taksówkarzowi adres kawiarni, o której wspominał Minki. Zdążę.
Pojazd ruszył, a ja nadal wbijałam wzrok w komórkę, odbierając uczelniane maile i odpisując pospiesznie na te, które nie wymagały ode mnie dodatkowej uwagi, typu prośby studentów o odrobienie nieobecności z innymi grupami. Nie zwracałam uwagi na to, gdzie jedziemy, aż nie zobaczyłam nagle na wyświetlaczu, że do umówionej godziny zostało pięć minut, a my wciąż jechaliśmy. Zmarszczyłam brwi w konsternacji i spojrzałam przez okno.
Nie znajdowaliśmy się na trasie do kawiarni, do której prosiłam, by mnie zawieźć. Wręcz przeciwnie, skręcaliśmy właśnie w mniej uczęszczane ulice na przeciwnym końcu miasta. Spojrzałam do przodu na siedzenie kierowcy przede mną. Nasze oczy spotkały się w lusterku wstecznym, a ja pobladłam.
Uśmiechał się drapieżnie i patrzył na mnie w sposób zdecydowanie nie neutralny.
— Przepraszam... Chyba jedziemy w złym kierunku — powiedziałam, starając się brzmieć neutralnie. Mężczyzna nie odpowiedział, zamiast tego przeniósł spojrzenie z powrotem na drogę. Zacisnęłam dłoń na pasie, który przechodził przez moją klatkę piersiową, żeby opanować zszargane nerwy.
Gdy zwolniliśmy na pasach, w tempie szybszym, niż się po sobie spodziewałam, odpięłam pas i gwałtownym szarpnięciem otworzyłam drzwi taksówki, wcześniej używając w popisowym wręcz tempie zaklęcia otwierającego zamki. Wyskoczyłam z wolno toczącego się auta, zostawiając swoją torbę z książkami w środku (była zbyt ciężka), po czym ruszyłam prosto przed siebie, w stronę jakiegoś parku zaczynającego się przy drodze. Nie miałam bladego pojęcia, gdzie się znajdowałam.
Do dźwięku moich pospiesznych kroków dołączył pisk opon. Samochód gwałtownie zawrócił, gdy zdecydowałam się obejrzeć za siebie. Ruszył w moją stronę. Zaklęłam pod nosem i zaczęłam biec, obiecując sobie w duchu, że nigdy więcej nie wsiądę do taksówki.
Słyszałam, jak wysiadł z samochodu, który zatrzymał przy krawężniku w miejscu zdecydowanie niedozwolonym. Niestety okazał się szybszy ode mnie. Mimo zdecydowanie nie atletycznej budowy zdołał szybko wysiąść z samochodu, po czym zdecydowanie szybciej, niż bym podejrzewała, dogonił mnie i złapał za ramię. Szarpnięciem odwrócił mnie do siebie.
Spod czapki z daszkiem, którą miał na sobie, dostrzegłam na jego ustach rubaszny uśmieszek.
— Gdzie mi uciekasz, dziewczyno? — warknął, szarpiąc mnie w swoją stronę.
— Proszę mnie zostawić! — krzyknęłam, mając nadzieję, że ktoś mnie usłyszy. Jednak park był pusty. Niebo zaszło deszczowymi chmurami, przez co zrobiło się dość ciemno, mimo wczesnej jeszcze pory.
— Kolejna, co się stawia — ten obrzydliwy uśmiech nie znikał z jego ust. Przysunął się do mojego ucha, owionął mnie cuchnący papierosami oddech. Skrzywiłam się, próbując raz po raz się wyszarpnąć. Ręka mężczyzny zacisnęła się jeszcze mocniej na moim przedramieniu. — Przecież gdybyś nie miała ochoty na zabawę, nie wsiadłabyś do mnie z tak radosnym uśmiechem na tych ślicznych ustach.
Poczułam wzbierające mdłości. Szarpnęłam się jeszcze raz, jednak na nic się to zdało. Mężczyzna pchnął mnie, prawie straciłam równowagę, w ostatniej chwili odzyskałam i równowagę, i rezon.
Przywołałam błyskawicę i bez oporów władowałam w niego dawkę na tyle mocną, żeby się zachwiał. Po początkowym jeszcze silniejszym zaciśnięciu palców, zwolnił swój chwyt. Od razu cofnęłam się, gotowa poprawić uderzenie.
Powietrze przeszył przerażający, psychopatyczny śmiech faceta. Przeszły mnie ciarki. Cofnęłam się o kolejny krok i nagle poczułam, jak czyjeś ręce pojawiają się na moich ramionach. Zadarłam głowę, by spojrzeć, kto nade mną stanął, przywołując już kolejne wyładowanie. Czy on miał kumpli...?
Jednak za mną, opierając dłonie na moich ramionach stał Minki. Prawie rozdziawiłam usta w wyrazie szczerego szoku, jednak w ostatniej chwili się powstrzymałam.
— Co ty tutaj robisz? — zapytałam, zupełnie zapominając, że napastujący mnie taksówkarz nie został do końca znokautowany. — Myślałam, że będziesz w kawiarni, a to na drugim końcu miasta...
— Co? — mężczyzna popatrzył na mnie jak na debila, a ja skuliłam się w sobie pod intensywnością jego spojrzenia. — O czym ty bredzisz? Prawie we mnie weszłaś, gdy przechodziłem. Nie znam cię.
— Lubię takie zadziorne! — dobiegł nas okrzyk taksówkarza, który otrzeźwiał zdecydowanie szybciej, niż by mi to pasowało. Skołowana i przerażona całą tą sytuacją cała się spięłam, ponownie sięgając po magię, by obronić się w razie potrzeby. W kilka sekund znalazł się w zasięgu naszego wzroku. Ręce na moich ramionach zacisnęły się, nie pozwalając mi się ruszyć. Czy oni...? — No proszę! Pan z weekendu! Zmieniłeś zdanie, kochaniutki? — zbliżał się nieubłaganie.
— Co do czego konkretnie? — warknął mężczyzna, przyciągając mnie do siebie. Oparłam się plecami o jego klatę. — Czekaj, czy ty napastujesz tę biedną damę? — zerknął na mnie z góry. — A, to ty krzyczałaś?
— Nie udawaj, że zapomniałeś — w tonie taksówkarza pobrzmiewała irytacja. Zbliżył się do nas jeszcze bardziej i wyciągnął rękę, by ponownie mnie złapać.
Nie zdążył. Trzymający mnie mężczyzna wyglądający jak Minki, ale chyba nie będący nim, odepchnął mnie nagle na bok. Straciłam równowagę i wyrżnęłam w krzaki z cichym okrzykiem. W tym samym momencie, w kakofonię pękających pod moim ciężarem gałązek rośliny, wdarł się znacznie głośniejszy trzask łamanych kości, a zaraz potem wrzask, należący chyba do tego zwyrola. Przekręciłam się szybko na plecy, żeby zobaczyć, jak jakiś sobowtór Minkiego stoi jawnie wkurwiony nad taksówkarzem, który z kolei trzyma się za rękę i wrzeszczy z bólu. Czy on... złamał mu rękę?
Brunet nie poprzestał jednak tylko na tym. Gdy taksówkarz zaczął go wyklinać, ten poprawił zadane mu obrażenia ciosem pięścią w twarz, kończąc kopniakiem w brzuch z taką siła, że zwyrol zwinął się na ziemi z bólu. Podniosłam się w końcu, oszołomiona, gdy przeciwnik został już ostatecznie unieruchomiony. Patrzyłam z wyrazem szczerego szoku na twarzy na poruszające się wściekle za stojącym mężczyzną lisie ogony.
— Ja... dziękuję? — przyznam, przez chwilę zastanawiałam się, czy może Minki nie obraził się na mnie bardziej, niż sądziłam, tak, że teraz udawał, że mnie nie zna. Ale kitsune, którego znałam, nie zachowałby się od razu w taki sposób. Lubił najpierw pogadać. Ostrzec. Przemoc zostawiał jako ostateczność.
— Się trafiła przybłęda — fuknął, zerkając na mnie ponad ramieniem — co sama sobie nie potrafi poradzić — zmarszczył brwi i zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół. — Ty jesteś tą laską, przez którą mój brat ma ciągle problemy?
Ja... Brat... Co?
— Przepraszam? — spuściłam wzrok, starając się patrzeć wszędzie, tylko nie na stojącego przede mną mężczyznę. No tak, Minki wspominał o swoim rodzeństwie, gdy wręczał mi medalion, który miał pozwolić mi poprosić ich o pomoc. Jakoś jednak nie pomyślałam, że... Będą wyglądać identycznie.
Prychnął jeszcze raz, machnął wściekle ogonami, po czym w końcu je ukrył. Złapał mnie za przedramię i pociągnął za sobą. Spojrzałam ostatni raz na zwijającego się na ziemi z bólu taksówkarza i pozwoliłam się poprowadzić w stronę wyjścia z parku. Gdy dotarliśmy do głównej drogi, puścił mnie, po czym fuknął, żebym może jednak wróciła komunikacją miejską, odwrócił się na pięcie i odszedł. Gdy zniknął mi z pola widzenia, sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić godzinę. Dochodziła 17. Zaklęłam siarczyście. Na pewno już sobie poszedł. I jest wściekły.
Zobaczyłam zaparkowaną na chodniku kawałek dalej taksówkę. Drzwi od strony kierowcy, te z przodu i z tyłu, były otwarte. Taksówkarz raczej nie pozbiera się szybko... Dotruchtałam do pojazdu i zabrałam swoją torbę z książkami. Chciałam mimo wszystko pojechać do kawiarni, może Minki jakimś cudem jeszcze tam będzie... Ruszyłam truchtem w kierunku najbliższego przystanku autobusowego.
Czas zacząć chyba korzystać z dobrych rad rodziny Minkiego.
Minki? :c
1868 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz