Po dostaniu się do środka domu Eliasa starałam się nie poświęcać zbyt wiele uwagi bałaganowi, jaki tam panował, a już szczególnie nie chciałam patrzeć na plamy krwi, które plamiły parkiet. Nie byłam pewna, czy uda się je kiedykolwiek usunąć... Musiały już tu trochę leżeć. Klęłam na siebie pod nosem za to, że dałam się ponieść swojemu rozżaleniu z powodu zatajanego przez mężczyznę życia, z którym, jak się przekonałam w czasie odwiedzin w jego starym domu, nie do końca się pożegnał. Powinnam była szybciej zareagować na to, że się nie odzywał, chociaż z drugiej strony... Wcześniej też długo nie dawał znaku życia, a siedział w miarę bezpieczny na dupie w domu. Chyba.
Miałam już serdecznie dość tego jego randomowego pojawiania się i znikania z mojego życia. Miałam dość jego kłopotów. Ratowania mu ciągle dupy. Obrywania za to, że chciałam dla niego dobrze.
Powinnam była w tamtym momencie rzucić to wszystko w cholerę i wrócić do domu. Zostawić sprawę tak, jak się miała, porzucić Eliasa na pastwę losu. Zająć się swoimi sprawami, poprawą relacji z mafią, żeby nie powtórzyło się już to, co ostatnim razem i przestali znowu tak bardzo mnie kontrolować.
Jednak nie potrafiłam zostawić go samego na pastwę losu.
Przeszukałam cały budynek, chcąc wypatrzeć jakieś poszlaki co do tego, co się w zasadzie wydarzyło. Czy mężczyzna został porwany? Raczej tak, krwi nie było aż tyle, żebym miała sądzić, że nie żyje. Kto był za to odpowiedzialny? Dowiedziałam się, gdy dotarłam do jego gabinetu, w którym znalazłam go zapatrzonego w komputer, gdy byłam tu ostatnio. Całe pomieszczenie pokryte było wycinkami z gazet, wydrukowanymi materiałami, zdjęciami. Zaczęłam przyglądać się dokładniej temu całemu bałaganowi, który pewnie w oczach i głowie mężczyzny był bardzo poukładanym schematem działania. Ja nie mogłam się jednak dopatrzeć większego w tym sensu. Nie zajmowałam się nigdy na akcjach myśleniem, jak dotrzeć do pożądanego celu. Byłam wypuszczana jak jakaś dzika bestia, gdy trzeba było przejść już do etapu realizacji planów. W końcu jednak połapałam się w tym, co mam przed sobą, przez co doszłam do pewnej niezbyt optymistycznej konkluzji.
Facet, którego żona Eliasa kazała mu odnaleźć, znalazł go pierwszy.
Typ ewidentnie należał do jakiejś zorganizowanej grupy, mój przyjaciel ewidentnie był bliski odkrycia, gdzie może go znaleźć. Jak go podejść i dokonać zemsty, o której obydwoje z żoną marzyli. Do głowy przyszła mi gorzka myśl, że jestem w tym wszystkim piątym kołem u wozu. Nawet mimo słów Olivii o tym, że mam się nim zająć, nie czułam się w ogóle w tym chorym układzie w tej chwili potrzebna. Wzbudzało to we mnie smutek, wściekłość i jednocześnie żal oraz bezsilność, że gdy w końcu znalazł się ktoś, na kim mi zależało, okazało się, że nie było to uczucie do końca odwzajemniane. A tam, gdzie ja postawiłabym go na pierwszym miejscu, on mnie postawiłby w kolejce dopiero za swoją rodziną.
Przywaliłam pięścią w ścianę. Pajęczyna pęknięć rozeszła się po tynku, część papierów spadła na podłogę. Stałam tam, patrząc wkurwiona w fotografię jakiejś białowłosej dziewczyny. Mogłam tylko podejrzewać, że to jego córka. Jej też szukał, a nic nie wspomniał. Samolubne. Mogłam mu pomóc.
Nie wiem, ile zajęło mi pozbieranie się do kupy, ale gdy odwróciłam się wreszcie od notatek, czułam determinację. Determinację, by wyciągnąć go z tego bagna, w które się władował, a potem osobiście rozszarpać go na strzępy.
***
Znalezienie kryjówki nie było trudne. Nie dla mnie. Porywcze zostawili po sobie mnóstwo zapachów, których zebranie i zapamiętanie nie było dla mnie żadnym problemem. Dodatkowo nie należałam do zbyt rozsądnych osób, więc zamiast wrócić do domu, przygotować się, cokolwiek, ruszyłam na kryjówkę tak, jak stałam. W krótkich, czarnych materiałowych spodenkach, czarnej bokserce i jeansowej katanie. No i w czerwonych tenisówkach. Ubiór zdecydowanie nieadekwatny do zadania, które mnie czekało. Skarciłam się za ten dziwny pomysł w myślach, gdy wrzucałam ubrania do plecaka. Zrzuciłam iluzję nie bardzo przejmując się tym, gdzie jestem, że ktoś mógł mnie zobaczyć. Zadzwonić po służby, że na ogrodzie za domem stoi wielki, uskrzydlony gad, w zębach ściskający plecak w moro, zawinięty z szafy Eliasa.
Napędzana wściekłością ruszyłam tropem porywaczy.
Zaczęło lać, co z jednej strony pomogło, z drugiej przeszkodziło. Wszystkie zapachy były zdecydowanie silniejsze, jednak płynąca woda podmywała w niektórych miejscach tropy. Warcząc pod nosem, kilka razy robiąc castingi, żeby wrócić na dobry trop, dotarłam w końcu pod z pozoru opuszczony budynek. Smród mężczyzn z domu Eliasa był dojmujący. Wciąż ściskając plecak z moimi ubraniami w zębach, cofnęłam się nieco, ku mało uczęszczanej, acz szerokiej drodze, którą wykorzystałam, do wzbicia się w powietrze. Tak, ryzykowałam. Zajebiście ryzykowałam popylając w prawdziwej postaci po mieście, ale prowadząca mnie adrenalina i wściekłość na wszystko dookoła wyłączyły moje logiczne myślenie. Później będę musiała zmierzyć się z konsekwencjami. Wzbiwszy się dość wysoko, ale nie przesadnie, poleciałam nad wcześniej znaleziony budynek. Ludzie nie szukają zagrożenia nad sobą, żaden ze strażników nie zwrócił więc na mnie uwagi. Pogoda dopisywała, bo w tak pochmurny dzień nie rzucałam cienia na ziemię.
Zapikowałam, puszczając plecak, który rąbnął tuż koło gościa stojącego na straży na płaskim dachu budynku. Podskoczył zaskoczony, dość szybko podnosząc wzrok, jednak dla mnie za wolno. Bez wahania złapałam go w zęby i ścisnęłam. Usłyszałam chrupot pękających kości.
Wyhamowałam, podleciałam, żeby nie narobić hałasu uderzeniem dużego cielska w budynek, chociaż silny podmuch powietrza wzbudzony ruchem moich skrzydeł i tak zaalarmował pozostałych strażników. Olałam więc już bycie dyskretną. Nigdy za dobrze mi to nie wychodziło. Pufnęłam w dwóch facetów pod drzwiami na dole strumieniem ognia. Spalili się w ułamku sekundy. Furia mnie nakręcała, fizycznie i pod względem moich zdolności. Ogień palił mnie od środka, chcąc wyrwać się na zewnątrz. Coraz trudniej było mi się hamować.
Pozbyłam się wszystkich strażników na zewnątrz, po czym wróciłam na dach do swojego plecaka. Nałożyłam na siebie w locie iluzję, na budynku lądując już jako człowiek, w lekkim przykucu, krzywiąc się z bólu, gdy napięcie mięśni wzbudziło ból promieniujący z niezagojonych do końca siniaków. Szybko się ubrałam i ruszyłam do włazu prowadzącego do środka, zarzucając plecak na plecy. W środku miałam jeszcze jakieś losowe rzeczy z apteczki, bo cała się nie zmieściła.
Złorzecząc, że usyfię swoje ulubione buty, schodziłam coraz niżej, o dziwo nie natrafiając na opór. Może miałam więcej farta niż rozumu i trafiłam na porę, gdy porywacze się przegrupowywali. Kierując się nie tylko węchem, ale i mocą więzi między mną i Eliasem (obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby ją zerwać, jak już wyciągnę tego debila z tej całej kabały) trafiłam w końcu do piwnicy.
Moim oczom ukazał się widok, który widziałam już wielokrotnie wcześniej. Sterroryzowani ludzie, leżący w kałuży swojej własnej krwi. Patrzyłam bez wyrazu to na Eliasa, to na pozostałą dwójkę w pomieszczeniu. Srebrnowłosa kobieta, którą widziałam na zdjęciach w domu mężczyzny. Jego córka. Zaraz obok jakiś mężczyzna. Wydawał się najmniej sponiewierany, a mimo to był nieprzytomny. Może to i lepiej. Tacy ludzie paradoksalnie dłużej pożyją, bo znają swoje limity i nie pchają się jak debile w sytuacje, z których mogą nie wyjść cało...
Podeszłam do Eliasa, który poruszył się lekko. Jakby walczył ze sobą o zachowanie przytomności. Stary dureń. Widziałam, że stara się nie odrywać spojrzenia od swoich dzieci. Miał całą opuchniętą twarz, oczy ledwo mógł otworzyć, a mimo to leciały z nich niepowstrzymane strumienie łez. Trochę mnie to zmiękczyło. Ale tylko trochę. Ukucnęłam przy nim i obróciłam go na plecy, żeby zobaczyć, czy poza generalnym obiciem nic mu nie dolega. Z trudem spojrzał mi w oczy. Moja twarz pozostała beznamiętna.
— Przepraszam, Vi — jego głos był ledwie słyszalnym szeptem. Zabulgotał przy tym, a z kącika jego ust wypłynęła strużka krwi. Skrzywiłam się. Trzeba było zostawić go leżącego na tym boku, zaraz zadławi się własną krwią. — Uciekaj stąd, proszę...
Korciło go wyśmiać, ale uznałam, że to nie moment na to. Wpakował się w takie łajno, że aż zaczynałam być pod wrażeniem. Spojrzałam na pozostałą dwójkę, żeby skontrolować, co tam u nich. Czy będę w stanie ich stąd wyciągnąć.
W tej chwili do pomieszczenia wpadł jakiś typ w asyście kilkunastu drabów. Odwróciłam się gwałtownie w ich stronę, płynnie podnosząc się z kucek i stając twarzą w twarz z mężczyzną ze zdjęć z gabinetu Eliasa. Wyciągnęłam z kieszeni spodni upchniętą tam wcześniej zapalniczkę i skrzesałam ogień, jednak zanim zdążyłam sięgnąć po magię, poczułam, jak grunt drży mi pod stopami.
Zaklęłam siarczyście, zerkając na leżącego u moich stóp mężczyznę. No tak, kurwa, super. Może to nie przez zbirami kazał mi uciekać, a przed samym sobą...
Nie do końca wiem, co się rozegrało przed moimi oczami, ale stwierdziłam, że po prostu nie będę pytać. To, jak ta smoła, która zawsze Eliasowi towarzyszyła, pokryła go całego, tworząc sylwetkę dziwnie przypominającą smoka... Miałam ochotę przewrócić oczami, ale nie była to ku temu dobra okazja. Nie byłam pewna, czy to dalej był Elias, ale pochwycił smolistymi mackami tego... Thomasa, czy jak on miał. Pozostałych ludzi w pomieszczeniu po kolei rozszarpywał.
Korzystając z zamieszania uznałam, że może jednak czas zaingerować w tę całą sytuację. Ignorując zupełnie ruszających w moją stronę pojedynczych ludzi, którzy nie zaczęli uciekać w panice, pewna, że zaraz Elias i tak zrobi z nimi porządek, rzuciłam się po kobietę i mężczyznę leżących nieopodal. Mężczyznę przerzuciłam sobie przez ramię, a kobietę objęłam w talii i wzięłam pod pachę. Noga i mięśnie brzucha, wciąż nie do końca zaleczone, rwały niesamowicie, ale zignorowałam dyskomfort. Poświęciłam ostatnie spojrzenie Eliasowi za mną i ruszyłam w stronę wyjścia, żeby wyciągnąć stąd jego dzieci.
Nomen omen z dwa razy starsze ode mnie.
Skróciłam sobie trasę, idąc zamiast na dach, po prostu do głównego wejścia. W siedzibie panował taki chaos, że wątpiłam, by ktokolwiek zwrócił na mnie uwagę. Cały budynek się trząsł. Musiałam się pospieszyć.
Gdy dotarłam na zewnątrz, rzuciłam niesionych przeze mnie ludzi na trawę, a sama szybko się rozebrałam i ponownie zrzuciłam iluzję. Gdy pochylałam się nad nimi, zastanawiając się, jak ich podnieść, w akompaniamencie dobiegających z budynku wrzasków, kobieta otworzyła nagle oczy. Widziałam, jak na mój widok próbuje się zerwać, gotowa do walki, ale była tak pobita, że ledwo mogła się ruszać. Dobrze dla mnie, bo pewnie gdybym odgryzła jej głowę, sama mogłabym się pożegnać ze swoją.
Wasz ojciec zaraz zrobi tu rozpierduchę, lepiej, żebym zabrała was w bezpieczne miejsce, zwróciłam się do kobiety w myślach, tym razem na spokojnie, więc nie tworząc żadnych dziwnych, magicznych więzi, jak to zrobiłam z ich ojcem. Nie ruszaj się. Poniosę was, na grzbiecie tylko postaraj się trzymać was obydwoje.
Byłam w szczerym szoku, że nie protestowała.
***
Okazało się, że córka Eliasa to Ines, a jej brat bliźniak — Sev. Ten drugi nie odzyskiwał przytomności przez całą podróż do mojego domu, jak i potem, gdy już ułożyłyśmy go z ledwo żywą Ines w pokoju gościnnym na piętrze. Po krótkiej rozmowie, żeby ustalić, czy czuje się w miarę dobrze, na tyle, żebym mogła zostawić ją samą, zeszłam na dół przeszukać apteczkę. Nie byłam pewna, czego rodzeństwo może potrzebować. Niektóre części ich ciał były mechanicznie zmienione. Nie czułam się na tyle kompetentna, by opatrzeć ich rany. Ines powiedziała, że zajmie się bratem, a ja nie protestowałam.
Znowu zwaliłam sobie na głowę jeden wielki problem. A obiecałam sama przed sobą, że więcej się to nie powtórzy.
Co jakiś czas szłam zapytać kobietę, czy wszystko w porządku i czy nie potrzebują jeszcze czegoś. Dziękowała mi grzecznie. Gdy po kilku godzinach uznałam, że wyjdę przed szereg i przyniosę im herbaty, wychodząc z kubkami z kuchni usłyszałam hałas przewracanych mebli na tarasie. Zamarłam w pół kroku i obróciłam się w tamtą stronę. Zobaczyłam wielkie, czarne cielsko na ogrodzie za domem. W pierwszej chwili myślałam, że to Liam wrócił w najgorszym z możliwych momentów. Odstawiłam kubki na stół w jadalni i poszłam otworzyć drzwi tarasowe.
Wielki drakonid przede mną nie był Liamem. Patrzyłam skonsternowana na wielkie stworzenie, które również wbijało we mnie wzrok. Odetchnęło powoli i, wciąż się we mnie wpatrując, zaczęło się rozpadać... A może rozpływać? Trochę jak topniejący wosk. Cała smoła, która stworzyła wielkiego jaszczura, wchłonęła się w Eliasa, który zwalił się jak długi na ziemię.
Krzyknęłam zaskoczona jego imię, rzucając się biegiem w stronę mężczyzny. Zaraz za sobą usłyszałam również pospieszne kroki. Gdy złapałam Eliasa za ramię, zaraz koło mnie znalazła się Ines i zrobiła to samo z drugiej strony. Spojrzałam na nią pytająco, jednak kobieta wbijała wzrok w swojego ojca. Trudno mi było powiedzieć, co można było wyczytać z jej twarzy.
— Zanieśmy go do sypialni na górze — zaproponowałam. — Jego też trzeba opatrzyć.
Gdy wtargałyśmy go na górę (w dużej mierze wzięłam to na siebie, bo kobieta ledwo chodziła; mój stan też nie był może wciąż idealny po spotkaniu z Kylanem, jednak zdecydowanie pewniej stałam na nogach), położyłam go na łóżku w sypialni, w której nocował Liam, gdy mnie odwiedzał. Jakoś nie chciałam, żeby leżał w moim łóżku. Wciąż byłam wściekła, chociaż starałam się tego jawnie nie okazywać. Pozwoliłam Ines z nim zostać, a sama poszłam spojrzeć szybko, jak Sev w sąsiednim pokoju (oddychał), po czym zeszłam na dół, zgarnęłam psy i wyszłam na dwór. Niech córka będzie pierwszą osobą, którą zobaczy po przebudzeniu. Poprawiłam przewrócone meble ogrodowe, sprawdziłam, czy nie są połamane. Zawiesiłam wzrok na oknie sypialni na piętrze, w której był Elias z częścią swojej rodziny. Nie widziałam, co się dzieje w środku, więc było to tak naprawdę bezcelowe zatrzymanie... Westchnęłam ciężko, zawołałam psy, które zniknęły mi z pola widzenia i poszłam z nimi w kierunku wody.
Potrzebowałam popływać.
Elias?
2189 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz