Nie byłam pewna, czy obecność Eliasa pomagała mi w dojściu do siebie, czy bardziej przeszkadzała. Było mi źle z tym, że tak krótko po swoich własnych trudnych przeżyciach, musiał się jeszcze przejmować tym, co mi się stało. Bo widziałam po nim, że się przejmował. Cholernie się przejmował.
Nie powinnam była tracić przytomności. Gdybym zachowała regularność w wysyłanych do niego wiadomościach, prawdopodobnie nie przyjechałby tu. Udałoby mi się utrzymać go z dala ode mnie jeszcze przez jakiś czas, póki nie doszłabym do siebie. Nigdy nie dowiedziałby się, że ktoś był w stanie doprowadzić mnie do takiego stanu.
Pozbycie się go, gdy już mnie zobaczył, było niemożliwe. Trwał uparcie przy mnie, zajmując się w czasie, gdy ledwo kontaktowałam, szukaniem czegoś na laptopie. Rozłożył sobie mini biuro w jadalni, tak, żeby móc wygodnie pracować i jednocześnie mieć mnie na widoku, gdy nie byłam w stanie przemieścić się z kanapy na piętro. Nie powiem — frustrowało mnie to. Nie potrzebowałam niańki. Nie pierwszy raz przez to przechodziłam. Nawet nie drugi ani trzeci. Przestałam już liczyć, jak wiele razy zostałam przez Kylana doprowadzona do stanu, w którym nie byłam w stanie się ruszyć i mdlałam z bólu. Zawsze jednak wylizywałam się z tego sama.
Pozwalanie, by ktoś oglądał mnie w chwili słabości, doprowadzoną na skraj, sponiewieraną... To było cholernie trudne. Nawet jeśli wiedziałam, że nie spotkają mnie z jego strony żadne nieprzyjemności, nie wykorzysta faktu, iż nie jestem w najlepszej kondycji, wciąż nie potrafiłam do końca odnaleźć spokoju w jego obecności. Z jednej strony na pewno raźniej było, gdy nie musiałam sama tkwić w czterech ścianach, jednak z drugiej zupełnie nie potrafiłam odnaleźć się w rzeczywistości, gdzie ktoś się mną opiekował, bo sama nie byłam w stanie się ruszyć. Tkwiłam w niezbyt komfortowym zawieszeniu, w zasadzie całe dnie przesypiając. Organizm domagał się odpoczynku.
— Kto ci to zrobił? — pytanie ze strony pilnującego mnie mężczyzny powtarzało się co jakiś czas, jednak uparcie je zbywałam. — Jak się tu dostał? Dlaczego...?
— To nie jest teraz istotne, serio — nie wytrzymałam w końcu tego jego nieskończenie smutnego spojrzenia, wbijanego we mnie raz za razem i zamiast jak do tej pory milczeć, odezwałam się. — Nie wróci w najbliższym czasie.
— Skąd wiesz? — Elias nie wyglądał na przekonanego. Gładził mnie po włosach, gdy siedział przy mnie, z moją głową na swoich kolanach. Spojrzałam na niego z dołu. Nie mogłam znieść tej pustki w jego oczach. I głowie.
— Po prostu wiem, Elias — wtuliłam się w jego brzuch. — Z resztą już czuję się lepiej.
— Kiepsko kłamiesz.
Po kilku dniach okazało się, że psom skończyło się jedzenie. Byłam w stanie już poruszać się w miarę prosto, spałam też z powrotem nocą w sypialni na górze. Elias mi towarzyszył. Tamtego dnia nie mogłam jednak spać, wciąż obolała, z sińcami pokrywającymi większość mojego ciała, uznałam, że dam radę ogarnąć porcjowanie mięsa, o którego zakup poprosiłam Eliasa dzień wcześniej. Wyszłam z łóżka tak, by nie obudzić mężczyzny i zeszłam do kuchni.
Dość szybko jednak uznałam, że chyba przeceniłam swoje możliwości. Stanie prosto przez dłuższy czas sprawiało mi stanowczo zbyt wielką trudność, każdemu oddechowi towarzyszył przeszywający ból. Oparłam się dłońmi o blat, oddychając ciężko. Zamknęłam oczy, żeby się uspokoić.
— Jesteś niesamowicie uparta — usłyszałam nagle głos mojej najnowszej niańki. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że znajduje się tuż koło mnie. Szlag by to. Byłam pewna, że gdy wstawałam, nie narobiłam hałasu, a on spał głębokim snem. Złapał za nóż, który ściskałam w dłoni i wysupłał go z niej. — Mówiłem, że to zrobię.
— Przecież nic mi już nie jest, a to moje psy. Jestem odpowiedzialna za to, żeby dobrze jadły — patrzyłam na narzędzie w dłoni Eliasa, zastanawiając się, czy z moim obecnym poziomem koordynacji ruchowej istniały szanse, że przejmę nóż nie ucinając sobie przy okazji żadnego palca.
— Zdecydowanie coś ci jest — odłożył przedmiot na blat, po czym, stając za mną, położył mi delikatnie dłonie na ramionach i popchnął mnie w kierunku kanapy w salonie. — Jesteś cała sina. Minęło dopiero pięć dni.
Moje rany goiły się stanowczo za długo. Kylan pokiereszował mnie znacznie bardziej niż zazwyczaj, tylko dlaczego? Za każdym razem jego ciosy były dokładnie wykalkulowane tak, by wyłączyć mnie z życia na góra dwa dni. Familia nie chciała pozwolić sobie na dłuższe kontuzjowanie ich ulubionej zabawki. Czyżby zmieniła zdanie? A może mężczyznę z jakiegoś powodu poniosło mimo wydanych mu rozkazów? Faktycznie, wydawał się poirytowany...
Może powinnam była poprosić o pomoc z wyleczeniem się Azurę... Nie chciałam jej jednak kłopotać. Byłaby tylko kolejną osobą, która przeze mnie zostałaby oderwana od swoich codziennych obowiązków. Przecież w końcu moje rany same się zaleczą, nie potrzebowałam do tego wsparcia jej zdolności.
Dałam się usadzić na kanapie i okryć kocem. Buruu natychmiast wskoczył na mebel koło mnie i położył swoją głowę na moich kolanach, jakby chcąc zatrzymać mnie tym w miejscu, bym się nie ruszała. Pogłaskałam go odruchowo między uszami i patrzyłam, jak mężczyzna się oddala, by stanąć przy blacie w kuchni nad stertą mięsa do poporcjowania. Dziwnie trzymał nóż, nie jak narzędzie do krojenia, a dźgania przeciwnika. Zmarszczyłam brwi, wróżąc mu w myślach niechybne problemy, jednak nie odezwałam się. Przyglądałam się z rosnącym rozbawieniem, jak Elias męczy się z odkrojeniem mniejszych kawałków mięsa, szczególnie gdy doszedł do mocno ścięgnistego mostka cielęcego.
— Kurde, tępe masz te noże — mruknął, patrząc z rosnącą irytacją na kawałki martwego zwierzęcia.
— To nie noże są tępe — uśmiechnęłam się kątem ust na ułamek sekundy, jednak spowodowało to pęknięcie ledwo co zasklepionej skóry, więc szybko spoważniałam. Odchrząknęłam i dodałam głośniej — Mówiłam, że ja to zrobię.
— A ja mówiłem, że sobie poradzę — zgromił mnie wzrokiem. — Siedź na tyłku i odpoczywaj.
Kolejne dni upływały nam na wzajemnych słownych przepychankach, gdy ja usiłowałam funkcjonować jak gdyby nigdy nic, Elias natomiast usilnie chciał mnie we wszystkim wyręczać. Przestał w końcu bez ustanku pytać, co mi się stało i kto był w stanie doprowadzić mnie do takiego stanu. Oraz dlaczego. Na rękę było mi, że w końcu nie naciskał.
Zapytałam go któregoś razu o to, co robi na laptopie, jednak odpowiedział zdawkowo, iż stara się dopełnić obietnicy złożonej żonie. Bez szczegółów. Uznałam, że nie będę dopytywać. W końcu wcześniej sama unikałam odpowiedzi na jego pytania. Nawet jeśli nie chciał się otworzyć w ramach szantażu, żebym w końcu przyznała się, co mi się stało (czego nie byłam pewna), postanowiłam, że nigdy nie zgodzę się na to, by dowiedział się, iż oberwałam tak w zasadzie przez niego. Nie potrzebował dodatkowych powodów do obwiniania się za coś.
Po tygodniu w końcu siniaki na moim ciele zbladły, a rany zasklepiły się do tego stopnia, że mogłam skutecznie wmówić Eliasowi, iż nic mi już nie dolega. Patrzył na moje wciąż sztywne kroki ze sporą dozą niedowierzania, jednak w końcu odpuścił. Pozbierał swoje rzeczy i pojechał do siebie, przed odjazdem jeszcze podkreślając, że przyjdzie następnego dnia sprawdzić, czy na pewno nic mi nie dolega. Zbyłam to machnięciem ręki i wypowiedzianym z przekonaniem "Naprawdę nie musisz". Wiedziałam jednak, że czego bym nie powiedziała, nie przekonam go do zmiany zdania.
Ogarniałam właśnie pranie — zdecydowałam, że doskonałym pomysłem będzie zrobienie właśnie w tamtej chwili prania legowisk i kocy psów. I tych z kanapy, które miały zdecydowanie ciężki tydzień. Z powodu wciąż doskwierającego bólu brzucha i generalnie mięśni (choć tylko te na brzuchu wciąż zdobiła szeroka gama odcieni fioletu, zieleni i żółci) zajęło mi to stanowczo za dużo czasu, jednak w końcu władowałam do bębna wszystko, co potrzebowałam wyprać. Gdy wsypywałam proszek do prania do przegródki, leżąca na pralce komórka wydała sygnał przychodzącej wiadomości. Oparłam się dłonią o pralkę, żeby odciążyć trochę brzuch i plecy, po czym spojrzałam na wyświetlacz. Wiadomość była od Eliasa. "Jestem w domu". Miło z jego strony, że dał znać. Uśmiechnęłam się lekko do siebie, odpisałam "Cieszę się", zablokowałam ekran i włączyłam pralkę. Z ciężkim westchnięciem odepchnęłam się rękami od urządzenia i dokuśtykałam do kuchni, żeby zrobić sobie coś na szybko do jedzenia.
***
Chociaż Elias dał mi znać, że dotarł bezpiecznie do domu, nie otrzymałam od niego żadnej więcej wiadomości przez kolejne dni. Lekko mnie to zdziwiło, ale uznałam, że najwidoczniej czuł, że już wystarczająco mi się odwdzięczył czy co tam i nie musi się ze mną kontaktować. Miał w zasadzie co robić, sądząc po tym, jak namiętnie klikał w komputer, jak u mnie siedział. Wciąż miałam wolne we wszystkich swoich pracach, więc dnie spędzałam na siedzeniu w domu i oglądaniu seriali. Przynajmniej do momentu, gdy nie skończyły mi się zapasy jedzenia w lodówce.
— Cóż, pieski — popatrzyłam na czworonogi, zamykając lodówkę i krzywiąc się lekko, gdy nieopatrznie przeniosłam ciężar ciała na bardziej obolałą, lewą nogę. — Raczej nie polatam jeszcze, o polowaniu nie wspominając, musi mnie więc chyba uratować jednak supermarket.
Dobrze, że miałam samochód w automacie. Dzięki temu była szansa, że dojadę jakoś do najbliższego sklepu z tylko jedną w pełni sprawną nogą. Dość szybko pozbierałam się do wyjścia i pojechałam.
Gdy kuśtykałam po markecie, zaczęłam się znowu zastanawiać, co się działo z Eliasem, że nie miałam z nim żadnego kontaktu. Rozumiem jakieś obrazy majestatu, ale może bez przesady... Nie spodziewałam się czegoś takiego po nim.
No właśnie... To do niego niepodobne.
Wykręciłam numer bruneta, wgapiając się w stoisko z warzywami. Przyglądałam się wielkim dyniom, zastanawiając się, czy jakiejś nie kupić, by zrobić z niej lampion i zdrowy dodatek do jedzenia moich psów. Sezon był idealny na to. Nie usłyszałam nawet jednego sygnału, od razu odpaliła się nagrana formułka operatora, że numer znajduje się poza siecią. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam, czy nie straciłam przypadkiem zasięgu, ale nie.
W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie przesadziłam w swojej krytycznej ocenie mężczyzny. Przecież nie miałam do tego w zasadzie żadnych podstaw. Okej, miał kiedyś rodzinę. Chce odnaleźć tych jej członków, którzy jeszcze żyją. Czy mam prawo mieć względem niego o to pretensje?
Pojadę sprawdzić, co się z nim dzieje.
***
Znalazłam się pod drzwiami domu mężczyzny, jednak pocałowałam klamkę. Budynek stał pusty. Zdecydowałam jednak, że się nie poddam. Obeszłam dom dookoła i spojrzałam przez okna do środka...
W salonie panował totalny bałagan. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Podłogę w kilku miejscach pokrywały ciemne plamy, nie wiem, dlaczego byłam pewna, że jest to zaschnięta krew. Zacisnęłam palce na parapecie, aż zbielały mi kłykcie.
Popełniłam chyba wielki błąd, że nie przyjechałam tu szybciej... Nie, żebym mogła. Czułam, jak nawet teraz nakurwia mnie noga od zbyt długiego czasu za kółkiem, choć nie jechałam tu ze sklepu dłużej, niż dwadzieścia minut. Przeciągnęłam z bezsilności dłonią po twarzy.
Musiałam jak najszybciej dowiedzieć się, co się tutaj stało. A także gdzie, do cholery, jest teraz Elias.
Elias?
1723 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz